Gorzka lekcja euro

Grecja na progu bankructwa – to jedna z najczęściej powtarzanych
opinii ekonomistów na temat sytuacji finansowej tego kraju. Najwyższy deficyt
budżetowy w strefie euro i jeden z najwyższych poziomów długu publicznego
sprawiają, że bez zastosowania ostrej kuracji oszczędnościowej Grecja musiałaby
ogłosić niewypłacalność. Ale kuracja ta już teraz wywołuje protesty społeczne i
strajki. Kryzys finansowy w Grecji pokazał również jak na dłoni, czym grozi
pochopna i nieprzygotowana operacja wprowadzenia wspólnej waluty. Obecnie euro z
pewnością nie pomoże w szybszym wychodzeniu z kryzysu. Natomiast problemy, które
przeżywa ten kraj, mogą okazać się doskonałym pretekstem do przyspieszenia
procesu tworzenia unijnego państwa i europejskiego rządu.

Grecja przez lata ukrywała rzeczywisty stan swoich finansów publicznych,
dlatego ujawnienie prawdziwych danych na ten temat okazało się szokiem nie tylko
dla rynków finansowych, ale i dla przywódców pozostałych państw europejskich.
Pod koniec ubiegłego roku deficyt budżetowy w tym państwie sięgnął prawie 13
proc. PKB, dług publiczny zaś wynosił ok. 115 proc. PKB. Istniało też duże
prawdopodobieństwo, że w ciągu tego roku wskaźniki te wzrosną jeszcze bardziej,
jeśli rząd w Atenach nie podejmie szybkich kroków zaradczych. W pierwszej
kolejności miałyby one polegać na ograniczeniu wydatków budżetowych, czyli
zablokowaniu podwyżek w sektorze publicznym, a także na zwolnieniach pracowników
czy zahamowaniu wzrostu rent i emerytur. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę
fakt, że Grecja posiada duży sektor publiczny, oszczędności te z pewnością okażą
się bardzo dotkliwe dla społeczeństwa.
Plany rządu premiera Jeoriosa Andreasa
Papandreu (syna Andreasa Papandreu) z socjalistycznej partii PASOK zakładają, że
w ciągu trzech lat deficyt budżetowy spadnie do poziomu poniżej 3 proc. PKB,
czyli osiągnie to minimum, które jest wymogiem dla krajów strefy euro. Średnio
co roku deficyt powinien spadać o 3 punkty procentowe, a skoro ten proces wymaga
przede wszystkim oszczędzania, to oznacza to ni mniej, ni więcej, jak tylko
bardzo mocne zaciskanie pasa, do ostatniej dziurki, przez co najmniej trzy
kolejne lata.
Dlatego też w Grecji wybuchają już pierwsze strajki; przykładem
może być niedawny pięciodniowy strajk celników, którzy protestowali właśnie
przeciwko oszczędnościowym planom socjalistycznego rządu, i dopiero interwencja
sądu zakończyła tę sprawę. Jutro ma dojść do strajku generalnego.
A jeszcze
niedawno się wydawało, że Grekom niewiele brakuje do szczęścia…

