Powrót Goetla

Być Polakiem nie jest to tak wielka rzecz, jak nam się wydaje. Ale
przestać nim być znaczyłoby przestać być człowiekiem.
Ferdynand Goetel „Czasy
wojny”

W końcu 1945 roku Ferdynand Goetel, znany przed wojną pisarz, publicysta,
podróżnik, musiał opuścić Polskę. Wiedział, że jego życie jest zagrożone w kraju
„wyzwolonym” przez Armię Czerwoną, przynoszącą na bagnetach zwycięski system
komunistyczny. Sam był świadkiem rewolucji bolszewickiej w dalekiej Azji, gdzie
został zesłany w czasie I wojny światowej jeszcze przez władze carskie. Z tych
doświadczeń powstały jego najważniejsze utwory, opowiadania i wspomnienia, takie
jak „Przez płonący Wschód”, „Kar-Chat”, „Pątnik Karapeta”, „Ludzkość”, powieść
„Z dnia na dzień”. Opowiadają one o zesłaniu do Turkiestanu, przewrocie
bolszewickim w 1917 roku w Taszkiencie, o udziale autora w walkach między
ludnością miejscową a bolszewikami, peryferyjnych wprawdzie w całej rewolucji
sowieckiej, ale dla niezainteresowanego uczestnika niebezpiecznych. Kolejne
utwory opisują wreszcie niezwykle śmiałą ucieczkę z żoną i dwojgiem małych
dzieci przez Persję, Indie, do Europy Zachodniej i Polski.
Wtedy Goetel
wracał do kraju, teraz, po drugiej wojnie światowej i zwycięstwie, musiał z
niego uciekać. Po latach, już na emigracji, wspominał w szkicu „Polska legenda”:
„Gdy u schyłku 1945 roku opuściłem Polskę, zieloną granicą, i brnąłem poprzez
las ku Bawarii, sięgnąłem myślą wstecz i przypomniałem sobie, jak w r. 1921
przybyłem do Kraju okólną drogą przez pół kuli ziemskiej, aby zaczynać życie od
podstaw, mając już trzydzieści lat. To, co zdobyłem w ciągu dwudziestu lat,
stanowisko, dobrobyt, sławę i nawet przywiązanie i przyjaźń ludzi – zostawiałem
teraz za sobą. Nie miałem złudzeń, że odbuduję kiedykolwiek dom, który się
zawalił nad moją już posiwiałą głową. Pretensji do losu nie zgłaszałem” („Pisma
polityczne”, Kraków 2006, s. 296).
Pod koniec 1945 roku Goetel był już
ścigany listem gończym. Podpisał go prokurator Roman Martini, ten sam, który
prowadził w Krakowie śledztwo w sprawie Katynia mające stwierdzać
odpowiedzialność niemiecką i który wkrótce został zamordowany. Goetel uciekał
jako Holender tradycyjnym szlakiem emigrantów przez Czechy, Niemcy i Włochy,
gdzie dotarł w Anconie do armii generała Andersa, w końcu zaś osiadł na resztę
życia w Anglii.
Znalazł się na komunistycznych listach proskrypcyjnych jako
jeden z większych wrogów ustroju przede wszystkim dlatego, że był świadkiem
odkrycia przez Niemców grobów w Katyniu w 1943 roku. Został zaproszony przez
nich razem z innym pisarzem Józefem Mackiewiczem. Podobnie jak on nie miał
wątpliwości, kto dokonał zbrodni. To wystarczyło, by po wojnie napiętnować go
mianem kolaboranta, wroga nowego porządku, sanacyjnego reakcjonisty. Do tego
dołączono piętno faszysty, co przyszło tym łatwiej i skuteczniej, że Goetel był
przed wojną autorem książki „Pod znakiem faszyzmu”, z której też pisarz sam się
szybko wycofał jeszcze przed wojną, a która w czasie okupacji była zakazana
nawet przez Niemców. Ponadto został uznany za jednego z ważniejszych wrogów
systemu, gdy złożył świadectwo w sprawie Katynia przed amerykańską Komisją
Senatu, zwaną Komisją Maddena, która w 1952 roku uznała ostatecznie sprawstwo
sowieckie.
