Czas nie uleczył tej rany
Z Danutą Malon, córką por. Mariana Miżołębskiego, jeńca Kozielska
zamordowanego w Katyniu, prezesem Stowarzyszenia Rodzina Katyńska w Lublinie,
rozmawia Adam Kruczek
Pani ojciec por. Marian Miżołębski został zamordowany w Katyniu.
Kiedy po raz pierwszy stanęła Pani przy jego mogile?
– To było w
1989 roku. Wraz z mężem samochodem wybraliśmy się do Katynia. Wizę odebraliśmy w
ambasadzie, wówczas jeszcze radzieckiej. Pamiętam, że na cmentarzu była już
jakaś grupka ludzi i – nie wiem, dlaczego – ale musiałam zaczekać, aż wyjdą. To
było dla mnie ogromne przeżycie. Mąż też zrozumiał, że chcę być w tym momencie
sama. Odczułam potrzebę rozmowy z ojcem o tym wszystkim, co się wydarzyło od
czasu, kiedy nas opuścił. Zostawił mnie jako półtoraroczne dziecko, a tu
przyjechała na jego grób kobieta prawie dwukrotnie od niego starsza. Ojciec
został zamordowany w wieku 28 lat. Wtedy, w 1989 r., stała tam jeszcze stara
tablica z kłamliwym napisem, że polskich oficerów zamordowały hitlerowskie
Niemcy. W ogóle Las Katyński do dziś napełnia mnie grozą. Czy wie pan, że tam
wcale nie śpiewają ptaki? Panuje dziwna, głęboka cisza. Nie potrafię opisać
tego, co przeżyłam, gdy byłam tam pierwszy raz. Wiem tylko, że nigdy się tak nie
czułam – ani wcześniej, ani później.
Była tam Pani z mamą?
– Proponowaliśmy jej, żeby z nami
pojechała, ale odmówiła. Bała się, że nie wytrzyma psychicznie. Mówiła, że nie
wyobraża sobie, co się z nią stanie, gdy znajdzie się obok mogiły, w której leży
jej ukochany mąż, z którym przeżyła zaledwie trzy, ale za to najpiękniejsze lata
swojego życia. Mama odwiedzała natomiast niemal codziennie Mogiłę Katyńską
zbudowaną na cmentarzu wojskowym w Lublinie przez Rodzinę Katyńską. Paliła
znicze, uważała, że to jest właśnie to miejsce, w którym powinna modlić się za
męża, oddawać mu hołd, rozmawiać z nim. Gdy się tam wybierała, mówiła: „Muszę
pójść porozmawiać z Maniusiem”.
Kim był Pani ojciec?
– Ojciec, jak cała moja rodzina,
pochodził z Lublina. Ukończył Państwowe Seminarium Nauczycielskie i początkowo
pracował jako nauczyciel w Lublinie. W 1936 r. kuratorium oddelegowało go do
miejscowości Dębszczyzna koło Bychawy, gdzie został kierownikiem szkoły
powszechnej pierwszego stopnia. Był tam bardzo ceniony między innymi za
społeczne zaangażowanie. Miał wielki sentyment do wojska. Sam był
podporucznikiem rezerwy. Założył koło rezerwistów, w ramach którego organizował
spotkania młodych ludzi po wojsku. Dyskutowano na nich, śpiewano piosenki
wojskowe. Ojciec grał bardzo ładnie na mandolinie i skrzypcach, więc
akompaniował przy tych śpiewach.
Był bardzo popularny i kochany przez swoich
uczniów. Mama opowiadała, że zawsze rano grupa miejscowych dzieci czekała pod
naszym domem, żeby razem z „panem kierownikiem” pójść do szkoły.
Kiedy Pani ojciec został zmobilizowany?
– Po zakończeniu
roku szkolnego w lipcu 1939 r. ojciec jako rezerwista został wezwany na
ćwiczenia wojskowe. Odbywał je co dwa lata. Dostał przydział do 7. Pułku
Piechoty w Chełmie. Opuścił dom, idąc na ćwiczenia, nie na wojnę, ale ponieważ
sytuacja polityczna była już bardzo zaogniona, dlatego jego pożegnanie miało
uroczysty charakter. Uczestniczył w nim ksiądz z sąsiedniej parafii, który
zawiesił ojcu na szyi krzyż i pobłogosławił go. Miałam wówczas półtora roku i –
jak mama opowiadała – bardzo płakałam. „Nie płacz córeczko, tatuś niedługo
wróci” – uspokajał mnie na odchodnym ojciec.
Ćwiczenia trwały cztery
tygodnie, ale po ich zakończeniu sytuacja polityczna stała się już tak napięta,
że ojciec nie został zwolniony do cywila, ale zmobilizowany do 44. Pułku
Strzelców Legii Amerykańskiej w Równem. Z tego okresu zachowało się wiele
listów, które słał do mamy. Ojciec uspakajał, że jest bardzo zadowolony, bo ma
zdyscyplinowanych podkomendnych, że chociaż to okres wakacyjnego odpoczynku,
jego zadaniem jest służyć Ojczyźnie. Pod koniec sierpnia poprosił mamę, żeby do
niego przyjechała. Chciał się pożegnać, bo zanosiło się na wojnę i przewidywał,
że pójdzie walczyć.
Pojechałyśmy razem z mamą do Równego. Byliśmy razem przez
kilka dni, mieszkaliśmy w wynajętym przez ojca pokoiku. Tam zastała nas
wiadomość o wybuchu II wojny światowej. Zostałyśmy do 3 września, kiedy ojciec
wraz ze swoim 44. pp. wyruszył na front. Z tego naszego ostatniego dnia została
mi pamiątka – zdjęcie, na którym jesteśmy razem – tata, mama i ja.
Kiedy Pani mama dowiedziała się o wojennych losach
męża?
– Jego pułk walczył z Niemcami na szlaku od Tomaszowa
Mazowieckiego do Tomaszowa Lubelskiego. Później w niewiadomych okolicznościach
ojciec dostał się do niewoli sowieckiej. W listopadzie 1939 r. z obozu w
Kozielsku napisał jedyny list, jaki do mamy dotarł. Był bardzo krótki, wręcz
lakoniczny. Ojciec informował, że jest zdrów, czuje się dobrze, bardzo go
interesowało, jak mama sobie bez niego radzi. Z treści listu wynikało, że miał
świadomość, iż list zostanie przez NKWD ocenzurowany. Pisał też zmienionym
charakterem, wyraźnymi, dużymi literami, jakby zależało mu na tym, żeby
przeczytanie listu nie sprawiało cenzorom trudności. Listy można było pisać co
miesiąc i nie sądzę, aby ojciec nie korzystał z tej możliwości. Zapewne ta
korespondencja z jakichś powodów została zatrzymana.
Jak Pani mama radziła sobie w czasie okupacji bez męża?
–
Przed wojną mama, podobnie jak wiele zamężnych kobiet w tamtych czasach, nie
pracowała. Po uwięzieniu ojca w okupowanym przez Niemców Lublinie pozostała więc
praktycznie bez środków do życia. Jednak wspaniałą solidarnością wykazali się
nauczyciele – koledzy taty. Założyli „spółdzielnię”, w ramach której co miesiąc
wspólnie zbierali pieniądze i przekazywali je mamie. To umożliwiło jej przeżycie
pierwszych miesięcy okupacji. Później mama podjęła pracę fizyczną w niemieckiej
fabryce, gdzie owijała w papierki kostki rosołowe. Było to konieczne, aby zdobyć
pieniądze na nasze utrzymanie i zabezpieczyć się przed wywózką na przymusowe
roboty do Niemiec.
Kiedy dotarła do Pani rodziny wiadomość o śmierci ojca?
–
Po tym jedynym liście taty z Kozielska mama czekała i cały czas żyła nadzieją,
że ojciec wróci. Trwało to do 1943 r., kiedy Niemcy opublikowali wyniki
ekshumacji przeprowadzonej w Lesie Katyńskim. W hitlerowskiej gadzinówce „Nowy
Głos Lubelski” z 29 maja 1943 r. na liście zamordowanych w Katyniu znajdowało
się nazwisko mojego ojca. Mama za nic nie chciała uwierzyć w jego śmierć.
Nazwisko podane w gazecie było nieco zniekształcone, nie zgadzała się jedna
litera, a mama tego się uchwyciła, przekonując, że na pewno chodzi o kogoś o
podobnym nazwisku. Trzymała się tej nadziei, pomimo że zgadzały się wszystkie
inne dane, jak: imię, a zwłaszcza znaleziona w kieszeniach munduru legitymacja
służbowa, karta szczepień, dwa listy i krucyfiks.
Czy te rzeczy wróciły do Pani mamy?
– A skądże. One tylko
były wymienione w gazecie jako przedmioty, na podstawie których zidentyfikowano
ojca.
Jak potoczyły się dalsze losy Pani rodziny?
– Mama cały
czas czekała na ojca, nawet po wojnie miała ciągle nadzieję, że to pomyłka. W
Polsce Ludowej o Katyniu nie wolno było mówić, a rodziny katyńskie spotykały się
z różnymi formami dyskryminacji. Mama nie mogła dostać pracy, więc założyła mały
sklepik. Mnie nie przyjęto na studia. Później sytuacja nieco się uspokoiła, mama
w końcu otrzymała pracę, ale ciągle myślała o ojcu jako o kimś żyjącym, wierzyła
w niemiecką pomyłkę, przypuszczała, że może ojciec jednak gdzieś żyje, że
wyszedł z armią Andersa i jeszcze wróci.
Jako dziecko miała Pani świadomość, co stało się z Pani
ojcem?
– To był dla mnie duży problem. Miałam mgliste pojęcie o
śmierci ojca. Pamiętam, że od mamy w domu słyszałam, że decyzję o wymordowaniu
polskich oficerów wydał Stalin, ale mnie o tym nikomu nie wolno było mówić. W
szkole natomiast wpajano mi, że Stalin bardzo kocha dzieci, a już szczególnie
dzieci polskie. To mi się zupełnie nie zgadzało, chciałam o to spytać
nauczyciela, ale nie wolno mi było, bo mama zabroniła. Trwało to dość długo i
pamiętam, że było dla mnie – jako dziecka – bardzo uciążliwe psychicznie.
Przez te lata nie docierały żadne wieści o losach ojca?
–
Był tylko jeden taki przypadek. Gdzieś w latach 50. mama przypadkowo spotkała
człowieka, który twierdził, że był razem z ojcem w obozie przejściowym po
dostaniu się do sowieckiej niewoli. Nie potrafił dokładnie zlokalizować, gdzie
to było. W tych obozach następowała selekcja, w wyniku której oddzielono
oficerów od żołnierzy. Człowiek, który rozmawiał z mamą, twierdził, że istniała
tam możliwość ucieczki, z której on właśnie skorzystał, ale mój ojciec nie
chciał uciekać.
Dlaczego?
– Trudno powiedzieć; może wynikało to z jego
bardzo silnego przekonania o godności polskiego oficera. Jeszcze w przededniu
wojny w listach do mamy z Równego wielokrotnie podkreślał, że jest oficerem,
jest wierny Polsce, swojej Ojczyźnie, i musi wypełnić wobec niej swój obowiązek.
Był niezwykle wyczulony na tym punkcie. Mama latami rozpamiętywała, dlaczego
wtedy ojciec nie uciekł, ale rozumiała, że tak nakazywał mu honor polskiego
oficera.
Przez 50 lat rodziny katyńskie czekały i wierzyły, że sprawa Katynia
musi kiedyś ujrzeć światło dzienne. Jak przyjęły Panie oficjalne przyznanie się
Sowietów do tej zbrodni?
– Było to w Wielki Piątek 13 kwietnia 1990
roku. Gorbaczow publicznie przyznał wtedy, że mordu katyńskiego dokonali
funkcjonariusze sowieckiego NKWD. Do nas ta wiadomość tak naprawdę dotarła
dopiero dwa lata później, gdy otrzymałyśmy listy wywozowe więźniów z obozu w
Kozielsku do Katynia. Choć przecież wiedziałam już od kilkudziesięciu lat, że
ojciec nie żyje i kto go zabił, ale to było wstrząsające przeżycie, gdy
zobaczyłam czarno na białym nazwisko ojca wśród zamordowanych w Katyniu. Moja
mama też bardzo to przeżyła. Wcześniej tak tego nie uzewnętrzniała, ale po
otrzymaniu tych dokumentów trauma wróciła.
Jaką rolę odegrał w Pani życiu zamordowany w Katyniu
ojciec?
– Dziś minęło od tamtej zbrodni 70 lat, i choć swojego ojca
znam tylko z fotografii i opowiadań mamy, to cały czas czułam, że go mam i jest
on dla mnie kimś bardzo ważnym. Po tylu latach muszę powiedzieć, że w tym
przypadku nie sprawdziło się powiedzenie, że czas leczy rany. Tak się nie
stało… Może, gdyby ta sprawa do końca została ze strony Rosji wyjaśniona i
honorowo zakończona, to kto wie? Teraz jako Rodzina Katyńska zabiegamy o
przeprowadzenie przez Federację Rosyjską rehabilitacji naszych ojców. Przecież
oni zginęli uznani za przestępców złapanych z bronią na terenie Związku
Radzieckiego. A przecież zostali rozstrzelani tylko dlatego, że byli polskimi
oficerami, wiernymi Ojczyźnie. Przypuszcza się, że gdyby w czasie przesłuchań
masowo wyrazili gotowość do kolaboracji z komunistami, to być może ten straszny
wyrok nie zostałby na nich wydany.
Dziękuję za rozmowę.
