Mały szantaż psychologiczny

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem ds. polityki z Instytutu Sobieskiego,
rozmawia Paweł Tunia

Pana zdaniem, kandydaci dobrze wykorzystali czas pomiędzy pierwszą a drugą
turą wyborów?

– Do pierwszej tury kampania była dosyć nudna i monotonna. Wiadomo było, że nie
może ona być zbyt ostra, jak byłoby to w normalnych warunkach, ponieważ
przebiegała w cieniu żałoby narodowej. Jednak kampania rządzi się własnymi
prawami, stąd chwyty marketingowe czy PR-owskie były stosowane po obu stronach.
W ostatnim tygodniu bardzo dokładnie było widać powtarzanie haseł: "Polska jest
najważniejsza" i "Zgoda buduje", ale w ostatnim dniu w TVN nadawano głównie
wystąpienie Bronisława Komorowskiego, więc skończył się czas "równowagi" i
starano się wygrać, ile się da.

Na finiszu kampanii ubiegający się o fotel prezydenta RP czymś Pana
zaskoczyli?

– Od kandydata na prezydenta nie oczekuję, że ma być piękny i urodziwy, tylko że
ma być dobrym prezydentem i patriotą. Myślę, że najważniejsze cechy szefa
państwa to propaństwowość, patriotyzm i patrzenie na sprawy szerzej niż tylko w
perspektywie najbliższych wyborów czy notowań wyborczych. Prezydent nie może być
zakładnikiem programów partyjnych, premiera czy układów. Osobą, która mnie
zaskoczyła, jednak negatywnie, jest Bronisław Komorowski. Jak wykorzystał swoje
pięć minut? Odnoszę wrażenie, że kiedy stał się p. o. prezydentem, to poczuł się
już głową państwa. Od samego początku zapomniał, że być p. o. prezydentem to nie
jest to samo, co być prezydentem. Niestety, brakuje jednoznaczności w
Konstytucji co do tego, co mu wypada, a co nie.
Od pierwszych godzin pełnienia funkcji p. o. prezydenta marszałek uznał, że to
już jest element kampanii. Nie umiał oddzielić roli kandydata od obowiązków p.
o. prezydenta. Podkreślał nieustannie, że zgoda jest najważniejsza, a
jednocześnie sugerował, że jego kontrkandydat nie jest zgodną osobą. Dokonywał
się więc mały szantaż psychologiczny wobec wyborców – chcecie mieć spokój,
wybierzcie mnie, ja gwarantuję spokój. Moim zdaniem, jak na funkcję p. o.
prezydenta i marszałka było to mało eleganckie.

Kampania ma dać szansę obywatelom, aby wybrali mądrego i najlepszego
prezydenta. Tym razem wyborcy uzyskali taką szansę?

– Daliśmy się wciągnąć w ten cały show wyborczy, w robienie z wyborów czegoś na
wzór zakupów. Wybór prezydenta to nie są wybory w supermarkecie po cenach
promocyjnych. To jest coś znacznie więcej. Niestety, ten show nas wciągnął i
obawiam się, że następne kampanie będą w jeszcze większym stopniu ubrane w takie
dodatki typu handlowego, które cieszą lud, ale za tym nie idą żadne konkrety.
Jeśli zapytalibyśmy, jakie konkrety powiedzieli kandydaci, to okazuje się, że
ich nie ma, bo mówią oni o rzeczach, na które nie mają wpływu, a szczególnie
trafiał w to pan Komorowski, zapewniając, że on gwarantuje uruchomienie budowy
tysiąca kilometrów dróg. Trzeba postawić pytanie: jaka jest w tej kwestii jego
moc sprawcza? A jeżeli może to uczynić, to gdzie był przez ostatnie dwa i pół
roku jako marszałek? Kto mu tego bronił, kto hamował jego inicjatywę i
możliwości działania?

Dziękuję za rozmowę.

drukuj