Czas niewoli przetrwaliśmy dzięki ks. Jerzemu

Z Jerzym Szóstką, hutnikiem z Huty "Warszawa", przyjacielem
Czcigodnego Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki, rozmawia Mariusz
Kamieniecki

Należy Pan do osób, które były najbliżej ks. Jerzego. Co fascynowało w
tym kapłanie?

– Poznałem go po Mszy Świętej, którą odprawił 31 sierpnia 1980 roku dla
strajkujących pracowników Huty "Warszawa". Jako jego parafianin w
imieniu hutników poszedłem do księdza i poprosiłem, by został naszym
duszpasterzem. Chętnie się zgodził, a ja zostałem łącznikiem w pracy
duszpasterskiej pomiędzy ks. Jerzym a Hutą "Warszawa". Tak rozpoczęła
się moja znajomość z tym zacnym kapłanem. Na dobre zaprzyjaźniliśmy się
niecały rok później, po zamachu na życie Jana Pawła II, kiedy ksiądz Jerzy
odprawił Mszę św. w intencji Ojca Świętego przed bramą Huty
"Warszawa".
Ksiądz Jerzy był przede wszystkim bardzo skromnym człowiekiem. Promieniował
spokojem i ciepłem, a przy tym był bardzo naturalny i autentyczny. Potrafił
podnieść na duchu zarówno poszczególne osoby, jak i całe rodziny. To, co
mnie w nim fascynowało, to także umiejętność gospodarowania czasem. Był
doskonale zorganizowany. Nigdy od niego nie słyszałem, że nie ma na coś
czasu, albo że jest zmęczony. Dla niego nie było błahych czy mniej ważnych
spraw – do wszystkiego podchodził z wielkim zaangażowaniem, każdą pracę
wykonywał z ogromnym poświęceniem. Ludzie przychodzili do niego po nadzieję.

To wszystko sprawiało, że za tym skromnym kapłanem ciągnęły rzesze
ludzi…

– Swoim zachowaniem, sposobem bycia przyciągał ludzi. Homilie, których słuchały
tysiące, przygotowywał bardzo starannie, z wielkim zaangażowaniem. Często
podczas spotkań czytał nam kazanie i pytał, czy rozumiemy, czy może coś
zmienić, by słowo, które głosi, było jeszcze bardziej czytelne. Tymi
kazaniami wlewał w nas otuchę. Spragnionych słów prawdy przybywało. Tak jak
akumulator potrzebuje prądu, by sprawnie działać, tak ludzie potrzebowali Słowa
Bożego, które głosił ks. Jerzy. On mówił w naszym imieniu, za nas i o nas,
mówił to wszystko, czego my nie mogliśmy wypowiedzieć. Były to także
kazania patriotyczne, nawiązujące do historii Polski.

Czy można powiedzieć, że ks. Jerzy uczył też prawdziwej historii?
– W jego homiliach nie było żadnej polityki, co często niesłusznie mu
zarzucano. Był tam patriotyzm, miłość do Boga i do Ojczyzny. Nie bał się mówić
prawdy np. o Cudzie nad Wisłą czy o Powstaniu Warszawskim. Przy tym podchodził
do tego mądrze. Często też umiejętnie studził nasze rozpalone głowy i
serca, zdolne do odwetu za niesprawiedliwość i kłamstwo. Odprawiając Msze Święte
za Ojczyznę, głosząc kazania, często przypominał o znaczeniu powstań:
Styczniowego i Listopadowego, wskazywał postaci godne naśladowania. Uczył nas
prawdziwej historii, o której głośno nie wolno było mówić; uczył także
kultury. Mszom Świętym towarzyszyły występy artystów scen warszawskich, którzy
recytowali poezję niepodległościową, śpiewali pieśni patriotyczne. To było
coś wspaniałego. Człowiek po takiej Liturgii wychodził mocniejszy, z większą
chęcią do życia i przetrwania tego czasu niewoli, którą tak naprawdę
przetrwaliśmy tylko dzięki ks. Jerzemu. Myślę, że gdyby dzisiaj żył, ciężko
byłoby mu zaakceptować i rozumieć obłudę, fałsz i zakłamanie, które widać
na każdym kroku. Przecież to, co wyczyniają niektóre media czy niektórzy
politycy, przechodzi ludzkie pojęcie. Najwyższy czas na refleksję…

Ksiądz Jerzy Popiełuszko potrafił rozmawiać z robotnikami, ale także z
ludźmi wykształconymi…

– Był dla wszystkich. Umiał nawiązać kontakt z prostym człowiekiem,
robotnikiem, tokarzem, frezerem, profesorem wyższej uczelni czy znanym aktorem.
On wszystkich traktował jednakowo. Charakterystyczne, że również my,
robotnicy, obcując z tymi profesorami, aktorami, tworzyliśmy jedną wielką
rodzinę przy kościele św. Stanisława Kostki. To wszystko dzięki ks.
Jerzemu, który jednoczył ludzi. Dzięki niemu mogliśmy także uczestniczyć w
szkoleniach, w trakcie których fachowcy w zakresie prawa czy innych specjalności
uczyli nas, jak zachowywać się w pewnych specyficznych okolicznościach.

Czy fakt, że był Pan imiennikiem ks. Jerzego, miał wpływ na wzajemne
kontakty?

– Oczywiście. Pamiętam ostatnie imieniny ks. Jerzego; moje przełożyłem z
uwagi na dyżur. Od czasu, gdy do mieszkania księdza wrzucono przez okno cegłę
z detonatorem, pełniliśmy straż nocną, czuwając nad jego bezpieczeństwem.
Imieniny, które odbywały się w dolnym kościele, zgromadziły wielu ludzi, a
ksiądz Jerzy bardzo je przeżywał. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że
najbardziej ceni proste rzeczy wykonane własnoręcznie. W prezencie otrzymywał
np. rękawiczki, szalik, sweter, skarpety czy zrobiony przez nas, hutników,
odlew przedstawiający "Solidarność" uwięzioną w kratach czy np.
wykonaną z nierdzewnej stali chromoniklowej różę z biało-czerwoną flagą.
Było też mnóstwo kwiatów. Nocą, kiedy goście już poszli, zostaliśmy
tylko we dwóch. W pewnym momencie ksiądz spojrzał na mnie i powiedział:
"Jurek, przepraszam cię bardzo, przecież dzisiaj są również twoje
imieniny". Podszedł i złożył mi życzenia. Były to nasze ostatnie życzenia
imieninowe… Dostałem wówczas od niego książkę – przewodnik po Ziemi Świętej
"Śladami Chrystusa". Zamieścił w niej dedykację:
"Przyjacielowi Jurkowi z pozdrowieniami i modlitwą ks. Jerzy Popiełuszko".
To wielka pamiątka, jaka została mi po tym kapłanie.

Zdumiewające, jak krytykując system, ks. Jerzy nigdy nie obrażał
konkretnych osób. W przeciwieństwie do władzy łączył ludzi, a nie dzielił…

– W swoich homiliach upominał się o prawa ludzi pracy. W gnębionych
robotnikach widział ludzi godnych szacunku. Uczył też, jak w czasach
zniewolenia pozostać wolnym duchowo. Wskazywał, że aby to osiągnąć, trzeba
żyć w prawdzie, być uczciwym. Uczył prawdziwej miłości, dzieląc się tym
darem, który otrzymał od Pana Boga. Uczył, jak zło dobrem zwyciężać. W
zamian za okazywane serce często otrzymywał obrzydliwe, anonimowe paszkwile i
groźby. Esbecy straszyli go poderżnięciem gardła, powieszeniem na krzyżu
czy kulą w łeb. Ksiądz Jerzy przyjmował to ze spokojem, jedynie wytykając
autorom paszkwili anonimowość i brak odwagi. Żył po to, by łączyć ludzi.

Stale był oblegany, i to nie tylko przez przyjaciół, ale – jak Pan
wspomniał – także przez SB. Skąd czerpał siły, by przeciwstawiać się złu,
które czyhało na niego na każdym kroku?

– Podziwiałem go i często się zastanawiałem, skąd w tym wątłym człowieku
tyle hartu ducha, tyle wytrzymałości na ból, cierpienie. Jedną mam na to
odpowiedź: tylko człowiek silnej wiary mógł to wszystko znieść, znieść
do końca. Tę mocną wiarę ks. Jerzy wyniósł przede wszystkim z domu
rodzinnego w małej wsi Okopy, wychowany w skromnej rodzinie Marianny i Władysława
Popiełuszków. Od dziecka uczono go, że słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna, są na
pierwszym miejscu. Tam przed śniadaniem, przed pracą była modlitwa.
Do Nieba prosta droga
kochać ludzi, kochać Boga.
Kochać sercem i czynami
Będziem w Niebie z aniołkami!
To wierszyk niejednokrotnie powtarzany przez mamę ks. Jerzego, a który pewnie
on także słyszał i w tej atmosferze dorastał.

Łatwo jest kochać tych, którzy są dla nas dobrzy. Trudniej zdobyć się
na miłość wobec tych, którzy życzą nam źle…

– Ksiądz Jerzy potrafił kochać także wrogów. Troszczył się nawet o tych,
którzy go inwigilowali. Pamiętam, kiedy prosił Alka, hutnika warszawskiego,
czuwającego nad jego bezpieczeństwem, by zaniósł kanapki i gorącą herbatę
esbekom, którzy w samochodzie w pobliżu kościoła, zimą czy latem, w dzień
i w nocy go śledzili. Taki był ks. Jerzy.

Pamięta Pan ostatnie chwile spędzone ze Sługą Bożym?
– Ostatni raz spotkaliśmy się w środę przed wyjazdem ks. Popiełuszki do
Bydgoszczy, 19 października 1984 roku. Chwilę rozmawialiśmy. Ksiądz miał wrócić
przed północą z piątku na sobotę, a ja miałem pełnić wówczas dyżur.
Podczas ostatniego – jak się okazało – spotkania zwrócił mi jeszcze pieniądze
za zdjęcia, później się pożegnaliśmy. Na dyżur przyszedłem w piątek ok.
godz. 21.00 ze swoim psem, wyżłem niemieckim, który wabił się Bert. Ksiądz
Jerzy też miał psa – Tajniaka, oba zwierzaki się lubiły. Wyszedłem z Bertem
na spacer po godz. 23.00, ale księdza jeszcze nie było. Mijały kolejne
godziny i nic się nie zmieniało. Wróciłem na plebanię ok. godz. 1.00 i zacząłem
czytać książkę. Czułem pewien niepokój i pies także ni stąd ni zowąd
zaczął szczekać, nie można było go uciszyć. Potem się uspokoił i tak
dotrwaliśmy do rana. Rano niepokój wzmógł się jeszcze bardziej. Księdza
wciąż nie było. Potem okazało się, że został porwany. W kościele non
stop trwały czuwania i modlitwy, mieliśmy jeszcze nadzieję… Kiedy po kilku
dniach ks. Andrzej Przekaziński ogłosił, że pod tamą we Włocławku, w
wodach Wisły, odnaleziono ciało zamordowanego ks. Popiełuszki, w kościele
powstał jeden szloch, przez który przebijał się żal, jak można było
skrzywdzić tak dobrego człowieka, kapłana.

Co czuje człowiek, którego przyjaciel wkrótce zostanie ogłoszony błogosławionym?
– O tym, że ks. Jerzy Popiełuszko był wyjątkowym człowiekiem i wyjątkowym
kapłanem, wiedzieliśmy od dawna. Kiedy spotykaliśmy się na co dzień, nie
zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że obcujemy ze świętym. Zrozumieliśmy to
dopiero po jego śmierci, analizując wszystkie etapy jego życia i pracy. Osobiście
z całego serca starałem się być przyjacielem ks. Jerzego, a czy faktycznie
nim byłem? Bóg osądzi… To wielka rzecz znać człowieka, który zostanie
wyniesiony na ołtarze, przebywać z nim, rozmawiać. To wspaniały dar, który
Bóg przygotował dla Polski i Polaków.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj