Świat dobry i świat zbuntowany przeciw Bogu (część 1)

W terminologii teologicznej pojęcie „świat” używane jest w kilku znaczeniach. Czasami oznacza ogół istot stworzonych, czasami sumę wszystkich rzeczy materialnych, ale może oznaczać także ogół tych istot, które sprzeciwiają się Chrystusowi, może oznaczać to, co św. Augustyn nazwał „civitas diaboli”. Poza tym w terminologii zakonnej słowo „świat” oznacza to, co znajduje się poza klasztorem.

My, ludzie, jako jedyne na świecie istoty żyjemy na przecięciu dwóch rzeczywistości, na przecięciu świata ducha i świata materii. Należymy do tych obydwu rzeczywistości. Żyjemy także na przecięciu świata dobrego i świata zbuntowanego przeciw Bogu. Niegdyś, pod wpływem określonych nurtów filozoficznych, zwłaszcza gnozy, platonizmu i neoplatonizmu, panowała skłonność do utożsamiania materii i cielesności z niedoskonałością i ze złem samym w sobie. Pogląd ten, nieobcy pewnym nurtom ascetycznym, nigdy nie był i nie jest przyjmowany przez prawowierne chrześcijaństwo, które akceptowało i akceptuje stworzony przez Boga materialny świat, akceptuje także ludzkie ciało i uważa je za dobre. Nie mogło być inaczej, skoro w Księdze Rodzaju, opowiadającej o stworzeniu całego kosmosu i wszystkich żywych istot, znajdują się jakże jednoznaczne słowa: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Chrześcijaństwo ze swoją nauką o wcieleniu Boga w ludzkie ciało nie mogło być przeciw materialnej, fizycznej stronie naszego świata. W zbawieniu człowieka w równym stopniu wzięły udział obydwie natury Chrystusa: boska i ludzka. A najbardziej istotną dla chrześcijańskiej wiary jest prawda o zmartwychwstaniu Chrystusa i o naszym przyszłym zmartwychwstaniu z duszą i ciałem. Chrystus, ustanawiając hierarchię wartości, w której najważniejsze jest zbawienie duszy ludzkiej [„Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26)], nigdy nie lekceważył doczesności. W Modlitwie Pańskiej poleca nam modlić się słowami: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. A w przypowieści o talentach napomina nas surowo, byśmy nie zmarnowali danych nam uzdolnień i innych wartości, które nam podarował, byśmy czynili świat lepszym i piękniejszym, byśmy pomnażali w nim dobro.

Oblicza neopogaństwa

Gdy przeciwstawiamy sobie „świat dobry” oraz „świat zbuntowany”, mamy na myśli walkę dobra ze złem, która toczy się od momentu, kiedy Lucyfer wykrzyknął Bogu swoje słynne „Non serviam!” (Nie będę Ci służył!). Walka ta toczy się od początku istnienia człowieka na różnych płaszczyznach jego życia, a także w nim samym, w głębi jego duszy. Chodzi w niej przede wszystkim o uznanie pierwszego przykazania Dekalogu, o uznanie bezkompromisowej wiary w jedynego Boga i odrzucenie pogaństwa. To przykazanie jest bowiem fundamentem wszystkich innych przykazań oraz prawd wyznawanej przez nas wiary.

Wbrew pozorom pogaństwo nigdy nie umarło. W ciągu wieków zmieniało tylko swoje oblicze. Zmieniało bogów i sposoby oddawania im czci. Zaczynało się ongiś i zaczyna dziś wraz z odrzuceniem planu Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie, czyli wraz z odrzuceniem Jezusa Chrystusa. Zaczyna się w chwili, gdy człowiek odmawia Bogu swojego posłuszeństwa, gdy tak jak Lucyfer woła: „Nie będę Ci służył!”. Nowe pogaństwo staje się wyjątkowo silne i wyjątkowo groźne. Ogólnie biorąc, neopogaństwo występuje w dwóch postaciach: jako pogaństwo poza Kościołem oraz pogaństwo wewnątrz Kościoła (A. Michalik, Neopogaństwo – Teologia – Kościół, w: Neopogaństwo. Nowe czasy – stare idee, red. J. Królikowski, Pallotinum 2001, s. 135).

