Święty arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński patronem czasów trudnych

Homilia ks. abp. Józefa Michalika, metropolity przemyskiego,
przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, wygłoszona podczas dziękczynnej
Mszy św. za kanonizację św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego w katedrze pw. św.
Jana Chrzciciela w Warszawie, 8 marca br
.

Żaden prorok nie jest mile widziany
w swojej ojczyźnie
(Łk 4,
24)

1. Przestroga Pana Jezusa
Fragment dzisiejszej Ewangelii
zawiera bardzo wielkie bogactwo nastrojów: oczekiwanie na przybycie Jezusa –
niezwykłego ziomka, sąsiada, który zdobył sławę cudownymi znakami. Atmosferę
jeszcze podnosi świąteczny dzień i modlitwa w wypełnionej synagodze. Jezus
bierze księgę Pisma Świętego i czyta tekst mesjański, a więc najważniejszą
wiadomość o swojej misji przekazuje swoim najbliższym, krewnym, sąsiadom,
przyjaciołom. Oni jednak czekali na znaki, cuda, może przywileje, a nie na słowa
prawdy, mimo że to prawda o największym znaczeniu, o Mesjaszu, Zbawicielu, który
przynosi oczekiwane zbawienie. Niestety, wszystko na nic! Jezus nie pasuje do
ich wyobrażeń i oczekiwań. Zawód jest tak wielki, że nie panują nad sobą:
„Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta”, chcą Go nawet strącić z góry,
zabić. Tak, bo „żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”.

2. Uzdrawiająca misja proroka jest niewygodna
Misją
proroka jest głoszenie Bożej prawdy. Prorok jest posłańcem Bożym, otrzymuje
trudne zadanie nawoływania do nawrócenia, zwracania uwagi na to, co dobre i co
niewłaściwe, przestrzega przed niebezpieczeństwami, a nawet przepowiada
przyszłość. Bywały sytuacje, że proroctwo wydawało się niejasne czy absurdalne,
którego prorok nie rozumiał albo jak Jonasz – nie chciał wypełnić, ale z czasem
okazywało się, że w takich sytuacjach Pan Bóg widział dalej i bezpieczniej było
iść za Jego wskazaniem.
Prorok Jeremiasz często przestrzegał króla i po
każdym trudnym proroctwie był zamykany do więzienia, ale to on miał rację, a
cały naród ponosił potem stratę, że go nie słuchano.
I dawniej, i dziś ludzie
nie chcą słuchać proroków stawiających wymagania bądź domagających się
nawrócenia, bo łatwiej się słucha pochwał albo obietnic – nawet jeśli się
domyślamy, że są puste. Niełatwo jest przyjąć słowa o potrzebie wysiłku, pracy
czy zmiany dotychczasowego życia.
Spróbujcie posłuchać kandydatów z
przedwyborczych kampanii. Wszyscy składają deklaracje i obietnice, o których
wiedzą, że są nierealne, i mimo że było ich już wiele, to nadal po 60 latach od
końca wojny i po 20 latach od uzyskania niezależności nie możemy zjednoczyć się
jako Naród, podjąć uchwały o fundamentalnym, etycznym znaczeniu, o pełnym
szacunku do poczętego życia i każdego z Bożych praw, o wyeliminowaniu kłamliwych
obietnic, o szacunku do świętości ojczyźnianych ołtarzy. Naród wymiera, a troska
o świętość życia i rodziny wcale nie jest priorytetem naszych myśli i
działań.
Dziedzictwo ideologii komunistycznego strachu przed sąsiadem i
kolegą, który donosił, zaszczepiło anonimowość i chłód naszych ludzkich relacji
tym bardziej niebezpieczny, że umykający naszej uwadze. Zanika kultura
życzliwości w naszych relacjach, zanikają więzy rodzinne i w efekcie nie ma
miejsca dla starszych dziadków czy rodziców w naszych coraz piękniejszych i
obszerniejszych mieszkaniach. Śmierć starej, samotnej osoby po trzech miesiącach
odkrywają nie sąsiedzi, ale poborcy opłat za czynsz i wodę, które przestaje ona
uiszczać. Czy wreszcie zauważymy chorobę anonimowości w windzie, tramwaju, w
relacjach między ludźmi?

3. Nowy święty Polski
Przychodzimy dziś do warszawskiej
katedry, aby uroczyście uczcić pierwszego kanonizowanego arcybiskupa
warszawskiego. Gratulujemy stolicy, że po Gnieźnie, Krakowie, Włocławku, Płocku,
Lwowie i Przemyślu ma swojego świętego biskupa. Gratulujemy arcybiskupowi
metropolicie Kazimierzowi, że mógł za łaską Pana ukazać w ostatnich miesiącach
dwa wielkie skarby, ukryte jak brylanty w skarbcu Kościoła warszawskiego, które
zajaśnieją nowym światłem w naszych czasach. To dwaj kapłani męczennicy: św.
arcybiskup Zygmunt i błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko. Tych ukrytych skarbów
Kościół stolicy ma więcej: Romuald Traugutt i ks. Edward Detkens, Janusz
Korczak, ks. prałat Marceli Godlewski; są bohaterowie Powstania Warszawskiego,
jest Grzegorz Przemyk, ks. Sylwester Zych, ks. Stefan Niedzielak, są męczennicy
z ulicy Rakowieckiej i Pałacu Mostowskich. Czymże dziś żyłaby Polska i Kościół w
naszej Ojczyźnie, gdyby zabrakło ojca Ojczyzny Sługi Bożego ks. kard. Stefana
Wyszyńskiego. Ich historią karmi się i oddycha cały Naród. Trzeba dziś za nich
podziękować Warszawie, ale przede wszystkim podziękować Bogu, który dał taką moc
ludziom, że wytrwali w trudnościach, pozostali wierni aż do końca.
Święty ks.
bp Zygmunt Szczęsny Feliński był i pozostanie prawdziwym prorokiem, „który
przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli”, bo „żaden prorok nie jest mile
widziany w swojej ojczyźnie”. Urodził się 1 listopada 1822 r. w Wojutynie na
Wołyniu jako jedno z 11 dzieci w polskiej, szczerze religijnej i patriotycznej
rodzinie Gerarda i Ewy Felińskich. Jego stryj Alojzy, pisarz i poeta, był
autorem hymnu narodowego „Boże coś Polskę”, a bratanek Władysław zmarł w opinii
świętości jako kleryk w Zgromadzeniu Zmartwychwstańców.
Całe życie Zygmunta
Szczęsnego przypadło na trudny okres niewoli Polski rozdartej przez trzech
zaborców, co miało bezpośredni wpływ na niedole życia wszystkich patriotycznych
rodzin polskich angażujących się czynnie w obronę praw Kościoła katolickiego i
Narodu podczas kolejnych powstań.
Miał 9 lat, kiedy wybuchło Powstanie
Listopadowe, a po nim był świadkiem burzenia kościołów, zamykania klasztorów i
rusyfikacji szkół. W tym czasie umiera jego ojciec, a 11-letni Zygmunt wie, że
musi zaufać Bogu i od siebie więcej wymagać. Wkrótce jako 13-letni chłopiec
składa ślub czystości. W 17. roku życia boleśnie przeżywa zesłanie matki
patriotki na Syberię. Ich majątek rodzinny konfiskują władze carskie, a
sześcioro rodzeństwa zostaje bez rodziców i dachu nad głową. Ich losem zajmują
się krewni i obcy ludzie. Zygmuntem zaopiekuje się obcy człowiek – Zenon
Brzozowski, który widząc prawość i zdolność młodzieńca, upatruje w nim
wychowawcę swoich synów i wspiera go finansowo podczas studiów matematyki na
Uniwersytecie w Moskwie, a potem wysyła jeszcze Zygmunta na studia do Paryża
(Sorbona i CollÝge de France) i Monachium.
W Paryżu Zygmunt nawiąże bliskie
kontakty z patriotyczną elitą Polaków tam przebywających. Centrum stanowi hotel
Lambert i Adam Czartoryski, ale jest też Zygmunt Krasiński, Józef Ignacy
Kraszewski, Wincenty Pol. Zaprzyjaźnia się z Juliuszem Słowackim, z którym
wyprawi się do Polski, aby wziąć udział w powstaniu Wiosny Ludów (1848) w
Poznaniu. Po powrocie do Paryża Słowacki pojednany z Bogiem umrze na jego
rękach. Ta śmierć – jak sam Zygmunt wyzna – obudziła w nim kapłańskie powołanie
jako pragnienie całkowitego oddania się Bogu i ludziom w zniewolonej
Ojczyźnie.
Wraca do kraju i wstępuje do Seminarium Duchownego w Żytomierzu
(1851 r.). Po roku biskup wysyła go na kontynuację studiów do rzymskokatolickiej
Akademii Duchownej w Petersburgu, gdzie spotka wybitnego rektora – ks. abp.
Ignacego Hołowińskiego i zostanie przez niego – już chorego – wyświęcony na
kapłana. Odtąd oddaje się całym sercem pracy duszpasterskiej jako wikariusz, a
potem profesor i ojciec duchowny alumnów Akademii Duchownej. Opiekuje się
sierotami i ubogimi, potajemnie zakłada Zgromadzenie Sióstr Rodziny Maryi. Znany
jest też jako wybitny kaznodzieja i spowiednik. Opinia o nim jest powszechnie
bardzo pozytywna, mówi się, że to „najlepszy ksiądz w Rosji”. Łaska Boża idzie
za nim do tego stopnia, że rośnie liczba nawróceń i to nawet w gronie
najbliższych współpracowników cara (tak się nawrócił carski adiutant – baron
Leonij Pawłowicz Nikolaj, który następnie wstąpił do kartuzów).
6 stycznia
1862 r. ks. Zygmunt na sugestię cara zostaje mianowany przez Piusa IX
arcybiskupem metropolitą warszawskim i w dwadzieścia dni później przyjmuje w
Petersburgu święcenia biskupie. Do Warszawy przybywa już 6 lutego po dniu
modlitwy spędzonym na Jasnej Górze.
Powitanie w Warszawie było chłodne,
ponieważ odmówił propozycji rządowych ceremonii, a księża i lud Warszawy bardzo
nieufnie patrzyli na biskupa z Petersburga.
Sytuacja w stolicy była bardzo
skomplikowana. Od czterech miesięcy kościoły warszawskie były zamknięte przez
władzę kościelną na znak protestu przeciw represjom wojskowym połączonym z
rozlewem krwi dokonanym w katedrze i w kościele św. Anny. Nowy arcybiskup
wiedział, że sytuacja jest napięta, ale zdawał też sobie sprawę z tego, że bez
modlitwy i wspólnej niedzielnej Mszy św. słabnie wiara, a i duch Narodu powoli
ulega rozkładowi. Zarządza zatem otwarcie wszystkich kościołów, ale przestrzega
przed prowokacjami, zaleca zaniechanie śpiewu pieśni patriotycznych drażniących
okupanta, w tym śpiewu „Boże coś Polskę” autorstwa jego stryja. Takie
zarządzenia nie mogły się podobać, ale arcybiskup patrzy dalej i z dynamizmem
godnym świętego promuje odważny, maksymalnie dynamiczny program pracy
organicznej od podstaw nad ożywieniem i pogłębieniem wiary, nad ukierunkowaniem
zdrowej religijności.
Za wszelką cenę próbuje zapobiec starciom z wojskiem
carskim, w czasie których giną najlepsi synowie Ojczyzny potrzebni jej w
trudnych czasach.
Widzi, że wśród duchowieństwa są różne orientacje, są
oportuniści, ale i gorące, patriotyczne serca. Wprowadza wspólne rekolekcje dla
księży, szerzy ideę trzeźwości i nabożeństwa majowe w całej archidiecezji. Do
opieki nad sierotami i młodzieżą sprowadza na ul. Żelazną swoje umiłowane
Siostry Rodziny Maryi, a wkrótce także Siostry Matki Bożej Miłosierdzia. Nie
ukrywa uczuć miłości do Ojczyzny. Publicznie mówi: „Polakiem jestem, Polakiem
umrzeć pragnę”. Przywiązanie do Narodu to – według niego – „uczucie święte”, ale
„prawdziwy patriotyzm polega nie na głośnych okrzykach, lecz na sumiennej, a
wytrwałej pracy dla dobra kraju”.
Przygotowuje Synod Prowincjalny,
jednocześnie broni represjonowanych patriotów i interweniuje za uwięzionymi.
Całym sercem usiłuje powstrzymać wybuch Powstania Styczniowego, bo wie, jaką
cenę trzeba będzie zapłacić wobec carskiej przemocy.
Kiedy po wybuchu
powstania represje nie ustawały, 12 marca 1863 r. złoży dymisję z Rady Stanu i
napisze list do cara Aleksandra II, w którym stwierdza z bólem: „Krew płynie
wielkimi strumieniami, a represje jeszcze bardziej je rozdrażniają… Polska nie
zadowoli się autonomią administracyjną, ona potrzebuje bytu
niepodległego”.
Wezwany do Petersburga wie, że jego los jest przesądzony i że
