Obsadzić NBP
Zgodnie z decyzją marszałka Bronisława Komorowskiego już w następnym
tygodniu Sejm ma głosować nad kandydaturą Marka Belki na stanowisko prezesa
Narodowego Banku Polskiego, który pod kierownictwem wiceprezesa funkcjonuje
obecnie bez zastrzeżeń. Pośpiech z obsadą tego stanowiska ma więc inne
przyczyny niż potrzeby instytucji.
Sprawa ma kilka wymiarów. Po pierwsze, marszałek tworzy zwyczaj konstytucyjny,
moim zdaniem – niedobry. Według Konstytucji marszałek zastępuje prezydenta w
przypadku jego śmierci. Miejmy nadzieję, że już nigdy nie dojdzie do wakatu
na stanowisku prezydenta w taki sposób, jak to się wydarzyło w kwietniu. Tym
bardziej ważna jest nasza pamięć o tym okresie. Konstytucjonaliści postulują,
aby zastępujący prezydenta marszałek wykonywał swoje funkcje ze wstrzemięźliwością,
ograniczał się do spraw bieżących, nie podejmował decyzji o długofalowych
skutkach, gdy nie ma pilnej potrzeby, a NBP obecnie funkcjonuje bez zastrzeżeń.
Przez ostatnie dwa lata przedstawiciele koalicji rządzącej twierdzili, że śp.
prezydent Lech Kaczyński hamował reformy, minister Rafał Grupiński twierdził
wręcz, że wetował wszystkie ustawy, co jest oczywistą nieprawdą. Dla
Platformy Obywatelskiej powstała więc możliwość, aby teraz właśnie przyjąć
owe przygotowane i przemyślane ustawy. Czy to robi? To pytanie retoryczne;
odpowiedź brzmi: nie. Koncentruje się natomiast na kwestiach personalnych. Można
więc przypuszczać, że mimo 2,5 roku rządzenia brak jej dobrych koncepcji.
Marek Belka ma podstawy teoretyczne do zajmowania się polityką pieniężną.
Jest autorem wielu publikacji naukowych z tej tematyki. Premierem był przez
nieco ponad rok – od maja 2004 r. do jesieni 2005 r., i zarządzał wtedy de
facto masą upadłościową po Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W historii
polityki zapisał się wówczas tym, że będąc premierem, w wyborach 2005 r.
kandydował do Sejmu z list partii opozycyjnej wobec rządu. Wcześniej był
dwukrotnie ministrem finansów, każdorazowo po mniej więcej pół roku. Trudno
więc mówić, że w swoim dorobku ma wprowadzenie reform gospodarczych. Takim
osiągnięciem z pewnością nie jest opodatkowanie odsetek od oszczędności i
zysków kapitałowych, czyli tzw. podatek Belki, gdyż jego przyjęcie nie
wymagało żmudnych przygotowań czy negocjacji z partnerami społecznymi.
Dodam, że nie jestem przeciwnikiem tego podatku. Jeśli opodatkowane są
dochody z pracy i działalności gospodarczej, to dlaczego dochody z giełdy miałyby
być zwolnione?
Opinia publiczna już niemal zapomniała, co prof. Belka robił między dwoma
epizodami rządowymi, czyli między 1997 a 2001 rokiem. W 1999 r. nastąpiła
wadliwa prywatyzacja PZU. Kosztowała nas 4,8 mld zł wypłaconych w różnych
formach odszkodowań na podstawie ugody zawartej przez obecnego ministra skarbu.
Za taką kwotę można wybudować 150 km autostrady; miliard kosztuje zakończenie
budowy zbiornika przeciwpowodziowego na Skawie – inwestycji ciągnącej się od
lat 80. Decyzje o podpisaniu niekorzystnych umów podejmowali wówczas
ministrowie skarbu z AWS, czyli Emil Wąsacz oraz Aldona Kamela-Sowińska,
niemniej rola prof. Belki zasługuje na przypomnienie. Był on wówczas
konsultantem ABN Amro, czyli doradcy ministra skarbu w procesie prywatyzacji, i
jednocześnie członkiem Rady Nadzorczej BIG Banku tworzącego z Eureko
konsorcjum, które kupiło pakiet PZU. Czyli w skrócie: ABN Amro rekomenduje
ministrowi Eureko jako nabywcę, a jednocześnie tym nabywcą jest konsorcjum składające
się z banku (i Eureko), w którym ważną funkcję pełni Marek Belka. Nie jest
to sytuacja klarowna; taki konsultant powinien się wytłumaczyć przed sprawnie
działającym nadzorem finansowym, gdyby taki wówczas istniał, gdyż powstaje
pytanie, czyj interes wówczas reprezentował – sprzedającego czy kupującego?
Osoba Marka Belki ma w sposób oczywisty przyciągnąć do marszałka
Komorowskiego część wyborców lewicy. Jest ukłonem w ich stronę, jednak w
ten sposób kandydat pokazuje, że obawia się, iż nie wygra wyborów w
pierwszej turze, jak zakładał jeszcze jakiś czas temu. Po porażce, którą
było odrzucenie przez Sejm przygotowanej naprędce przez PO nowelizacji
ordynacji wyborczej, kandydat zbiera każdy dosłownie głos. Marszałek chce
wygrać wybory, ale na wypadek porażki zabiega o to, aby prezesem NBP był człowiek
mający dług wdzięczności wobec obecnej większości sejmowej. Kadencja szefa
NBP jest bowiem długa – trwa sześć lat. Notowania PO słabną, a za rok
czekają nas wybory parlamentarne. Trudno się więc dziwić działaniom Bronisława
Komorowskiego, ale mógłby to robić w lepszym stylu.
Paweł Szałamacha
Autor jest prezesem Instytutu Sobieskiego. W latach 2006-2007 był sekretarzem
stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.