Zewnętrzni neopoganie to ludzie niewierzący, którzy otwarcie odrzucają wiarę i moralność chrześcijańską, a w ich miejsce głoszą wartości pogańskie. Obca jest im świadomość, że człowiek nie istnieje dla siebie i dla swojej chwały, lecz dla chwały Bożej. Nie dostrzegają jakościowej różnicy między Bogiem a człowiekiem. Jeśli godzą się na istnienie Boga, to jako na coś, o czym można mówić i czym można dysponować według własnego uznania, jakby się było Mu równym. Żyją w „nieobecności” Boga. Żyją tak, jakby Bóg nie istniał i nie objawił ludziom swojej woli. Uwolnili się od związku z Nim. Ogłosili się całkowitymi panami siebie i swojego losu. Zrzucili Boga z tronu i sami na ten tron weszli jako twórcy nowej, bezbożnej, niemającej nic wspólnego z Dekalogiem moralności. Samych siebie i wszystkie swoje, nawet najbardziej wszeteczne, zachcianki i występki czynią obiektem boskiego kultu. Jest ich dziś bardzo wielu. Można powiedzieć, że niektóre całe narody i społeczeństwa żyją tak, jakby Bóg nie istniał i nie pozostawił im swojego moralnego prawa. Odrzuciły one ze swojego światopoglądu wertykalny, nadnaturalny wymiar rzeczywistości i człowieka. Pozbyły się ze swojego życia – indywidualnego i społecznego – pierwiastka sacrum. Żyją tylko w wymiarze horyzontalnym: doczesnym i materialnym (por. A. Michalik, Neopogaństwo, s. 138).

Neopogaństwo stało się niestety także problemem wewnątrzkościelnym. Jak pisał przed kilku laty kardynał Joseph Ratzinger, obecny Ojciec Święty Benedykt XVI: „Neopogaństwo wzrasta bez przerwy w samym sercu Kościoła i grozi zniszczeniem go od wewnątrz”. W Kościele ciągle przybywa nowych pogan, którzy mówią o sobie, że są katolikami czy chrześcijanami, ale myślą i postępują po pogańsku. Przejęli poglądy, postawy, wzorce etyczne, wartości i styl życia ludzi kierujących się duchem tego świata, tylko odrzucają kontakt z transcendencją. Nie wykraczają poza doczesność. Kwestionują podstawowe prawdy wiary i przykazania. Samych siebie odarli z poczucia godności osoby ludzkiej jako obrazu Boga oraz doprowadzili do niejednokrotnie kompletnego zaniku poczucia grzechu. Ich życie przenika konsumpcjonizm i erotyzm, prymat „mieć” nad „być”. Godzą się na rozpad rodziny, aborcję, eutanazję i zbrodnicze doświadczenia na ludzkich embrionach. Wyprowadzając seks poza sferę moralności, odrzucają kościelną naukę o pożyciu seksualnym i wierności małżeńskiej (por. A. Michalik, Neopogaństwo, s. 138).

Należy zadać pytanie: Czy tacy ludzie rzeczywiście należą jeszcze do Kościoła?

W konstytucji Soboru Watykańskiego II „Lumen gentium” czytamy następujące słowa: „Do społeczności Kościoła wcieleni są w pełni ci, co mając Ducha Chrystusowego, w całości przyjmują przepisy Kościoła i wszystkie ustanowione w nim środki zbawienia i w jego widzialnym organizmie pozostają w łączności z Chrystusem rządzącym Kościołem przez papieża i biskupów; w łączności mianowicie polegającej na więzach wyznania wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego oraz wspólnoty. Nie dostępuje jednak zbawienia, choćby był wcielony do Kościoła, ten, kto nie trwając w miłości, pozostaje wprawdzie na łonie Kościoła 'ciałem’, ale nie 'sercem’ (Konstytucja „Lumen gentium” 1, za: A. Michalik, Kościół…, s. 139).

