Zdążyli przysłać tylko jedną kartkę

Z Ireną i Gustawem Erchardami, których ojcowie: Michał Adamczyk i
Stefan Erchard, zostali zamordowani w 1940 r. przez Sowietów w Twerze i
Charkowie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

We wsi Rudka na Podlasiu do dziś zachował się głaz z wyrytym napisem:
„W dziesiątą rocznicę wskrzeszenia Polski 11 XI 1928 r.”. Podobno umieścił go
tam Pana ojciec Stefan Erchard, który słynął z żarliwego
patriotyzmu…

– To prawda. Już jako młody chłopak, bo urodził się w
1900 r., będąc uczniem Gimnazjum Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim,
zgłosił się na ochotnika do udziału w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku.
Został przydzielony do 1. Pułku Lotniczego w Warszawie, gdzie ukończył szkołę
mechaników, a następnie już w charakterze mechanika został skierowany do
Francuskiej Szkoły Pilotów w Warszawie. Po ukończeniu gimnazjum w 1923 r.
rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, ale ze względów
finansowych zmuszony był je przerwać. Po ukończeniu krótkiego kursu w zakresie
nauczania tata przeniósł się wkrótce do Rudki leżącej 50 km za Bugiem w powiecie
Bielsk Podlaski niedaleko Brańska, gdzie otrzymał posadę kierownika szkoły
powszechnej. Tam poznał moją mamę, która była nauczycielką. W 1934 r. rodzice
wzięli ślub, a za rok ja się urodziłem. W Rudce ojciec prowadził ożywioną
działalność patriotyczną, urządzał akademie, uroczystości patriotyczne, m.in. z
okazji 3 Maja i 11 Listopada. Był także instruktorem koła młodzieży wojskowej
„Strzelec”. W tym czasie studiował prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we
Lwowie. Tym razem studia przerwała wojna.

W jakiej jednostce walczył Pana ojciec we wrześniu 1939
roku?

– Ojciec był podporucznikiem rezerwy Wojska Polskiego 80.
pułku piechoty. Jego pułk stacjonował bodajże w Brześciu. Gdy 17 września na
Polskę uderzyli Rosjanie, dostał się do niewoli i został osadzony w obozie w
Starobielsku. Przebywał tam do kwietnia 1940 r., po czym został wywieziony do
Charkowa i zamordowany. Zdążył przysłać stamtąd jedną kartkę.

O czym pisał?
– Niestety, nie pamiętam, bo mama zmuszona
była po wojnie ją zniszczyć ze względów bezpieczeństwa. Wówczas o Katyniu nie
wolno było głośno mówić, a ponadto brat mamy, u którego w latach 1946-1947
stacjonowali partyzanci, wzywany był często do Urzędu Bezpieczeństwa na
przesłuchania. Kiedy więc wujka wzięli do więzienia, mama, bojąc się rewizji,
pozbyła się kartki. Mówiła mi jednak, że tata tak ją napisał, iż początkowe
litery w poszczególnych zdaniach coś oznaczały. Zastosował jakiś szyfr.

Miał Pan zaledwie cztery lata, kiedy po raz ostatni widział Pan
swojego ojca. Czy udało się zachować w pamięci jego obraz?

– Tylko
fragmenty, jakby kadry z filmu. Pamiętam, jak zimą ojciec jeździł na łyżwach po
stawie w Rudce, mnie zaś wiózł na sankach pod górę na skarpę przylegającą do
stawu, wówczas bałem się, że się wywrócę. Pamiętam też choinkę i Myszkę Miki,
którą ojciec sam zrobił. Bardzo mi się podobała, bo śmiesznie fikała nogami. To
są takie drobne wspomnienia, niemniej dla mnie bezcenne. Pamiętam także
pożegnanie ojca. W domu byli znajomi rodziców, ja leżałem w pokoju obok, ale
drzwi były otwarte. Prawdopodobnie głośno się zachowywałem i żeby mnie uciszyć,
dano mi do zabawy czapkę ojca… Gdy go zabrakło, nadal mieszkaliśmy z mamą w
Rudce, w domu, który wynajmowaliśmy od miejscowego gospodarza. Gdy pojawili się
tam Sowieci, obok nas zamieszkał major NKWD razem z żoną i dzieckiem.

Nie próbowaliście Państwo ukryć się w bardziej bezpiecznym
miejscu?

– W pewnym momencie znajomi mamy powiadomili ją o tym, że
zaczęły się wywózki do Kazachstanu i że przede wszystkim dotyczą one tych,
którzy mają swoich bliskich w niewoli sowieckiej. Uciekliśmy więc z Rudki.
Pamiętam, że po drodze zatrzymała nas sowiecka straż graniczna i zostaliśmy
zaprowadzeni do leśniczówki, w której znajdowała się strażnica. Przez tydzień
wraz z innymi zatrzymanymi mieszkaliśmy w oborze, gdzie dostarczano nam jedynie
wodę. Przeżyliśmy dzięki słoikowi miodu, który mama zabrała ze sobą. Gdy nas
wypuścili, dotarliśmy do granicy z Generalną Gubernią. Było tam wielu Żydów,
którzy uciekali przed Niemcami na Wschód. Mama użyła fortelu, mówiąc Sowietom,
że i my uciekamy z Generalnej Guberni. Sowieci uwierzyli i kazali nam zawrócić.
Dzięki temu oswobodziliśmy się spod ich władzy.

Pani ojciec Michał Adamczyk był tylko o trzy lata młodszy od Stefana
Ercharda. We wrześniu 1939 r. jako podporucznik rezerwy Wojska Polskiego
wyruszył na wojnę z 1. Pułkiem Ułanów Krechowieckich i… słuch po nim
zaginął.

– Wiedzieliśmy tylko tyle, że towarzyszyło mu dwóch kolegów
z posterunku policji w Sarnakach na Podlasiu, którego tata był komendantem:
Feliks Kuć i Wiktor Śnieżek. Przez 50 lat nie było wiadomo, co się z nim stało.
Kiedy tata szedł na wojnę, miałam trzy latka, mój brat Ryszard – pięć. Mama była
w stanie błogosławionym, dlatego tata nie zdążył już zobaczyć swojej najmłodszej
córki Krystyny, która urodziła się w 1940 roku. Ojciec pozostał w mojej pamięci
jako człowiek cieszący się szacunkiem wśród ludzi – w wieku 17 lat był
ochotnikiem w Bitwie Warszawskiej w 1920 roku. Ceniono go za sposób, w jaki
wykonywał swój zawód – pod jego kuratelą każdy czuł się bezpiecznie. Był bardzo
dobrym człowiekiem, zarówno dla rodziny, jak i dla innych.

Kiedy Pani rodzina dowiedziała się, że jest jeńcem
Ostaszkowa?
– W 1940 r., kiedy przyszła jedna jedyna kartka od
niego. Pamiętam, że wszyscy bardzo się z niej ucieszyliśmy. Dla nas, dzieci,
było to wtedy wielkim przeżyciem. Mama była szczęśliwa, że posiada adres, pod
który może do niego napisać i powiadomić go o narodzinach ich trzeciego dziecka.
Wysłała podobno trzy listy, jeden po drugim, lecz nigdy nie dostała żadnej
odpowiedzi. Albo nie dochodziły, albo tata nie mógł już odpowiedzieć…

Czy Pani mama próbowała go szukać?
– Tak, oczywiście. Już
w czasie okupacji niemieckiej pisała do Polonii Amerykańskiej i Czerwonego
Krzyża w Szwajcarii. Przychodziły jednak odpowiedzi negatywne, że nie mają
możliwości odnalezienia ojca i że nikt o takim nazwisku nie przebywa na ich
terenie.
Kiedy tragiczna prawda o tym, że Państwa ojcowie w bestialski sposób
– strzałem w tył głowy, zostali zamordowani przez Sowietów, wyszła na
jaw?
Gustaw Erchard: – W 1990 ro ku. Znaleźliśmy ich nazwiska na listach
wywozowych, tzw. ubywszych, które przywiózł do Warszawy Borys Jelcyn i złożył na
ręce prezydenta Lecha Wałęsy.
Irena Erchard: – W pewnym momencie listy te
zostały skierowane do warszawskiej Rodziny Katyńskiej, której byliśmy członkami,
z prośbą o przetłumaczenie ich na język polski. Razem z moją siostrą Krystyną
znalazłyśmy nazwisko ojca na pozycji piątej z kwietnia 1940 roku. Miał numer
037/2. Dowiedziałyśmy się, że w 1940 r. został zamordowany w Twerze.
G.E.: –
Ja natomiast dowiedziałem się, że mój ojciec był w Charkowie. Jego nazwisko,
tzw. otcziestwo, odnalazłem na liście wywozowej ze Starobielska pod numerem
3869. Na tej podstawie możemy wnioskować, że zginął w kwietniu 1940 roku.
Oczywiście moja mama poszukiwała ojca już od momentu przeprowadzenia przez
Niemców ekshumacji w Katyniu w 1943 roku. Drukowane były wówczas listy z
nazwiskami poległych oficerów, ale ojca na nich nie było. Pamiętam, że do końca
mieliśmy nadzieję, że się jednak odnajdzie…