Jako „kolaborant” i „faszysta” funkcjonował Goetel przez cały
okres PRL, podobnie zresztą jak Józef Mackiewicz. Był wzorcowym przykładem
antykomunisty, wroga ludu i systemu, sanacyjnego reakcjonisty, na którym mogła
się skupić nienawiść propagandy komunistycznej. Na emigracji w Londynie zajmował
się już bardziej działalnością publicystyczną, współpracując z prasą
emigracyjną. Napisał dwa tomy wspomnień: „Czasy wojny” o okupacji w Warszawie i
wyjeździe na Zachód w 1945 roku oraz autobiograficzny tom „Patrząc wstecz”.
Zmarł w 1960 roku. Dopiero po 1989 roku został – z trudem zresztą i oporami
części środowiska opiniotwórczego – zrehabilitowany i oczyszczony z
komunistycznych opinii i zarzutów.
Goetel był przede wszystkim pisarzem, a
nie politykiem czy działaczem społecznym, wbrew opinii Stanisława Piaseckiego,
który napisał w 1939 w „Prosto z mostu”, że Goetel był „przede wszystkim
pisarzem politycznym, a potem dopiero, i to wtórnie, beletrystą”. Jego poglądy i
wypowiedzi polityczne były bowiem ściśle związane z twórczością oraz
działalnością literacką, tak jak to działo się w całej polskiej tradycji
literackiej, i były miarą jej sensu wykraczającego poza czy ponad literaturę, w
sferę jej zobowiązań, aspiracji narodowych i społecznych, związków z szerzej
rozumianymi, wspólnymi sprawami Polaków. W młodości Goetel jako typowy
przedstawiciel nowoczesnej inteligencji był związany najpierw z ruchami
socjalistycznymi o orientacji niepodległościowej, później na trwałe z obozem
Piłsudskiego, który pozostał dla niego postacią najważniejszą w odradzającej się
Polsce. Po śmierci Marszałka pisał, że jest on przykładem „szlachetnego, mocnego
ducha człowieka, przez honor i miłość związanego z ziemią ojczystą, a poprzez
trud i namiętność odkrywczą wyrównującego ślepe wyroki losu” („Pisma
polityczne”, s. 217).
Z czasem zbliżył się do kół narodowych, ale nie był
bezkrytycznym ich zwolennikiem. Zarzucał politykom endecji małoduszność,
ograniczenie horyzontów, brak heroizmu, uznał nawet, choć w ferworze polemiki,
że z polityki narodowej endecy uczynili „szkołę podstępu i chytrości (…) dla
ducha polskiego zabójczą”. Jego krótkotrwały związek z obozem narodowym był
znowu raczej związkiem intelektualisty, a nie polityka. Sam wspominał o tym w
„Czasach wojny”: „Czynnym politykiem nie byłem nigdy, nie należałem do Oeneru,
Legionu Młodych ani nawet Ozonu, redakcję 'Kuriera Porannego’ objąłem na
polecenie Rydza-Śmigłego i opuściłem rychło po starciu z nim. Podczas okupacji
należałem wprawdzie do Obozu Polski Walczącej, lecz tylko jako redaktor
miesięcznika 'Nurt’, tym razem zupełnie niezależny” („Czasy wojny”, Kraków 2005,
s. 398).
Jeśli więc powstała już wcześniej opinia o szczególnej polityczności
Goetla, to głównie za sprawą jego książki z 1938 roku „Pod znakiem faszyzmu”,
która obrosła dość ponurą legendą. Złożona z wcześniej drukowanych artykułów
książka powstała z ducha czasu końca lat 30., z kryzysu i niepokoju co do
perspektyw Polski w okresie sanacji, z poszukiwania sposobów opanowania
katastroficznej wizji przyszłości. Była bardziej manifestem literackim i
psychologicznym, zapisem mitu społecznego o cechach utopii niż praktyczną, a
niebezpieczną dla Polski deklaracją wpływowego polityka. Czym był w istocie ów
faszyzm Goetla? „Faszyzm jest przede wszystkim postawą psychiczną – pisał autor
– napięciem woli, wzmożeniem aktywności, uzdolnieniem wewnętrznym do ofiar i
wysiłków, jednym słowem, tym, co nazywamy heroicznym stosunkiem do życia”.
Maciej Urbanowski, autor wstępu do obecnego wydania książki, w tomie „Pisma
polityczne” nazywa to romantycznym stosunkiem do faszyzmu. Krytyczne komentarze
współczesnych do książki Goetla pochodziły z różnych stron. Urbanowski podaje,
że „pisano o dyletantyzmie pisarza, demagogii, nonszalancji, fałszach i
złudzeniach dotyczących faszyzmu. (…) W endeckim 'Warszawskim Dzienniku
Narodowym’ podkreślano, że 'na jakiś faszyzm gotowy, goetlowski w Polsce nie ma
miejsca’. W socjalistycznym 'Naprzodzie’ natomiast wskazywano na nieaktualność
książki Goetla po ostatnich wydarzeniach w Niemczech. Antoni Słonimski nazwał
'Pod znakiem faszyzmu’ 'ferdydurkami o faszyzmie’, ale Jan Strzelecki
stwierdzał, że 'książka Goetla ukazuje się w chwili, gdy oficjalna i miarodajna
Polska wkracza zdecydowanie pod znaki faszyzmu’, i oceniał ją jako szczerą,
otwartą, bezkompromisową i odważną”.
Pisarz pod wpływem wydarzeń w III
Rzeszy, Anschlussu w Austrii, Kristalnacht w Berlinie szybko wycofał się z tez
zamieszczonych w książce, uznając ją za swoją największą życiową pomyłkę, jak
wyznał w czasie okupacji pisarzowi Kazimierzowi Truchanowskiemu.
Przede
wszystkim jednak twórczoś ć pisarska Goetla jest opowieścią o polskich losach w
totalitarnym XX wieku. Od pierwszych opowiadań i relacji zesłańca w Azji,
poprzez doświadczenia budowy odrodzonego państwa polskiego, aż do uczestnictwa w
II wojnie, zderzenia z dwoma totalitaryzmami i ponownego wygnania, układa się
ona w symboliczną narrację o polskich doświadczeniach i ich historycznej
ciągłości już od XIX wieku. Opowiadania o okupacji, publicystyka wojenna i
emigracyjna, zwłaszcza zaś opowieść o wojnie napisana już na emigracji, pt.
„Czasy wojny”, są niezwykle wymownym, plastycznym, wciągającym czytelnika,
wiarygodnym świadectwem tamtych dramatycznych dziejów.
„Czasy wojny” zostały
już napisane jako wspomnienia z perspektywy zakończenia wojny i nowego stanu
historycznego, który narodził się na jej ruinach. Dlatego już z pewnego dystansu
pisarz ogarnia jej całość, umieszczając najważniejsze jej momenty, różne fazy i
zwroty, niespodziewane akcje i przełomy, symboliczne wydarzenia, w ramach całej
historii wojennej, której obraz w całości ukazuje się dopiero z czasem, ale sens
wszystkiego nie jest do końca znany. Kalkulacje wojenne były najczęściej
nietrafne jeszcze do Powstania Warszawskiego. Goetel przytacza rozmowę z prof.
Władysławem Studnickim na początku okupacji: „- Tę wojnę wygra Rosja! –
przekonywał. – Czy pan naprawdę nie widzi, co nas czeka? (…) Nie podzielałem
jego zdania” – przyznaje Goetel („Czasy wojny”, Londyn 1955, s. 9). Dopiero po
Powstaniu było wszystko jasne, choć niektórzy, zwłaszcza z Polski Centralnej, a
nie Wschodniej, mieli jeszcze złudzenia.
Punkt kulminacyjny wojny, przełomowy
rok 1943, to w książce Goetla oczywiście odkrycie Katynia, które opisuje
szczegółowo, podobnie jak powstanie w getcie i w następnym roku Powstanie
Warszawskie. Przypomina nieufność wobec niemieckiego odkrycia grobów katyńskich
także wśród rodaków i w kierownictwie walki podziemnej, nie mówiąc już o opinii
zachodniej wspierającej komunistycznych aliantów. Umiejętna propaganda sowiecka
i nieufność wobec Niemców przesuwały sprawę Katynia na dalszy plan, ujętą
niejako w kleszcze zwalczających się okupantów. Wielu nie chciało wówczas
dopuścić do siebie myśli o zbyt okrutnej prawdzie o sprzymierzeńcach naszych
sprzymierzeńców. Podobnie jak Mackiewicz, Goetel z wcześniejszym piętnem
faszysty, czyli kolaboranta, nie był wiarygodnym posłańcem złej nowiny.
Przynajmniej w szkicu „Czasy pogardy” w podziemnym piśmie „Nurt” z czerwca 1943
roku mógł jasno wyłożyć konsekwencje mordu katyńskiego: „Walka totalna, jak
wiadomo, opiera się na nienawiści wroga. Aby być w porządku z nienawiścią,
trzeba wrogiem pogardzać. Nienawiść ułatwia bowiem zabójstwo, pogarda zwalnia od
wyrzutów sumienia. Nienawidzony i pogardzany wróg nie jest wart więcej od jednej
kuli i nie zasługuje na żaden ceremoniał przedśmiertny i pośmiertny. Logikę
taką, choć wstrętną, jesteśmy jeszcze w stanie pojąć. Kłopotliwym będzie
rozważanie, co się dzieje z pogardą dla własnych ludzi, którym powierza się
odpowiednie funkcje mordercze? Czy jej nie ma? Musi być! (…) Samobójczość
systemu, który przez uświadomienie i wychowanie prowadzi do morderstwa polega na
tym, że po morderstwie nie ma już żadnego kroku, ani wstecz, ani naprzód”
(„Pisma polityczne”, s. 381).
Z „Czasów wojny” pozostaje w pamięci epizod
związany z Katyniem – spotkanie autora z młodym Rosjaninem Kriwozercowem,
najpierw na grobach katyńskich, później już we Włoszech po ucieczce z Polski.
Rosjanin ten pierwszy powiadomił Niemców o znalezieniu grobów i stał się
poniekąd również ofiarą Katynia. Jako świadek wolał także uciekać z Rosji i
podobnie jak Goetel trafił do Włoch, później do Anglii. Autor przytacza jego
tragiczną historię zakończoną śmiercią w niewyjaśnionych okolicznościach: „Nie
mógł zrozumieć, dlaczego my, Polacy, nie wytaczamy sprawy Katynia przed forum
świata, nie wołamy na alarm, nie umieliśmy przedstawić jej na procesie
norymberskim. Na niektórych ludzi, którzy się z nim stykali, robił wrażenie
'nienormalnego’. I był nim niezawodnie, jak nienormalnym jest dziś człowiek,
który spraw moralnych chce dochodzić na prostej drodze” („Czasy wojny”, s.
273).
Z Powstaniem Warszawskim, w którym Goetel nie brał już czynnego
udziału, wiązał się oczywiście tragiczny dylemat wyboru walki, który autor
„Czasów wojny” wyraził w przeciwnych opiniach dwóch znanych i zorientowanych
postaci. Po exodusie z powstańczej Warszawy Goetel spotkał w Milanówku znanego
pisarza i podróżnika Ferdynanda Ossendowskiego: „Wie Pan, co myślę? Był klucz do
rozwiązania tej sprawy. Ale ten mieli w ręku Rosjanie. (…) gdyby oni przeszli
Wisłę i wyciągnęli do nas dłoń, może byśmy przebaczyli jeszcze i tamto i
potrafili z nimi zawiązać coś, co rokowało jakąś przyszłość przyjazną, jakieś
współżycie”. Zupełnie inną opinię usłyszał autor od kogoś z kręgu Juliana
Piaseckiego, adiutanta Rydza-Śmigłego: „Co chwilę słyszę złorzeczenia i skargi,
że wojska czerwone stanęły po drugiej stronie Wisły i do Warszawy nie weszły.
Przypuśćmy, że wszedłszy, obeszliby się łaskawie z naszym żołnierzem lub, co
gorzej, zrespektowaliby nasze władze podziemne. Zdaje pan sobie sprawę, że tylko
garść ludzi zachowałaby pamięć o wszystkim, co nas spotkało w czasie tej wojny.
Reszta uległaby uniesieniu pozorem wolności, tak jak była pijana nią w
pierwszych dniach powstania. Politycznie moglibyśmy byli przegrać wtedy wszystko
i wiwatując, wszystko podpisać. A tak pozostał przynajmniej protest pozostałych
po nas ruin” („Czasy wojny”, s. 164).
Wreszcie spora część „Czasów wojny”
poświęcona jest stałemu już od dwóch stuleci motywowi polskiego losu: emigracji,
wygnaniu czy nieraz ucieczce z kraju. Szlak też tradycyjny: Włochy, Rzym lub
Ancona, Anglia i Londyn, jeśli nie Francja i Paryż. Po drodze Niemcy: refleksje
Goetla o końcu wojny, który jest nową klęską dla Polski, o zmodyfikowanym nieco
zniewoleniu i ogólnoludzkim totalitaryzmie. Pamiętny jest opis z obozu w Dachau:
„Miejsce to nie ma naukowości komór gazowych. Porządek i przewidującą myśl widać
jednak i tu. Na specjalnych trawniczkach, gdzie strzelano delikwentom w tył
czaszki, jest rowek dla ściekania krwi. Śladów krwi już nie widać, ale ziemia
powinna być tu kiedyś bardzo urodzajna. Na razie piją krew wysokie drzewa,
zacieniające ośrodek kaźni” („Czasy wojny”, s. 200).
Goetel jest emigrantem
samotnym, rodzinę musiał zostawić w kraju. Pozostaje mu udział intelektualny w
życiu emigracyjnym, politykiem już nie będzie. W emigracyjnych zapiskach
pozostawia bezcenne uwagi o tym wyjątkowym polskim doświadczeniu: „Emigracja z
rodzinnego kraju nie była zjawiskiem nowym w historii polskiej. Opuszczaliśmy
kraj, nieraz protestując przeciw zadanej mu krzywdzie. Szliśmy w świat wołać o
wolność. Lecz teraz opuszczaliśmy Polskę po wojnie zakończonej zwycięstwem
państw, które wraz z nami głosiły hasło wolności. Cóż miałem do powiedzenia
więcej, syn narodu, który już raz przez cały XIX wiek wyśpiewał swe krzywdy i
wołał o swe prawa do życia tak żarliwie, że przywrócono mu wreszcie wolność, aby
ją ponownie zaprzedać i odstąpić? Okrzyków 'Vive la Pologne’ nie mieliśmy
usłyszeć na naszym szlaku. 'Tysiąc walecznych’, którzy opuszczali Warszawę w
roku 1944, podobni do cieni, to nie ci, którzy wyszli z niej z rozwiniętymi
sztandarami w roku 1832. Los tych obciążał dziś cały świat. Nikt nie wysłucha
ludzi, którym się wstydzi spojrzeć w oczy” („Czasy wojny”, s. 275).
Ferdynand
Goetel, nieobecny w polskim życiu kulturalnym także po 1989 roku, dopiero teraz
powraca w pamięci i świadomości narodowej za pośrednictwem swych dzieł,
zaświadczając symbolicznie o polskich losach w totalitarnym wieku
XX.
Skrócony przedruk z „Biuletynu IPN” 2007, nr 1-2

 
Dr Marek Klecel

drukuj