Obłudna troska o Kościół

Współczesny Kościół musi się więc zmagać nie tylko z pogaństwem zewnętrznym, lecz także wewnętrznym, istniejącym i rozwijającym się w jego łonie. Kościół musi przezwyciężać wrogość swoich rzekomych członków, często tzw. katolickich dziennikarzy czy tzw. katolickich organizacji, jak np. „Wir sind Kirche”, występujących pod obłudnymi pozorami troski o reformę Kościoła, a tak naprawdę – świadomie czy nieświadomie – niszczących go od wewnątrz. Dlatego Jan Paweł II w swoim słynnym wywiadzie udzielonym Vittorio Messoriemu przypomina o tym, że „Kościół ciągle na nowo podejmuje zmaganie z duchem tego świata, co nie jest niczym innym, jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy, i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji” (Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, RW KUL, Lublin 1994, s. 96). Owa olbrzymia antyewangelizacja prowadzona przez potężne siły, dysponujące wielkim kapitałem i obejmujące swoim wpływem ogromne obszary świata, dąży konsekwentnie do opanowania świadomości całych narodów, koncentrując się w obecnej dobie na całkowitym podporządkowaniu sobie zwłaszcza trzech sfer ich życia społecznego, a mianowicie: mediów, parlamentów i uniwersytetów. Kościół katolicki stanowi ostatnią poważną przeszkodę dla realizacji celów antyewangelizacji. Dlatego jest tak gwałtownie, a często okrutnie zwalczany i krytykowany. Dąży się do jego spacyfikowania przez bezpardonowe ataki na duchownych głoszących prawowierną naukę kościelną i odsłaniających działania antyewangelizatorów. Wszelkimi sposobami chce się sprowadzić Kościół do instytucji ludzkiej i charytatywnej tylko; instytucji, która nie ośmieli się zabierać głosu w sprawach moralności politycznej, co więcej – przestanie głosić naukę Kościoła o odpowiedzialności każdego człowieka przed Bogiem, nauki o karze Bożej i o potępieniu. Wszelkimi sposobami dąży się do całkowitego sprywatyzowania wiary i zamknięcia Kościoła w zakrystii.

Jest u części współczesnych katolickich teologów i publicystów pragnących, „aby świat ich kochał”, jak czytamy w Ewangelii św. Jana (por. J 15, 18-19), publicystów akceptowanych i mocno wspieranych, a nawet ogłaszanych przez libertyńskie media za intelektualne autorytety otwarte na dzisiejszego ducha czasu – wyraźna tendencja do eliminowania z przedstawianego przez nich obrazu świata wiary i Kościoła zjawisk zatrważających czy niepokojących. Ci z ludzi Kościoła, którzy ważą się o tych zjawiskach głośno mówić, krytykowani są od razu jako fundamentaliści i nietolerancyjni defetyści, czarno i fałszywie widzący świat i wprowadzający do społecznej świadomości rozterkę i niepokój. Wzywa się ich do milczenia, a jeśli do wypowiedzi, to wyłącznie pochlebnych dla moralnej i religijnej kondycji współczesnego świata. Czyni się tak zresztą zgodnie z zasadami obowiązującej dziś w polityce i mediach absurdalnej „poprawności politycznej”, która głosi całkowity relatywizm i płynący z niego nakaz akceptowania wszelkich poglądów i wszelkich anomalii moralnych, a jednocześnie wzywa – zgodnie z zasadami ateistycznego liberalizmu – do odrzucenia Boga i moralności chrześcijańskiej jako nietolerancyjnej i niezgodnej z postulatem absolutnej wolności człowieka; anarchicznej wolności od wszystkiego i do wszystkiego.

