Już się nie mówi o tablicy na Wawelu

Z Zuzanną Kurtyką, wdową po prezesie Instytutu Pamięci Narodowej
Januszu Kurtyce, który zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu pod
Katyniem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wśród hipotez
przyczyn katastrofy z 10 kwietnia są błędne komendy, które mieli podawać
rosyjscy kontrolerzy, dotyczące zejścia samolotu prezydenckiego na
niebezpieczną wysokość 50 metrów.

– Wciąż pojawia się bardzo
wiele różnorodnych i niesprawdzonych informacji na ten temat. Z jednej
strony, może to i dobrze, ale z drugiej – nie jest to zjawisko budujące.
Oznacza, że mamy do czynienia z przeciekami, a to nie powinno mieć
miejsca. W tej sytuacji etyka zawodowa pełnomocników – bo to
prawdopodobnie z ich strony wypływają te rewelacje – pozostawia wiele do
życzenia. Pamiętajmy, że wszystkie informacje, jakie ci ludzie
otrzymują, są tajne i podawanie ich do publicznej wiadomości na zasadzie
przecieków z jednej strony jest nieetyczne, a z drugiej – zawsze budzi
wątpliwości co do autentyczności i co do ich obiektywności. Mam bardzo
ambiwalentny stosunek do tzw. przecieków. Wolałabym, żeby o takich
sprawach informowały oficjalnie organy do tego upoważnione, ale one
wciąż milczą.

Zeznania pilota Jaka-40, który lądował w
Smoleńsku ponad godzinę przed spodziewanym przylotem prezydenckiego
samolotu, są sprzeczne ze stenogramami MAK. Pani od początku miała
wątpliwości co do rzetelności strony rosyjskiej w śledztwie?


Miałam i nadal je mam. Moje wątpliwości potwierdziły jeszcze kopie
zapisów czarnych skrzynek i stenogramy rozmów pilotów z wieżą kontroli
lotów przekazane polskiej stronie, które budzą wątpliwości, czy
rzeczywiście odzwierciedlają pełną treść nagrań. Myślę, że te materiały
unaoczniły polskiemu społeczeństwu, że coś tu jest nie tak. Sądzę, że
teraz, nawet gdybyśmy otrzymali oryginały tych zapisów, to mielibyśmy
pełne prawo mieć wątpliwości, czy są to rzeczywiście materiały
oryginalne. Tak, niestety, zostało to ustawione na początku. Teraz
znaleźliśmy się w zaklętym kręgu i bardzo trudno będzie nam z tego
wyjść.
Zawiedliśmy się na polskich władzach. Teraz może warto
pomyśleć o konieczności nacisku na międzynarodowe śledztwo.

Raczej
wątpliwe, że Rosjanie zgodzą się na taki wariant, a tym bardziej polski
rząd, który musiałby się tym samym przyznać do zaniedbań.


Wciąż nie wiemy, w jakich okolicznościach doszło do katastrofy. Dlatego
jeżeli chcemy i mamy jeszcze jakiekolwiek szanse na uwiarygodnienie tego
śledztwa, to tylko i wyłącznie wtedy, kiedy uda się powołać
międzynarodowy komitet do zbadania przyczyn katastrofy z 10 kwietnia. W
innym wypadku nigdy nie pozbędziemy się domysłów.

Rodziny
ofiar będą o to zabiegać?

– Na pewno tak. Trzeba powiedzieć, że w
tym momencie jesteśmy może jeszcze zbyt mało zorientowani co do
szczegółów śledztwa, jak również co do faktów, które miały i mają
miejsce. Niewiele też wiadomo na temat możliwości i praw, jakie nam
przysługują w przypadku ubiegania się o takie śledztwo. Nie znaczy to
jednak, że z tego zrezygnujemy. Na razie będziemy się do tego
przygotowywać.

Kolejna kwestia podnoszona przez
stowarzyszenie dotyczy zwrotu wraku tupolewa.

– Jak pan sam
powiedział, wrak Tu-154 jest dowodem w śledztwie, a co za tym idzie – na
takich dowodach powinno zależeć przede wszystkim polskiemu rządowi,
który za wszelką cenę powinien się starać to śledztwo uwiarygodnić. Wrak
samolotu być może jest jednym z dowodów koronnych w całej sprawie i być
może Rosjanie w ogóle nie będą chcieli go wydać. Niemniej jednak
powinniśmy stanowczo żądać, i to jak najszybciej, zwrotu tego, co
pozostało po prezydenckim samolocie.