Państwo kreatywne
Przed wyborami parlamentarnymi we
wrześniu ubiegłego roku rząd Kostasa Karamanlisa przyznawał, że sytuacja
finansowa Grecji nie jest łatwa, ale jednocześnie zapewniał o jej kontrolowaniu.
Deficyt budżetowy miał wynosić 6 proc. PKB, a w warunkach światowego kryzysu
ekonomicznego wskaźnik ten nie wydawał się dramatycznie wysoki. Tym bardziej że
żadne z państw strefy euro nie trzyma się sztywno 3-procentowego wskaźnika PKB,
na czele z Niemcami i Francją.
Kiedy po wyborach się okazało, że prawdziwy
deficyt budżetowy w Grecji jest ponad dwa razy wyższy od deklarowanego, w Unii
Europejskiej natychmiast zaczęto bić na alarm, zastanawiając się, jak to się
mogło stać, iż Grecy przez wiele lat oszukiwali Brukselę, przesyłając do Komisji
Europejskiej nieprawdziwe czy wręcz sfałszowane dane na temat swoich finansów.
Dzięki takiemu „pompowaniu statystyki” udało się im spełnić kryteria wymagane
przy wprowadzeniu euro, z których jednym z najważniejszych był roczny deficyt
budżetowy na poziomie mniejszym niż 3 proc. PKB. Jak tego dokonali? Posługując
się kreatywną księgowością służącą ukrywaniu deficytu. Chodziło nie tylko o tego
rodzaju sztuczki, jak przenoszenie wydatków budżetowych do instytucji
państwowych, ale też i o spekulacje walutowe. Przez wiele lat Grecy mieli
posługiwać się tzw. swapami, czyli transakcjami okresowego zastawiania waluty,
co pozwalało im na zmniejszenie (na papierze) poziomu zadłużenia państwa. Stało
się to pomocne zwłaszcza przy wspomnianym wcześniej zbijaniu papierowego
deficytu do poziomu poniżej 3 proc. PKB przy wprowadzaniu euro. I dopóki ta gra
na rynkach walutowych się opłacała, dopóty przeciętni Grecy mogli spać
spokojnie. Gdy się obudzili, to od razu z bólem głowy, na który nie pomagają
żadne doraźne środki, i trzeba zastosować ostrą i bolesną kurację.
Przykład
Grecji pokazuje, jakie skutki może przynieść nieodpowiedzialna finansowa i
gospodarcza polityka państwa. Zresztą nie tylko jej przykład. W poważnych
tarapatach jest także Hiszpania, wspomina się też coraz częściej o kłopotach
Portugalii i Włoch.
Powinno to być przestrogą także dla Polski, bo i nasz
rząd nie ucieka od zamiatania pod dywan problemu długu publicznego – przykładem
jest choćby zaciąganie kredytów przez instytucje rządowe (np. na budowę dróg)
zamiast przez budżet państwa. Na papierze więc państwo może wykazać, że ma
mniejsze zadłużenie od rzeczywistego, choć w praktyce to przecież my, podatnicy,
będziemy spłacać wspomniane kredyty. Minister finansów Jacek Rostowski, o czym
pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, uciekał się także do transakcji swapowych.
Podobno już tego nie robi, ale pewności nie ma. Naszym głównym problemem jest
jednak rosnące z roku na rok – i to o dziesiątki miliardów złotych – zadłużenie
państwa. Żyjemy też na kredyt, którego w dodatku nie inwestujemy, ale
przejadamy, i jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, to możemy za to zapłacić nie
mniej boleśnie niż Grecy.

Szkoda, że nie ma już drachmy
Większość ekonomistów
podkreśla, że sytuacja Grecji byłaby lepsza, gdyby nie to, że należy ona do
strefy euro. Profesor Dariusz Rosati, były członek Rady Polityki Pieniężnej, co
prawda jest zdania, że gdyby nie euro, to Grecja poniosłaby jeszcze gorsze i
boleśniejsze konsekwencje swojej lekkomyślnej polityki, jednak przeważają
opinie, iż gdyby Grecy mieli drachmę, znacznie szybciej mogliby wyjść z kryzysu,
a kuracja byłaby przede wszystkim mniej bolesna. Dlaczego?
Jednym z
mechanizmów stosowanych w tego rodzaju sytuacjach jest doprowadzenie przez
określone państwo do dewaluacji własnej waluty, dzięki czemu ceny jego towarów i
usług stają się niższe na rynkach międzynarodowych, czyli bardziej
konkurencyjne. To zaś napędza eksport, jak również stymuluje gospodarkę, pozwala
na utrzymanie miejsc pracy, a budżetowi państwa daje tak potrzebne wpływy z
podatków.
Grecy, których sytuacja i tak jest zła, mają dodatkowo do czynienia
ze znacznym spadkiem eksportu, zwłaszcza do krajów sąsiadujących. Wystarczy
podać tylko kilka przykładów: w 2009 roku wymiana handlowa z Turcją (największy
partner Grecji) spadła o ponad 30 proc., i to zarówno po stronie eksportu, jak i
importu. Podobne wskaźniki dotyczą Bułgarii, Rumunii i kilku jeszcze innych
poważnych partnerów handlowych. O ile zmniejszenie się importu do Grecji nie
jest jeszcze problemem, o tyle spadek eksportu tylko pogłębia trudności tego
kraju.
Ponieważ w Grecji zostało wprowadzone euro, państwo to nie może samo
przeprowadzić dewaluacji – musiałaby to zrobić cała strefa euro jednocześnie.
Jeden kraj nie może się wyłamać, bo runęłaby cała konstrukcja. Zresztą jak to
zrobić? To tak, jakby w jakimś województwie w Polsce przeprowadzić dewaluację
złotówki, a w 15 pozostałych zostawić jej kurs na starym poziomie. To jest po
prostu niemożliwe.
O tym, jakie znaczenie ma kontrola kursu narodowej waluty,
świadczy przykład wielu innych państw, także Polski, bo i my czerpaliśmy w
przeszłości korzyści z okresowego spadku wartości złotego. Chiny nie osiągnęłyby
takiej pozycji w światowej gospodarce, gdyby nie kontrolowały swojej waluty.
Pekin jest od dawna oskarżany przez USA i wiele innych krajów o sztuczne
zaniżanie kursu juana, aby właśnie podtrzymywać swój eksport, co uderza w inne
państwa, które nie są w stanie konkurować z Azjatami.
Profesor Andrzej
Kaźmierczak, powołany w ubiegłym tygodniu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego do
Rady Polityki Pieniężnej, wskazuje, że właśnie utrata wpływu na kurs narodowej
waluty jest w polskich warunkach jednym z głównych argumentów przeciw
przyjmowaniu euro. I to w dodatku szybkiemu, jak chciałby rząd Donalda Tuska.
Sami Grecy coraz częściej też zaczynają dostrzegać zalety posiadania drachmy i
czują, jak czkawką odbija im się pospieszne przyjmowanie euro, byle tylko trafić
do klubu „europejskich gospodarczych prymusów”.