Czy w dołach śmierci w czasie ekshumacji znaleziono jakieś przedmioty
należące do Państwa ojców?
G.E.: – Tak. W czasie ekshumacji w
Charkowie znaleziono drewnianą papierośnicę z inicjałami E.S. oraz obrączkę
ślubną z datą ślubu rodziców i napisem Hala, które z całą pewnością należały do
ojca. Nazwiska na literę E rzadko były wtedy spotykane, więc na pewno
papierośnica należała do taty, a na mamę Helenę mówił Hala, co tylko potwierdza
fakt, że obrączka była także jego własnością. Dowody, świadczące o tym, że
ojciec został tam zamordowany, znajdują się w Muzeum Katyńskim.
I.E.: – W
dole śmierci nr 10 w Miednoje znalezione zostały wizytówki mojego ojca. Jest na
nich jego imię, nazwisko, stopień w policji, miejscowość, gdzie pracował.
Świadczą one w 100 procentach, że został w tamtym miejscu pogrzebany.

Kilkanaście lat temu zbierała Pani podpisy pod petycją domagającą się
uruchomienia polskiego śledztwa w sprawie Katynia. To m.in. dzięki Pani zebrano
ich kilka tysięcy i proces mógł się rozpocząć…

I.E.: – Była w tym
też wielka zasługa mojej siostry Krystyny, która w ten sposób pragnęła
zrekompensować sobie stratę ojca, fakt, że go nigdy nie poznała. Do dzisiaj
czynnie bierze udział we wszystkich uroczystościach katyńskich.
G.E.: –
Występowaliśmy także o rehabilitację. Mimo że nie chodziło przecież o pieniądze,
odmówiono nam jej.

Jak odbierają Państwo stosunek współczesnej Rosji do zbrodni
katyńskiej?
G.E.: – Najbardziej oburza mnie fakt, że Rosjanie uznają
tę zbrodnię za pospolite przestępstwo. A przecież był to zorganizowany mord na
rozkaz Stalina. Skoro Sowietom zależało na tym, by zlikwidować elitę naszego
Narodu, to nie ma żadnych wątpliwości, że było to ludobójstwo. Tymczasem czytamy
w prasie, że w Rosji wychodzą książki zakłamujące historię o Katyniu. Oburzające
jest również to, że wielu ludzi, zwłaszcza na Zachodzie, podchodzi do tej
zbrodni bez większych emocji. Ciekaw jestem, jakie dokumenty wpłyną ze strony
Rosji do Strasburga. Czy znów Rosjanie zastosują jakiś wybieg?

Czy mimo dużej odległości odwiedzają Państwo groby swoich
ojców?
I.E.: – Byliśmy już kilka razy. Pierwszy raz dotarliśmy do
Katynia dzięki ks. Stefanowi Niedzielakowi. W tym roku nie pojedziemy z uwagi na
zły stan zdrowia męża. Fakt, że nasi ojcowie leżą w dołach śmierci, jest dla nas
bardzo bolesny. Od dawna naszym życzeniem jest wydostanie ich stamtąd.
Chcielibyśmy, żeby ich szczątki wróciły do kraju.
G.E.: – Swego czasu bardzo
naciskaliśmy na to, żeby te szczątki sprowadzić do Polski, tak jak się to robi
na całym świecie. Wystarczy przypomnieć, że tak czynili Amerykanie ze swoimi
żołnierzami poległymi w Wietnamie. Pragnęlibyśmy, żeby w naszej Ojczyźnie
zostało wybudowane mauzoleum z prawdziwego zdarzenia, do którego każdy Polak
miałby swobodny dostęp. Dziś nie każdego stać na pielgrzymkę do Katynia czy
innych miejsc kaźni polskich oficerów. Na sprowadzenie ich szczątków do Polski
nigdy nie jest za późno.

Dziękuję Państwu za rozmowę.

drukuj