Prawdziwa kampania musi być ostra?
Z prof. Wojciechem Cwaliną ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w
Warszawie, specjalistą w zakresie psychologii marketingu politycznego i
konsumenckiego, rozmawia Krzysztof Losz
Czytając komentarze i analizy prasowe, można odnieść wrażenie, że
wynik wyborów prezydenckich jest już przesądzony. Podobno ma je wygrać kandydat
wskazany przez Platformę Obywatelską. Stąd nasze zainteresowanie powinny
wzbudzać prawybory w PO. Czy rzeczywiście wynik wyborów można uznać za
rozstrzygnięty?
– Ja bym czegoś takiego nigdy nie powiedział. Wynik
nie jest rozstrzygnięty, dopóki wybory się nie skończą.
Jednak Polacy widzą, że w sondażach zarówno Bronisław Komorowski, jak
i Radosław Sikorski wygrywają z Lechem Kaczyńskim. Jak w takim razie powinniśmy
je odczytywać?
– Sondaże mogą być wskaźnikiem sympatii społeczeństwa
wobec poszczególnych kandydatów tylko wtedy, gdy są rzetelnie przeprowadzone.
Wówczas na ich podstawie można wstępnie przewidywać przyszłe preferencje
wyborcze. Dla mnie jednak ważniejsze jest to, jak te sondaże się zmieniają. Na
ile ich wyniki są „podatne” na bieżące wydarzenia. Dobrym przykładem mogą być
np. afery, które dosyć wyraźnie wpływają na wskazania wyborców, powodują
kilkupunktowe lub nawet kilkunastopunktowe zmiany preferencji. Pamiętajmy też,
że kampania wyborcza dopiero jest przed nami. Nie wiadomo, co się podczas niej
wydarzy i czy nie zmieni to diametralnie zapatrywań wyborców na poszczególnych
polityków. Nie wiemy chociażby, jakie jeszcze dodatkowe informacje pojawią się
na temat kandydatów. Warto w tym miejscu przypomnieć przypadek Włodzimierza
Cimoszewicza, który w 2005 roku miał bardzo wysokie notowania w sondażach.
Uważano go wtedy nawet za jednego z faworytów. Ale gdy „wybuchła” sprawa Anny
Jaruckiej, wycofał się i nie wystartował w wyborach. Sytuacja może się naprawdę
jeszcze zmienić, dlatego w tym momencie niczego nie należy przesądzać. Jeśli
nawet media już teraz ogłaszają kogoś zwycięzcą, to nie oznacza, że jesienią nie
poniesie on porażki.
Zanim nie rozpocznie się prawdziwa kampania wyborcza, zanim nie
dojdzie do prawdziwych debat i sporów między pretendentami do fotela
prezydenckiego, trudno jest cokolwiek zakładać?
– Z całą pewnością.
Aczkolwiek w tym momencie sytuacja sondażowa wyraźnie sprzyja kandydatowi
Platformy Obywatelskiej, ktokolwiek nim będzie. Ale pamiętajmy też, że ze strony
konkurentów nie są wysuwane żadne konkretne zarzuty wobec kandydatów PO. Nie
podaje się żadnych nieznanych faktów na ich temat. Pozostałe ugrupowania po
prostu czekają na rozstrzygnięcie, kogo wystawi partia rządząca. Co prawda PiS
wspomina o jakichś „hakach”, które mają dotyczyć Komorowskiego i Sikorskiego,
ale to tylko ogólne sygnały, bez konkretów. Te będą pojawiać się dopiero podczas
kampanii prezydenckiej, w miarę zbliżania się dnia wyborów. Opozycja nie ma
interesu w tym, aby już teraz wysuwać takie argumenty. Z jej perspektywy lepiej
poczekać z nimi na prawdziwą kampanię, gdy będą się rozstrzygać losy
prezydentury.
Tak więc negatywna kampania wyborcza jest dopiero przed
nami?
– Tak. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Kampania negatywna
jest wpisana w proces demokracji i występuje praktycznie przy każdej walce
wyborczej. To jest „tradycja” zarówno wyborów polskich, europejskich, jak i
amerykańskich. Nie bardzo wiem, co by się musiało stać, aby taka kampania nie
została przez kandydatów i ich sztaby uruchomiona.
W takim razie nie ma co załamywać rąk, jak robią to publicyści
pomstujący w mediach na „brudną, niemerytoryczną kampanię”, krytykujący ataki
kandydatów stosujących „chwyty poniżej pasa” i wyciągających kompromitujące
sprawy z przeszłości?