Część rodzin ofiar
katastrofy chce ekshumacji. Pani również ma wątpliwości, czy w trumnie
znajduje się ciało Pani męża?

– Nie. Nie mam żadnych wątpliwości.
Osobiście zidentyfikowałam ciało mojego męża, i to w sposób
jednoznaczny. Mało tego, w Moskwie razem z nami byli wówczas polscy
kapelani wojskowi, z którymi rozmawiałam, którzy okazali nam ogromną
życzliwość, i to nie tylko w stosunku do mnie. Obiecali mi, że osobiście
dopilnują ubierania ciała Janusza i wkładania do trumny. Ponadto
obiecali, że dopilnują, żeby w ręce mojego męża znalazł się różaniec.
Następnego dnia, kiedy wylatywaliśmy z Moskwy, jeden z tych księży
podszedł do mnie i powiedział, że wszystko zostało dopilnowane. Na pewno
mówił prawdę.

Widziała Pani akt zgonu męża, a jeżeli tak, to w
jakim języku został sporządzony?

– Akt zgonu mojego męża
dostałam jeszcze w Moskwie. Oryginał jest sporządzony w języku
rosyjskim, ale jest także jego polskie tłumaczenie. Jest to jednak
dokument, z którego bardzo mało wynika, cóż bowiem można napisać w takim
akcie zgonu… że śmierć nastąpiła w wyniku obrażeń doznanych wskutek
urazu wielonarządowego, jak ma to miejsce w przypadku katastrof
lotniczych, i w zasadzie to tyle.

Można porównać ten dokument
z aktami zgonu w Polsce?

– Tak. Dokładnie tak samo pisze się
akty zgonu u nas, w Polsce. Akt zgonu nie jest dokumentem, z którego
można się wiele dowiedzieć. W medycynie jest to bardziej dokument
statystyczny niż merytoryczny.

Zapoznała się już Pani z
wynikami badań toksykologicznych męża?

– Niestety, jeszcze ich
nie widziałam. Muszę powiedzieć, że termin, na który prokuratura
wyznaczyła spotkanie mojego pełnomocnika (ewentualnie mnie) w celu
zapoznania się z aktami, jest bardzo odległy. Wyznaczono go dopiero na
28 lipca. W tej sytuacji nie mam wyjścia i muszę do tego czasu poczekać i
nie potrafię powiedzieć, dlaczego musi to tak długo trwać. Natomiast
chciałabym te wyniki zobaczyć jak najszybciej.

Pełnomocnicy
krewnych ofiar kontaktują się ze sobą? W jakich sprawach?

– Z
tego, co się orientuję, jest to pewien problem. Ci, którzy się znają
osobiście, próbują współpracować, natomiast inni nie mają ze sobą
kontaktu. Chcę powiedzieć, że dużym wyzwaniem, przed którym stanęło
Stowarzyszenie Rodzin „Katyń 2010”, jest zorganizowanie wspólnego
spotkania pełnomocników i rodzin celem ustalenia priorytetów, zadań i
ich koordynowanie. Służyłoby to wymianie doświadczeń po to, by nasze
działanie było logiczne, spójne i szybsze, żeby nie powielano
niepotrzebnie różnych czynności.

Większość rodzin nie jest
zadowolona z postępów śledztwa…

– Odnoszę wrażenie, że polskie
władze czekają na rozwój wydarzeń, a mówiąc wprost – na decyzje władz
Federacji Rosyjskiej. Jak dotąd nie zauważyłam, żeby polska strona
uczestniczyła aktywnie w tym śledztwie, a tego bym sobie właśnie
życzyła.

Bezpośrednio po katastrofie padały deklaracje co do
powstania tablicy pamięci ofiar, która miałaby zostać umieszczona na
Wawelu. Wiadomo, kiedy to się stanie?

– Najpierw były deklaracje,
a potem zapadła głucha cisza nad tablicą. Swego czasu wystąpił z taką
inicjatywą prof. Franciszek Ziejka, ale potem, nie wiadomo dlaczego,
najwyraźniej się z tego wycofał. Myślę, że już czas zabrać się do pracy.
Wkrótce z ramienia Stowarzyszenia Rodzin „Katyń 2010” będę się chciała
spotkać w tej sprawie z wojewodą małopolskim. To już najwyższa pora.
Jeżeli nie będzie chętnych, żeby się tym zająć, to nasze stowarzyszenie
weźmie to na siebie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj