Ocieplenie z Polską za cenę reimperializacji Europy Wschodniej
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, sowietologiem, wykładowcą na
Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”,
rozmawia Mariusz Bober
Stojąc nad grobami w Katyniu, premier Donald Tusk wejście na drogę
pojednania polsko-rosyjskiego uzależnił od przyjęcia drogowskazu „prawdy i
pamięci”. Czy to wystarczające warunki do rozpoczęcia tego
procesu?
– Te sformułowania, podobnie jak wiele innych zwrotów z
przemówienia premiera Tuska, są słuszne. Problemem jest natomiast ich praktyczne
zastosowanie. Także wystąpienie premiera Władimira Putina i towarzysząca mu w
rosyjskich mediach propagandowa oprawa, bo i na nią należy zwrócić uwagę, nie
przybliżają nas do prawdy o Katyniu ani do rzeczywistego pojednania.
Jak zatem rozumieć słowa premiera Rosji?
– Szef
rosyjskiego rządu wyraźnie zmierza w kierunku relatywizacji zbrodni katyńskiej.
Wyobraźmy sobie bowiem, że do obozu Auschwitz-Birkenau przyjeżdża kanclerz
Niemiec i mówi: „Zebraliśmy się tutaj w związku ze wspólną pamięcią i wstydem;
mamy wspólny dług historyczny i wiarę w przyszłość. Tutaj zginęli niemieccy
antyfaszyści i Żydzi oraz Polacy i inne narodowości…”. Może w tym kontekście
łatwiej będzie zrozumieć słowa premiera Rosji. Bo czego my, Polacy, mamy się
wstydzić w Katyniu? Takie słowa premiera Rosji brzmią w moich uszach fałszywie.
Wynika z nich bowiem, że polskie ofiary w Katyniu są wręcz mniejszością, bo
większość z nich stanowili „obywatele Rosji”, co jest sprzeczne z prawdą
historyczną. Przecież w latach 30., a o tym okresie mówił Władimir Putin, nie
było Rosji, tylko Związek Sowiecki, więc ofiarami represji z tego okresu padli
mieszkańcy ówczesnego ZSRS. Innym elementem tamtej historii zafałszowanym w
wystąpieniu rosyjskiego premiera jest twierdzenie, że „kaci totalitaryzmu
zabijali ludzi, niszczyli ich, niezależnie od ich pochodzenia, rasy, religii”.
Zbrodnie nazywane potocznie „wielką czystką”, do których odwołał się Putin, były
bowiem popełniane przede wszystkim z powodów etnicznych. Historycy już dawno
ustalili, że największa liczba ofiar – ponad 250 tys. rozstrzelanych w latach
1936-1938 spośród blisko 650 tys. (według danych NKWD)
– została zamordowana
ze względów narodowościowych. W tej grupie absolutną większość stanowili Polacy,
zamordowani właśnie dlatego, że byli Polakami. Jeden rozkaz nr 00485 wydany 11
sierpnia 1937 r. przez Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD [w latach 1936-1938 – przyp.
red.], w tzw. sprawie polskiej spowodował rozstrzelanie 111 tys. osób
oskarżonych o… polskość, czyli związki z Polską lub polskie pochodzenie! Ta
największa zbrodnia dokonana na Polakach w ogóle nie stanowi przedmiotu
refleksji ani polskiego premiera, ani tym bardziej rosyjskiego. Chciałbym
tymczasem podkreślić, że powinna ona znaleźć należne miejsce w polskiej pamięci!
Dlatego nie powinniśmy godzić się z taką relatywizacją zbrodni wymierzonej
szczególnie w polskość i Polaków.
Słowa Władimira Putina, że „jesteśmy zobowiązani pielęgnować pamięć o
przeszłości, i oczywiście będziemy to czynić, jakkolwiek gorzka byłaby ta
prawda”, nie stanowią uznania odpowiedzialności za zbrodnię
katyńską?
– To, co mówiłem do tej pory, odnosiło się do mojej
pamięci jako Polaka i historyka. Jeśli natomiast odnoszę wystąpienie premiera
Putina do sytuacji wewnętrznej w Rosji i toczącej się w tym kraju dyskusji nad
jego przeszłością, powiedziałbym, że fragmenty wypowiedzi Putina oceniam
pozytywnie. Niedawno rozmawiałem z przedstawicielami rosyjskiego stowarzyszenia
Memoriał skupiającego wspaniałych, uczciwych historyków, którzy z narażeniem
swoich karier, a w niektórych przypadkach nawet i życia (kilku członków
stowarzyszenia dociekanie prawdy przypłaciło życiem). Wyrażali oni nadzieję, że
podczas uroczystości w Katyniu premier Putin choć trochę „cofnie się” w
dotychczasowej praktyce propagandowej tłumaczenia zbrodni stalinowskich racją
stanu imperium. Spotkanie w Katyniu jest niestety krokiem wstecz w realizacji
owej doktryny. Stanowi natomiast krok do przodu w wyjaśnianiu zbrodni
stalinowskich. Zostały one
– ogólnie rzecz ujmując – potępione, i bardzo
dobrze, że się tak stało.
Putin przyznał, że „polscy obywatele (…) zostali zabici na rozkaz
Stalina”…
– Obecny premier Rosji mówił o tym już kilkakrotnie. Gdy
w 2002 r. jako prezydent przyjechał do Polski, w o wiele mocniejszych słowach
potępił zbrodnie stalinowskie, w tym zbrodnie na Polakach. Co więcej –
zapowiadał wtedy, że przywiezie nowe dokumenty na temat nieznanych jeszcze
miejsc pochówku polskich jeńców wojennych z lat 1939-1940. Jednak zapowiedzi
tych nie spełnił. Mieliśmy nadzieję na przekazanie tzw. listy białoruskiej. To
również nie zostało zrealizowane.
Jak w tym kontekście ocenia Pan słowa rosyjskiego premiera, że
„historycy polscy i rosyjscy (…) pracują teraz, aby odkryć tę prawdę i ułatwić
kontakty między naszymi krajami”?
– Są one także odbiciem pewnej
mentalności historycznej tego, który je wypowiedział. Zadaniem historyków nie
jest bowiem „ułatwianie kontaktów między krajami”, ale badanie przeszłości i
dochodzenie – choć często popełniamy błędy – do prawdy historycznej.
Jesteśmy w takim razie bliżej czy dalej od pojednania, o którym
mówili szefowie rządów Polski i Rosji?
– Władze Federacji Rosyjskiej
po raz kolejny w kontaktach ze stroną polską podkreślają, że uznają
odpowiedzialność państwa sowieckiego za zbrodnię katyńską. Problem stały i
niezmienny polega na tym, że w stosunku do odbiorcy rosyjskiego władze posługują
się retoryką zgoła odmienną. Sprawia to, że choć zarówno Władimir Putin, jak i
jego poprzednicy – Borys Jelcyn i Michaił Gorbaczow, wielokrotnie uznawali tę
odpowiedzialność, to w przekazie dla społeczeństwa rosyjskiego nadawali zupełnie
inny komunikat, mianowicie, że „za Katyń odpowiedzialni są Niemcy”. W ankiecie
przeprowadzonej we wtorek przez rozgłośnię Echo Moskwy 70 proc. respondentów
wypowiedziało się właśnie w taki sposób. To efekt rosyjskiej „dwumowy”. Może
teraz się to zmieni. Sygnałem zmian może być czynny udział Rosyjskiej Cerkwi
Prawosławnej w tak wyraźnym potępieniu zbrodni stalinowskich.
Czy słowa premiera Donalda Tuska o tym, że „prawda o Katyniu stała
się mitem założycielskim niepodległej Polski”, nie osłabiły przekazu stanowiska
strony polskiej w sprawie oceny zbrodni katyńskiej?
– Sformułowanie
to może być uznane za niezręczne. Może być bowiem odczytane literalnie, tzn. w
ten sposób, że sama zbrodnia staje się mitem. Nie sądzę jednak, że taka była
intencja premiera. W warstwie słownej jego przemówienie nie zawiera fałszywych
tonów poza jednym. Jest nim sugestia, że zamordowani w Katyniu czekają na
pojednanie. Żadnemu politykowi nie wolno dokonywać tego rodzaju nadużyć. Bo o
tym, na co czekają zamordowani Polacy, wiedzą tylko oni sami i Pan Bóg. W tym
kontekście bliższe są mi słowa Zbigniewa Herberta, który napisał, że „nie w
twojej mocy przebaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie”. Zasadniczą
sprawą w ocenie obecności Donalda Tuska w Katyniu wydaje się cena polityczna, a
nie waga jego słów. Chodzi o cenę ocieplenia w relacjach z Rosją.