– Można na to spojrzeć z dwóch perspektyw. Po
pierwsze, każdy obywatel ma prawo do informacji o kandydatach na prezydenta, i
nigdzie nie jest napisane, że to mają być tylko informacje „laurkowe”. Wyborcy
chcą wiedzieć o kandydatach jak najwięcej, a zwłaszcza o potencjalnym
zagrożeniu, jakie mogą stanowić, sprawując urząd prezydenta. Po drugie, istotne
jest to, co się będzie w tej kampanii działo, jak bardzo negatywne informacje
będą się pojawiać w mediach, na ile będą one ugruntowane i potwierdzone.
Oczywiście, tak jak obawia się część komentatorów, brutalizacja kampanii może
wpłynąć na obniżenie frekwencji. Może zniechęcić część osób do pójścia do urn.
Ale nie zawsze się tak dzieje. To nie jest prosta zależność.
Nie będzie to zatem nudna kampania?
– Mam taką nadzieję!
Myślę, że sporo będzie się w niej działo i rywalizacja przyniesie dobry skutek
dla Polaków. Choćby informacje PiS o „hakach” na rywali pozwalają oczekiwać, że
debata będzie momentami bardzo ostra. Ale na pewno i Platforma Obywatelska nie
pozostanie dłużna wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego i będzie go atakować, aby
osłabić jego szanse na reelekcję. Zresztą ma już w tym względzie prawie
pięcioletnie doświadczenie.
Czy jednak ostra kampania wyborcza nie spowoduje paraliżu władzy w
Polsce, przed czym również przestrzegają niektórzy publicyści i
politycy?
– Premier nie startuje w wyborach, więc jest szansa na to,
że praca rządu utrzyma ciągłość i nie będzie musiała, przynajmniej teoretycznie,
być podporządkowana wyborom. Ale już widać, że udział w prawyborach ministra
Radosława Sikorskiego i marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego powoduje pewne
perturbacje w funkcjonowaniu władzy. Udział prezydenta Kaczyńskiego w kampanii
raczej nie wywoła paraliżu w działaniu jego urzędu. Obowiązki prezydenta, to, co
robi – dla znacznej części Polaków są niewidoczne. Nie jest to przecież bieżące
administrowanie państwem czy gospodarką.
W ciągu 20 lat przeżyliśmy już wiele kampanii wyborczych. Każda z
nich była inna. Czy zgadza się Pan Profesor z tezą, że teraz nadszedł czas
kampanii czysto wizerunkowych, że powinniśmy zapomnieć o kampaniach
merytorycznych, na argumenty, bo partie się do siebie upodabniają, mają prawie
analogiczne programy?
– Z jednej strony wszyscy oczekiwalibyśmy
prawdziwej debaty między kandydatami na prezydenta, walki na argumenty.
Chcielibyśmy na tej podstawie wybrać osobę najbardziej godną sprawowania tego
urzędu. Jednak do sprawy programów wyborczych kandydatów na prezydenta trzeba
podejść od strony tego, co tak naprawdę prezydent może. Ma prawo weta i
inicjatywy ustawodawczej. Władza wykonawcza spoczywa w rękach rządu. Trudno więc
oczekiwać, że kandydat zgłosi jakiś program gospodarczy, który ma szansę być
zrealizowany. Po prostu, głowa państwa nie ma takich możliwości. Z drugiej
strony, jako wyborcy oczekujemy konkretnych rozwiązań programowych, ale się nimi
nie interesujemy, nie czytamy, nie analizujemy. Wybory stają się coraz płytsze,
ale to też nie jest wyłącznie polska specyfika, tak jest w całej Europie.
Stanowiska zajmowane przez kandydatów w różnych sprawach mają budować ich
wizerunki. Jeśli bowiem pretendent do fotela prezydenta opowiada się np. za
przywróceniem kary śmierci, to ujawnia się jako „szeryf”, opoka – osoba, która
dba o porządek i bezpieczeństwo obywateli.
Chodzi w takim razie o pokazanie swoich przekonań, wartości, którym
hołduje kandydat, a nie o prezentację programu?
– Tak, ale jest
jeszcze jedna sprawa: język, w jakim się formułuje programy. Wszyscy mówią w
zasadzie to samo, obiecują nam, że będą budować autostrady, walczyć z
bezrobociem, reformować służbę zdrowia, dbać o środowisko naturalne, że są
patriotami, że kochają Polskę. Jednak… bardzo rzadko mówią, w jaki sposób chcą
tego dokonać. Muszą się czymś odróżniać i dlatego tak istotny jest przekaz
wizerunkowy.
Będziemy świadkami ostrej walki między kandydatami PiS i PO, a inni
pretendenci będą tylko tłem dla tej dwójki?
– Z pewnością do wyborów
prezydenckich zgłosi się kilkunastu kandydatów, ale na pewno 80 proc. z nich
będzie tłem dla pretendentów wystawionych przez PiS i PO. To zresztą żadna
nowość, bo i przy poprzednich wyborach mieliśmy wielu kandydatów, którzy nie
odegrali żadnej znaczącej roli. Także i tegoroczne wybory będą się sprowadzały
do rywalizacji 2-3 kandydatów i ten trzeci może zaważyć na wyniku głosowania.
Większe jest w tej sytuacji ryzyko dla PO, bo tu będzie walka o część
elektoratu, zatem wiele oczywiście będzie zależało od tego, kto zostanie
kandydatem Platformy. Na prawicy w zasadzie Lech Kaczyński nie ma
alternatywy.
Kto dla PO jest lepszym kandydatem z punktu widzenia interesów
partii: Sikorski czy Komorowski?
– Nie pokusiłbym się o
rozstrzygnięcie tego dylematu członków PO, bo trudno powiedzieć, kto jest
„lepszy”. Ciężko stwierdzić, który z nich trafia do większej części PO. Można
oczekiwać, że Platforma chce powielić system obowiązujący w USA: rywalizujemy,
ale potem jednoczymy się i działamy razem. Dlatego wynik partyjnych prawyborów
ma być ogłoszony szybko, bo wtedy będzie czas na zakończenie wszystkich
konfliktów, sporów, które pojawią się podczas prawyborów.
Wydawało się, że po słynnym wpisie w blogu Janusza Palikota kampania
prawyborcza w PO nabierze rumieńców, ale ostatecznie została szybko zduszona.
Czy Donaldowi Tuskowi udało się już spacyfikować „nastroje walki” w partii, i
nie będzie kampanii w stylu amerykańskim?
– Trzeba zacząć od tego,
że wszelkie – mimo podawania za wzór prawyborów amerykańskich – tego rodzaju
porównania nie mają sensu. To są prawybory w ramach PO, a nie wśród zwolenników
tej partii, niekoniecznie będących jej członkami. To jest debata
wewnątrzpartyjna. To członkowie ugrupowania wybierają kandydata spośród osób w
rzeczywistości wskazanych przez Donalda Tuska. W USA to wyborcy decydują o
wynikach prawyborów, a nie działacze partyjni. Mamy zatem raczej prawybory
wewnątrzpartyjne, w pewnym sensie oderwane od „zwykłych” wyborców.
Jednak hasło „prawybory” bardzo ładnie brzmi…
– Tak,
ale to oznacza także ograniczenie informacji o przebiegu tej kampanii. Jeśli
jest to sprawa wewnątrz partii, to wiele informacji zostanie tylko w kręgu
członków PO. Pewne dane będą oczywiście przenikać do wiadomości publicznej, ale
trudno wyrokować, jaka ich część: czy te „uładzone”, czy „konfrontacyjne”. Na
pewno w trakcie tych prawyborów pojawią się próby przekonywania do siebie.
Niekoniecznie tylko w stylu takich stwierdzeń, jak np. „jestem wspaniały”.
Jednak czy się o tym dowiemy, zależeć będzie od tego, jak szczelna będzie
otoczka blokująca przedostawanie się na zewnątrz znanych członkom PO informacji
o kandydatach.
Prawybory mają szansę przyjąć się w Polsce, czy jest to raczej
jednorazowa inicjatywa?
– Platforma już raz zorganizowała prawybory
– w 2001 roku, i była to próba nieudana. Były oskarżenia o dowożenie swoich
zwolenników, a prawybory stały się raczej swego rodzaju komedią. Teraz w PO
ponownie odbywają się prawybory, ale w innej sytuacji i na inny urząd. Przy czym
są przeprowadzane, bo jedna osoba podjęła decyzję, że się odbędą – Donald Tusk,
rezygnując ze startu w wyborach. Nie przypuszczam, aby takie inicjatywy wpisały
się w kalendarz wyborczy innych ugrupowań politycznych. W przypadku PiS nie było
sensu organizowania prawyborów, bo kto miałby kandydować? W Polsce ciągle jest
system „namaszczania kandydatów”. Nie inaczej było i teraz. To premier Tusk
wskazał, kto ma walczyć w prawyborach w PO. W SLD też nie było i nie będzie
prawyborów, a w PSL jest coś na kształt „systemu rotacyjnego” – raz startuje
Jarosław Kalinowski, raz Waldemar Pawlak. Chociaż pojawiły się ostatnio nazwiska
pań, które mogłyby ewentualnie powalczyć o prezydenturę z ramienia tej partii. W
takim razie jaki jest sens organizowania prawyborów przez którąkolwiek z partii?
Ten proces delegowania kandydatów na różne wybieralne stanowiska jest oderwany
od społeczeństwa, w przeciwieństwie do systemu amerykańskiego. Taka jest jednak
tradycja nie tylko polska, ale ogólnie europejska.
Dziękuję za rozmowę.
