Najbardziej żal mi listu, który tato do mnie napisał
Z Marią Buńdą, córką ppłk. Borysa Fourniera, jeńca Kozielska
zamordowanego w kwietniu 1940 r. w Katyniu, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Pani ojciec był zawodowym wojskowym czy oficerem
rezerwy?
– Tato, rocznik 1891, był majorem Wojska Polskiego w
służbie czynnej (pośmiertnie awansowanym do stopnia podpułkownika),
przydzielanym do różnych pułków. Ostatni, w którym służył, to 2. Pułk Strzelców
Podhalańskich w Sanoku. Po przewrocie majowym przeszedł w stan spoczynku. W 1928
roku rodzice zamieszkali w Warszawie. Tutaj ojciec podjął pracę jako inżynier
mechanik na kolei w Grodzisku, w późniejszych latach pracował przy budowie tamy
w Porąbce koło Żywca, a także przez jakiś w Centralnym Instytucie Wychowania
Fizycznego na Bielanach w Warszawie. Był absolwentem Politechniki Warszawskiej,
specjalizował się w dieslowskich silnikach.
Jakim był człowiekiem?
– Prawym, bardzo opanowanym, nigdy
nie wybuchał, jak raz coś powiedział, to tak musiało być. Był bardzo
przyjacielski, lubiany przez kolegów w pracy. Przyjaźnie, które zawarł, później
pielęgnowała nasza rodzina. Tato miał również duże poczucie humoru, był bardzo
dowcipny. Był też zapalonym brydżystą.
Gdzie poznali się Pani rodzice?
– W 1915 roku na Podolu,
ale losy naszej rodziny związały się z Warszawą. Tu mieszkali moi dziadkowie,
dalsza rodzina, także ja się tutaj urodziłam. Było nas czworo rodzeństwa, bo
miałam jeszcze trzech starszych braci: Tadeusza (utonął w 1936 roku),
Włodzimierza i Wiesława, który jako jedyny przeżył wojnę. Bracia chodzili do
gimnazjum, udzielali się w harcerstwie, interesowali się sportem. Byliśmy
wychowywani w duchu głębokiego patriotyzmu, co zaowocowało tym, że już w 1939
roku Wiesław wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, a później dołączył do ZWZ
Włodzimierz. Podczas Powstania Warszawskiego Wiesław był w kompanii „Anna” w
batalionie „Gustaw”. Przez Wolę, Stare Miasto przeszedł bez szwanku kanałami do
Śródmieścia. Śmialiśmy się, że się w czepku urodził, bo przeżył jako jedyny z
trzynastu. Jego koledzy rozszarpywani byli przez odłamki, a on wychodził z tego
jedynie z połamanymi okularami. Młodszy brat był z kolei w pułku „Baszta” na
Mokotowie. Przeżył powstanie, ale zginął w ostrzelanym pociągu pod granicą
jugosłowiańsko-austriacką, kiedy Niemcy przewozili go do innego stalagu.
Ile miała Pani lat w chwili pożegnania z ojcem?
– Siedem,
chodziłam do drugiej klasy szkoły powszechnej. Ojciec opuścił dom, gdy zaczęła
się mobilizacja – 2 lub 3 września 1939 roku. Dokładnie zapamiętałam tamten
moment. Mama wspominała później, że jak żegnał się z nami, zawołałam do niej:
„Mamo, nie pozwól tatusiowi odejść od nas, bo już go nie zobaczymy”.
To było przeczucie?
– Trudno nazwać to przeczuciem,
bardziej odruchem, nie umiem tego wytłumaczyć. Gdy ojca zabrakło, pozostaliśmy w
Warszawie i tu przeżyliśmy całą okupację i powstanie. Na początku 1940 roku
dostaliśmy korespondencję od taty z obozu w Kozielsku. Przysłał kilka kartek,
ale tylko jedna z 18 stycznia 1940 roku cudem uratowała się z pożogi Powstania
Warszawskiego. Ojciec pisze w niej: „Najdroższa moja Niusiu i kochane dzieci.
Piszę ten list nie pierwszy. Na pierwszy dotychczas nie otrzymałem odpowiedzi.
Ponieważ mogę pisać tylko raz na miesiąc, nie spodziewaj się odpowiedzi
wcześniej, a pisz regularnie, nawet jeżeli nie masz odpowiedzi na listy. Nie mam
wiadomości o tobie i o dzieciach, jestem bardzo zdenerwowany o was wszystkich.
Ze zdrowiem jestem nie bardzo, boli w dalszym ciągu dwunastnica i to mnie
ogromnie dokucza. Zima bardzo sroga, mrozy dochodzą do minus 47 stopni, a
ciepłego ubrania nie posiadam, jestem w tym, w czym wyjechałem. Poza fotografią
twoją nie mam fotografii dzieci, proszę o takowe, wyślij”. Dalej litery na
kartce robią się coraz mniej czytelne i zrozumiałe. Ojciec prosił, żeby mama
przysłała mu sweter. Podał także adres kolegi, który był z nim w Kozielsku, by
mama powiadomiła jego żonę, że żyje i ma się dobrze. W innych listach pisał,
żebyśmy chodzili do szkół, uczyli się języków, dawał nam zalecenia
rodzicielskie. Prosił także mamę, żeby zgłosiła się do wujka, żeby jej pomógł,
gdyby było ciężko. Przede wszystkim martwił się jednak, że nie ma od nas żadnych
wiadomości. Mama wysyłała do ojca listy i paczki, ale te nie dochodziły…
Jak często można było pisać do Kozielska?
– Raz na
miesiąc. Ojciec był chory, miał wrzody dwunastnicy i w obozie widocznie mu się
one otworzyły, bo pisał, że pułkownik Antoni Stefanowski, znany chirurg wojskowy
z Warszawy, zrobił mu operację. Dzięki temu tato znalazł się w lazarecie, gdzie
dostał suchary i mleko. Potem informacje się urwały. Po trzech latach, w 1943
roku, Niemcy ogłosili w prasie, w tzw. gadzinówce – jak ją warszawiacy nazywali,
listy z nazwiskami ekshumowanych w Katyniu. Wszyscy je czytali, pytali w Polskim
Czerwonym Krzyżu, czy to prawda, czy może nastąpiła pomyłka w nazwisku. U nas
nie było wątpliwości. Takie nazwisko było tylko jedno w Polsce, poza tym dane
taty się zgadzały. W 1944 r. PCK potwierdził w piśmie wysłanym do mamy, że
ojciec nie żyje.
Jak Pani mama przyjęła wieść o śmierci męża?
– Pamiętam
tę chwilę ze szczegółami. W dniu, w którym ukazała się w prasie lista z
nazwiskiem ojca, mama wróciła z pracy radosna. Była wówczas kierowniczką
stołówki w nieczynnej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W ręku miała jakąś
gazetkę podziemną, w której pisano, że na wschodnim froncie Niemcy zaczęli się
cofać. Śmiała się, żartowała, mówiła, że z pewnością wojna wkrótce się skończy i
tato wróci do domu. Nic jeszcze nie wiedziała… Wcześniej do brata przyszedł
jego przyjaciel, który przyniósł nam gazetę z listą katyńską. Pamiętam, że
wszyscy, szczególnie babcia, z którą wówczas mieszkaliśmy, prosili, by nie mówić
mamie, że tato zginął. Miałam wtedy jedenaście lat, nie rozumiałam, dlaczego ma
się o tym nie dowiedzieć. Mama cały czas żartowała, była w dobrym humorze. Nie
wytrzymałam tego, złapałam ją za bluzkę i powiedziałam: „I czego ty się, mamo,
cieszysz, jak tato nie żyje”. Gdy to usłyszała, dostała ataku serca. Pamiętam,
brat oderwał mnie od niej, mówiąc: „Mama umrze przez ciebie, głupia jesteś…”.
Od tamtego czasu mama chorowała na serce. To było dla niej traumatyczne
przeżycie. A ja w ten sposób zademonstrowałam tylko uczucia do ojca… Nie
zdawałam sobie sprawy, że swoją ekspresją mogę mamie zaszkodzić. Gdy później
zrozumiałam swój błąd, było mi bardzo przykro.
Z pewnością była Pani mocno związana z ojcem…
– O, tak.
Jako najmłodsza z rodzeństwa i jedyna córka byłam oczkiem w głowie taty. Na
wiele mi pozwalał, podczas gdy braciom nie zawsze. Ojciec poświęcał mi bardzo
dużo czasu, zabierał w różne miejsca, zawsze odprowadzał do szkoły. Tato miał
duże zdolności manualne, pięknie malował, rzeźbił. Jak zbliżały się na przykład
Święta Bożego Narodzenia, z papieru i słomy robił piękne lampiony na choinkę i
cudne zabawki. Pamiętam, jak w którymś roku pojechałam sama z wujostwem na
wakacje i ojciec napisał do mnie list. Nie był to zwykły list, ale wielki
malunek w akwareli i tuszu. Przedstawiał wszystkie moje zabawki pozostawione w
domu, które rozpaczały, że mnie nie ma. Mama trzymała ten list do powstania,
mówiła, że gdy dorosnę i będę miała własne dzieci, będzie dla mnie cenną
pamiątką. Po powstaniu niczego nie było mi tak bardzo żal, jak właśnie tego
listu, który niestety zaginął. Tato ponadto chodził z nami na basen i na łyżwy
do Ogrodu Saskiego. W tamtym czasie od placu Trzech Krzyży, gdzie obecnie mieści
się Instytut Głuchoniemych i Niewidomych, aż po Rozbrat ciągnął się tor
saneczkowy i lodowisko. Często tam przyjeżdżaliśmy. Pamiętam, że oprócz taty
lekcji jazdy na łyżwach udzielał mi wówczas znany mistrz w szybkiej jeździe –
niejaki pan Kalbarczyk. Ojciec był także pasjonatem robienia zdjęć. Stale nas
przebierał w różne stroje i fotografował. Mieliśmy piękne albumy, wszystkie
przepadły w czasie powstania.
Trudno pogodzić się ze śmiercią kogoś bliskiego, a tym bardziej męża
i ojca. Jak poradzili sobie Państwo bez niego? Przecież rzeczywistość powojenna
nie była lżejsza niż ta okupacyjna.
– Wraz z mamą wyjechaliśmy na
Pomorze, lecz tam mama miała problemy ze znalezieniem pracy. Jednego dnia gdzieś
pracowała, po trzech dniach ją zwalniali. Ponadto często była z mojego powodu
wzywana do szkoły, bo głośno mówiłam, że ojciec zginął w Katyniu; nie widziałam
powodów, żeby to ukrywać. Mało brakowało, a w 1950 roku nie zdałabym przez to
matury. W tym samym roku po złożeniu egzaminu dojrzałości wróciłam do Warszawy,
by zdawać na studia na wydział architektury. Oczywiście, nie dostałam się, bo
inteligencji wówczas nie przyjmowali. Zaczęłam więc pracować, później dopiero
udało mi się skończyć studia. Mama zaś znalazła pracę w biurze jako tłumaczka;
znała dobrze języki rosyjski i francuski.
W 1990 roku, gdy przywiezione zostały do Polski sowieckie listy
wywozowe z trzech obozów, potwierdziło się, że Pani ojciec zginął w
Katyniu?
– Jego nazwisko widniało we wszystkich dokumentach. Miał na
liście wywozowej z 20 kwietnia 1940 roku numer 900. Na podstawie dokumentów
można więc stwierdzić, że najprawdopodobniej został zamordowany dwa dni
później.
Podczas ekshumacji w 1943 r. znaleziono przy ojcu jakieś
przedmioty?
– Tak, Krzyż Virtuti Militari, legitymację wojskową,
jakieś świadectwa szczepień z obozu w Kozielsku i fotografię mojej mamy z
podpisem Maria Fournier. Mama występowała do Czerwonego Krzyża o zwrot tych
pamiątek, lecz nikt nie wiedział, co się z nimi stało. Podobno wywieziono je do
Krakowa, a potem słuch po nich zaginął.
Nie boli Pani, gdy dziś Rosj anie odżegnują się od ludobójstwa,
traktując tę zbrodnię w kategoriach zwykłego przestępstwa
wojennego?
– Oczywiście, że boli. Chciałabym, żeby Rosjanie w końcu
przyznali się do ludobójstwa, żeby została odkryta przed całym światem prawda o
tej zbrodni. Moja mama nie dożyła rozliczenia tego strasznego mordu; ja, choć
byłam najmłodsza z rodzeństwa, mam już skończone 77 lat i z pewnością też tego
nie doczekam. Być może wnuki… Nie potrafię być optymistką, bo Rosjanom
absolutnie nie można wierzyć. Już mój ojciec, którego większość rodziny
wymordowali w czasie rewolucji bolszewicy, miał doskonałe rozeznanie, czym jest
komunizm. Nie wierzę, że Rosjanie wyjaśnią całą sprawę, oddadzą jakieś
dokumenty. Im głównie chodzi o to, by uniknąć wypłacenia odszkodowań rodzinom
zamordowanych.
W jaki sposób przekazuje dziś Pani pamięć o Katyniu
wnukom?
– Mój syn i czworo wnucząt mieszkają w Stanach
Zjednoczonych, więc nie mamy na co dzień bezpośredniego kontaktu. Gdy jednak
żyła jeszcze moja mama, dużo synowi opowiadała o dziadku, wojnie, ja sama
zresztą też. Dziś on opowiada o tym swoim dzieciom. Gdy wnuki odwiedzają mnie w
Polsce, zawsze rozmawiamy o dawnych czasach, wspominamy mojego ojca. Obecnie
jest u mnie najmłodsza wnuczka Melissa, która ma 24 lata, właśnie skończyła
socjologię. 5 marca była ze mną na uroczystościach katyńskich w kościele
Świętego Krzyża w Warszawie. Bardzo ją zainteresowały, robiła dużo zdjęć, pytała
mnie o różne kwestie związane z II wojną światową. Żałuje, że nie może pojechać
ze mną do Katynia na tegoroczne uroczystości, bo musi wrócić do Ameryki.
Dziękuję Pani za rozmowę.