do Warszawy nie wróci. Rząd Narodowy proponował mu ucieczkę za granicę, ale
arcybiskup propozycji nie przyjął. Pożegnał się z księżmi w rezydencji na ul.
Miodowej i zarząd diecezją powierzył biskupowi nominatowi Pawłowi Rzewuskiemu, a
na wypadek jego zesłania mianował trzech kolejnych wikariuszy generalnych.
Niestety, carat wszystkich czterech skazał na wygnanie.
Biskup płocki
Wincenty Popiel, uczestnik pożegnania z Warszawą, odnotował fragment
przemówienia ks. abp. Felińskiego, który z przejęciem zachęcał: „Strzeżcie praw
Kościoła świętego, pilnujcie gorliwie tej świętej wiary naszej… Jeśliby was
kto namawiał do takiego czynu, którego popełnić się nie godzi bez uchybienia
prawom Bożym i prawom Kościoła, odpowiadajcie każdy: NON POSSUMUS, odpowiadajcie
wszyscy NON POSSUMUS…”.
Z tej jego lekcji w chlubny sposób skorzystał
kiedyś Sługa Boży ks. kard. Stefan Wyszyński, który w trudnym czasie komunizmu w
pewnym momencie oświadczy, że kiedy wróg pragnie zasiąść na ołtarzu, musimy
powiedzieć: stop, nie możemy pozwolić, non possumus!
Także i dzisiaj każdy
chrześcijanin, każdy ksiądz i każdy biskup przy całej otwartości na nowe
wydarzenia musi w pewnych momentach stwierdzić: nie możemy milczeć, nie możemy
udawać, że nie widzimy nieuczciwości i intryg, że nie widzimy zaniku kultury i
ducha w Narodzie, że nie widzimy bezradności wobec mafijnych układów, konsumpcji
i wyprzedaży miejsc pracy.
Non possumus – nie możemy milczeć, gdy o prawo do
zabijania dziecka poczętego dobija się po międzynarodowych sądach matka i kiedy
za nazwanie zabójstwa niewinnego, bezbronnego dziecka morderstwem karze się
redaktora katolickiego pisma. Nie możemy milczeć, widząc, jak stołeczna salonowa
gazeta rozkłada ducha Narodu i wszelkimi sposobami wmawia mu, że nowoczesność
polegać będzie na wyrzeczeniu się honoru, miłości ojczystej ziemi, chrztu,
Ewangelii i zbawczego krzyża.
Ksiądz arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński 14
czerwca 1863 r. opuścił Warszawę jako więzień stanu i pod eskortą wojskową
dotarł do Gatczyna. Stąd napisał memoriał do cara, którym przesądził jeszcze
swoje bezterminowe zesłanie. Z odwagą pisał do monarchy: „Miłość ojczyzny jest
uczuciem wrodzonym i nikogo nie można za nią winić. Nie jest też winą Polaków,
że mając świetną i bogatą przeszłość historyczną, wzdychają do niej i dążą do
odzyskania utraconej niepodległości”.
Dwadzieścia lat spędził w Jarosławiu
nad Wołgą, kolejne – aż do śmierci – 12 lat przeżył w południowej Galicji w
Dźwiniaczce. Wszędzie spalał się w gorliwej służbie ludowi, organizował budowę
kościołów i pomoc biednym, zwłaszcza dzieciom. Zaskarbił sobie serca ludzi i
miłość Serca Jezusowego. Wierny sługa i czciciel Maryi zmarł w Krakowie,
wracając z nieskutecznej kuracji w Karlsbadzie. Kazanie pogrzebowe wygłosił ks.
Józef Sebastian Pelczar, dziś także czczony jako święty biskup
przemyski.
„Twoje życie i śmierć Twoja – to jakby wielkie kazanie do Narodu,
by szedł zawsze drogami Bożymi, jeżeli się chce doczekać lepszej doli. Za to
kazanie dziękuje ci Ojczyzna, dziękują pasterze z ludem, dziękuje dawna Twoja
owczarnia i przy tej trumnie przeprasza, że Cię pierw nieraz
zasmuciła”.
Cierpienia i upokorzenia świętych stają się błogosławieństwem dla
potomnych. A zatem od tej trumny świętego biskupa, który ludowi naszej stolicy
służył zaledwie 16 miesięcy, ale przykładem życia i ofiarą wiernej miłości
utwierdzał jej wiarę aż do śmierci, niech idzie na cały Naród przesłanie, że
wiara zwycięża, a Boży prorok zawsze ma rację i że warto go słuchać zwłaszcza
wtedy, kiedy stawia trudne wymagania. Amen.

 

drukuj