Europejski rząd finansowy?
Przykład Grecji pokazuje
dobitnie, że za wprowadzeniem euro w tym kraju stały nie tyle przesłanki
ekonomiczne, co polityczne. Paul Krugman, laureat Nagrody Nobla z ekonomii,
napisał niedawno na łamach „New York Timesa”, że teraz naocznie się
przekonujemy, iż Europa nie była gotowa na euro. Krugman uważa, że „arogancja
polityków pchnęła Europę do przyjęcia jednej waluty, zanim kontynent był gotów
do tego eksperymentu”. Jego zdaniem, najprostszym lekarstwem na kłopoty Grecji,
jak również znajdującej się w kiepskiej sytuacji Hiszpanii, byłaby dewaluacja
walut, tymczasem na Półwyspie Iberyjskim pozbyto się peso.
Dlaczego euro było
i jest projektem politycznym? Bo kraje, które przyjęły wspólną walutę, są
ogromnie zróżnicowane pod względem poziomu rozwoju gospodarczego. Trudno
przecież porównywać takie potęgi gospodarcze, jak Niemcy czy Francja, z Grecją –
ich ubogim krewnym z mniej rozwiniętą i mniej konkurencyjną gospodarką, czy
nawet z Hiszpanią. Już na starcie kraje strefy euro były w bardzo zróżnicowanej
sytuacji finansowej i wspólna waluta tylko pogłębiła problemy słabszych
uczestników gry.
Teraz, gdy widać, że konstrukcja euro się chwieje, coraz
częściej dają się słyszeć głosy, że potrzebne jest ściślejsze współdziałanie
rządów krajów posiadających wspólną walutę. – Trzeba utworzyć coś w rodzaju
europejskiego rządu – mówi otwarcie prezydent Francji Nicolas Sarkozy,
zastrzegając, że zajmowałby się on tylko sprawami gospodarczymi. Unijni
decydenci, widząc objawy choroby, chcą zastosować bardzo szkodliwe lekarstwo w
postaci jeszcze ściślejszej niż dotąd integracji. To by oznaczało dalsze
ograniczanie suwerenności poszczególnych państw. Wszystko tłumaczy się
oczywiście dobrem obywateli i narodowych gospodarek, które łatwiej można by
wyciągnąć z kryzysu. Pomysł Sarkozy’ego podchwycił „prezydent UE” Herman Van
Rompuy. Poparło go także wielu ekonomistów argumentujących, że UE potrzebuje
takiej integracji, aby szybciej podejmować decyzje gospodarcze. Taki jest także
pogląd krytyka euro Paula Krugmana, który twierdzi, że bez ściślejszej unii
politycznej wspólna waluta „nie będzie działać”. Ale to jeszcze bardziej
pokazuje, iż euro jest projektem politycznym, a nie gospodarczym, skoro ma być
narzędziem narzucającym integrację. W tym kontekście porównuje się najczęściej
Unię Europejską do Stanów Zjednoczonych, gdzie jeden rząd prowadzi politykę
gospodarczą, a nie robi tego każdy stan z osobna. Tak jakby nie było różnicy
między europejskimi państwami narodowymi a stanami USA…
Trzeba sobie zdać
sprawę z tego, że powołanie takiej ponadnarodowej instytucji oznaczałoby
uruchomienie procesu, który nieuchronnie zmierzałby ku budowaniu omnipotentnego
europejskiego rządu. Zaczęłoby się od spraw gospodarczych, a ściślej finansowych
(które przecież stanowią znaczną część polityki każdego państwa), a potem
mielibyśmy ujednolicanie podatków, o czym marzą politycy, zwłaszcza w Berlinie i
Paryżu, żeby ukrócić „podatkową konkurencję”, choćby ze strony Polski, i
regulowanie w podobnym stylu wielu innych spraw. Tylko że taka polityka nie
byłaby ani unijna, ani europejska, decydowaliby najsilniejsi, czyli najbogatsze
państwa UE. Dlatego też trzeba się trzymać jak najdalej od strefy euro mimo
nacisków płynących z Brukseli, aby jak najszybciej przyjąć wspólną walutę.

Krzysztof Losz

drukuj