Jaka jest cena ocieplenia relacji między Polską a
Rosją?
– W środowym wydaniu rosyjskiej gazety „Izwiestia”
opublikowano dwa artykuły na temat środowych obchodów zbrodni katyńskiej.
Pierwszy autorstwa prof. Aleksandra Czubarjana [dyrektora Instytutu Historii
Świata Rosyjskiej Akademii Nauk
– przyp. red.]. Wypowiadał się on właśnie w
duchu relatywizacji zbrodni katyńskiej, wskazując, że w Katyniu leży także 8
tys. obywateli sowieckich i 4 tys. Polaków, co można odczytać w ten sposób, iż
tak do końca nie wiadomo, kto komu powinien współczuć… Ważniejsza jest jednak
wiadomość podana w drugim artykule, mianowicie, że Polska wyrzuca 4 tys.
uchodźców z Gruzji. Rosyjska gazeta z satysfakcją pisała o takich planach. Taki
właśnie kontekst rosyjska polityka nadaje ociepleniu z Polską. W ten sposób
pojawia się sugestia, że Rosja zgodzi się na jakieś gesty wobec naszego kraju i
ocieplenie relacji, ale w zamian oczekuje od nas, byśmy odcięli się od Gruzji,
krajów nadbałtyckich, które wyraźnie zapowiadają bojkot obchodów 9 maja 2010 r.,
słusznie przypominając, że data ta oznacza dla nich, i dla nas, rocznicę
zniewolenia Europy Wschodniej. To, że polskie władze prawdopodobnie będą
uczestniczyły w tym czasie w obchodach rocznicy wyłącznie rosyjskiego tryumfu
nad nazizmem, a nie jednocześnie zniewolenia naszego kraju, ma ogromne
znaczenie, także dla Rosji. To element gry strategicznej tego kraju. W ostatnich
latach władze Polski potwierdziły, że zgadzają się na rolę, jaką wyznacza nam
Moskwa.
Moskwa wyznaczyła nam już rolę, jaką mamy odgrywać w
Europie?
– Zależy jej przede wszystkim na tym, żebyśmy przestali być
przeszkodą w procesie reimperializacji Europy Wschodniej przez Rosję. Jeśli
faktycznie przestaniemy przeszkadzać w tym procesie, wówczas Moskwa „pojedynczo”
poradzi sobie z Gruzją, Estonią, Łotwą, Litwą, a także z Ukrainą. Warto
podkreślić, że nowy prezydent tego kraju Wiktor Janukowycz jest źle postrzegany,
ponieważ nie akceptuje wszystkich propozycji Rosji. Jeśli obecne władze Polski
będą prowadziły ugodową politykę wobec Moskwy, pozwolą jej tym samym na
realizację starej „taktyki salami”, czyli odcinania „po plasterku” krajów
wcześniej uzależnionych od ZSRS i przyłączania ich do strefy dominacji wpływów
rosyjskich. Dopóki Polska przeciwstawiała się tej polityce, współorganizując
opór krajów wokół Rosji, dopóty polityka rosyjska była nieskuteczna. Odkąd nasze
władze się z nią godzą, zagrożenie reimperializacji Europy Wschodniej przez
Moskwę staje się realne. Wątpię, by było to korzystne dla naszego kraju… Dziś
Gruzja, jutro Ukraina, a kto pojutrze? Powinniśmy postawić sobie to pytanie,
ciesząc się z krótkotrwałego ocieplenia relacji z Rosją. Polepszenie kontaktów z
tym krajem wtedy miałoby sens i przyniosłoby nam korzyść, gdyby Moskwa była w
stanie stanąć twarzą w twarz z prawdą o historycznych zbrodniach sowieckiego
systemu, także na jej sąsiadach. Ale stałoby się tak również wtedy, gdyby Rosja
zmierzyła się ze swoim imperialnym dziedzictwem i je przezwyciężyła. Powoduje
ono bowiem, że do dziś politycy w Rosji patrzą na sąsiednie kraje wyłącznie jak
na pionki w grze rosyjskiej albo amerykańskiej. Dopóki ta mentalność się nie
zmieni, dopóty poszukiwanie ocieplenia w stosunkach z włodarzami Kremla nie
będzie sygnałem polepszenia sytuacji Polski, a może być wręcz przejawem uśpienia
polskiej wrażliwości na imperialne zagrożenie ze Wschodu.
Dziękuję za rozmowę.
