Wszyscy chcą dobrze
Powiadają, że dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu,
bo przekonał się o całkowitej bezskuteczności pierwszego. Coś jest na rzeczy, bo
wprawdzie w tym, że ludzie popełniają błędy, nie ma nic nadzwyczajnego,
natomiast problem tkwi w tym, że popełniają błędy takie same. A pogrążają się w
nich wcale nie dlatego, że chcą źle. Przeciwnie – właśnie dlatego, że chcą
dobrze.
Na przykład Grecja: tamtejszy rząd chciał przychylić nieba obywatelom, więc
ci chętnie wzbijali się aż do siódmego nieba, nie zatruwając sobie przyjemności
myśleniem, ileż to wszystko może kosztować – aż Grecja straciła zdolność obsługi
długu publicznego, czyli płacenia procentów lichwiarzom. Ale co tam Grecja i
problemy bezpiecznej strefy euro. Weźmy na przykład katastrofę prezydenckiego
samolotu pod Smoleńskiem. Nawet bez ostatecznego orzeczenia komisji pod
przewodnictwem premiera Włodzimierza Putina ustalającej jej przyczyny widać, że
wszyscy zainteresowani chcieli dobrze. Dobrze chciał premier Putin, organizując
7 kwietnia, a więc na trzy dni przed uroczystościami zaplanowanymi wcześniej
przez polskiego prezydenta, własne uroczystości w Katyniu i zapraszając na nie
polskiego premiera Donalda Tuska. Dobrze chciał polski premier Donald Tusk, w
podskokach przyjmując zaproszenie rosyjskiego premiera na te konkurencyjne
uroczystości. Dobrze chciała smoleńska mgła, otulając lotnisko Siewiernoje
białym płaszczem, dzięki czemu zaistniały obiektywne powody skierowania
prezydenckiego samolotu na jakieś odległe lotnisko, skąd polska delegacja z
prezydentem na czele dotarłaby do Katynia najwcześniej wieczorem, dając pokaz
pecha, nieudolności i bałaganu. Dobrze chciała – na dowód czego wkrótce po
katastrofie taktownie ustąpiła. Dobrze chciały niezależne stacje telewizyjne,
których funkcjonariusze już pewnie przygotowali na tę okoliczność jakieś
prześmiewcze programy z udziałem Jakuba Wojewódzkiego i posła Janusza Palikota.
Wreszcie – dobrze chcieli piloci, bo podjęli próbę wylądowania, sprawiając
zresztą dlaczegoś wrażenie, jakby myśleli, że pas startowy jest gdzie indziej i
bliżej. Nic więc dziwnego, że jeśli, pomijając już mgłę, tylu ludzi chciało
dobrze, to wyszło za dobrze i nie tylko prezydent, ale i cała delegacja zginęli
w katastrofie. Dopieroż funkcjonariusze niezależnych stacji telewizyjnych
musieli na gwałt przestawiać się z nastroju jajcarskiego na żałobny i na
poczekaniu improwizować panegiryki, bo jużci wiadomo, że de mortuis nihil nisi
bene (o zmarłych nic albo dobrze), a ponieważ nie można było nihil, więc siłą
rzeczy było bene. Dlatego właśnie doszło do karygodnych przegięć, które w tej
chwili funkcjonariusze muszą nie tylko pracowicie odkręcać, ale i wyrywać
konkurencji prawo propagandowego eksploatowania katastrofy. Problem wszelako
polega na tym, że żałobne panegiryki zasiały w opinii publicznej zwątpienie w
autentyczność intencji funkcjonariuszy rzuconych na medialny odcinek frontu
ideologicznego, wskutek czego płomienne apele o „bycie razem” spotykają się nie
tylko z niedowierzaniem, ale i z szyderstwami. Zaczyna to przypominać okres
stanu wojennego, kiedy to Czesław Bielecki jako Maciej Poleski opublikował
„Małego konspiratora”. Były tam m.in. rady, żeby ignorować nieformalne wezwania
na przesłuchania do SB, tylko domagać się zaznaczania sygnatury sprawy, nazwisk
osób podejrzanych oraz w jakim charakterze jest się wzywanym: podejrzanego,
pokrzywdzonego czy świadka. Powiadają na mieście, że coraz częściej takie
żądania kierowane są do redakcji publicystyki pewnej stacji od osób zapraszanych
na przesłuchania do pewnej pani. Jeśli rzeczywiście tego żądają, to niewątpliwie
chcą dobrze – bo prawo musi być przestrzegane również w tajnych
służbach.
Przekonała się o tym boleśnie Państwowa Komisja Wyborcza, która
odmówiwszy zarejestrowania kandydatury Andrzeja Leppera pod pretekstem ciążącego
na nim wyroku skazującego, już następnego dnia „z ubolewaniem” musiała go
zarejestrować. Okazało się bowiem, że żadnego wyroku skazującego nie było, bo
sprawa o obrazę majestatu pana Włodzimierza Cimoszewicza została umorzona z
powodu przedawnienia. Jednak w rejestrach niezawisłego sądu wyrok skazujący
nadal figurował jak gdyby nigdy nic, co pokazuje, że również niezawisły sąd
chciał dobrze, podobnie jak PKW – no ale wyszło jak zawsze. Więc skoro wszyscy
tak dobrze chcą, to tylko patrzeć, jak nowym prezesem Instytutu Pamięci
Narodowej zostanie pan red. Lesław Maleszka, który wprawdzie bezmyślnie przyznał
się do współpracy z SB, ale jego ofiara nie poszła na marne, przyczyniając się
do wypracowania uniwersalnej formuły: „bez swojej wiedzy i zgody”, dzięki czemu
autorytety moralne nadal mogą cieszyć się nieskazitelną reputacją.
Stanisław Michalkiewicz