Dobra jest więcej

Odrzucanie ostrzeżeń przed złem, a zwłaszcza odrzucanie krytyki skierowanej przeciwko czyniącym nieprawość, nie jest czymś nowym. Tak działo się od tysięcy lat. Wystarczy w tym miejscu przywołać los starotestamentalnych proroków czy Jana Chrzciciela, których okrutnie zamordowano za to, że ośmielili się ostrzegać Izraelitów przed grzechem i pogaństwem. Nie można jednak chować głowy w piasek. Kościół ze swego powołania musi być znakiem sprzeciwu wobec zbuntowanego przeciw Bogu świata, choćby czekały go za to najgorsze prześladowania. Nigdy nie wolno nam zapominać o słowach z Ewangelii św. Jana: „Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, dlatego was świat nienawidzi” (J 15, 18-19). Aby podjąć trud odnowy religijnej i moralnej współczesnych społeczeństw, trzeba sobie uświadomić istniejące zło i zdemaskować je. Należy następnie pokazać korzenie zła i na koniec, co jest niezmiernie ważne, drogi wyjścia.

Nie chodzi oczywiście o to, by we współczesnym świecie dostrzegać tylko zło i bunt przeciw Bogu. Nie można pozbawiać siebie i ludzi otuchy i nadziei. Dobra we współczesnym świecie jest z pewnością dużo więcej niż zła. Dobrych, życzliwych, miłosiernych i szlachetnych ludzi jest więcej niż złych. Gdyby było inaczej, ten świat przestałby już istnieć. Jan Paweł II w swojej adhortacji „Pastores dabo vobis” robi swoiste podsumowanie pozytywnych i negatywnych znaków czasu we współczesnym świecie. Wskazuje najpierw na to, co w nim jest dobre i pocieszające. Wymienia wśród pozytywnych znaków czasu silniejsze niż niegdyś pragnienie sprawiedliwości i pokoju dla wszystkich; większą wrażliwość współczesnego człowieka na nieszczęścia, które dotykają bliźnich, często zupełnie obcych i nieznanych; coraz żywszą i coraz powszechniejszą troskę o dzieło stworzenia, tj. przyrodę; usilne poszukiwanie sposobów ochrony godności człowieka i jego niezbywalnych praw; większą niż w minionych dziesiątkach lat tęsknotę za Bogiem; a na koniec coraz częstsze stawianie pytań z dziedziny etyki dotyczących sensu i granic współczesnych badań naukowych, prowadzonych przez uczonych, pozostających niestety w swojej większości pod wpływem pozytywistycznie uprawianej, tj. bez odniesień do Boga i etyki, współczesnej nauki.

Historycy snujący refleksję nad minionym XX wiekiem zauważają także cały szereg pozytywnych dla ludzkości zjawisk i zdarzeń, które we współczesnym świecie nastąpiły. Zaznaczają, że minione dziesięciolecia to czas wielkich naukowych pomysłów i odkryć. Wskazują na olbrzymi postęp w naukach fizykalnych i biologicznych, który spowodował nowe relacje między nauką, techniką i gospodarką, a także między nauką a społeczeństwem. Nauka stała się w tym czasie systemem samonapędzającym. Nastąpiło sprzężenie zwrotne między nauką a techniką. Na przykład odkrycie promieniotwórczości, teoria kwantów, zwłaszcza zaś teoria względności – nagle przyniosły możliwość zbudowania cyklotronów i kontrolowanych reakcji nuklearnych, umożliwiły powstanie energetyki jądrowej, ale także broni atomowej. W 1947 r. William Shockley wynalazł tranzystor. Po pół wieku od tego odkrycia cały świat stał się komputerowo-informatycznym układem, bez którego nie można sobie dzisiaj wyobrazić uprawiania i rozwoju nauki, komunikacji lotniczej, bankowości itd., itd. Liczba komputerów osobistych podwaja się na świecie co 15 miesięcy. Świat stał się globalną wioską. W 1953 r. poznano strukturę przestrzenną DNA, a w latach sześćdziesiątych XX wieku odkryto enzymy restrykcyjne pozwalające ciąć i kleić kwasy nukleinowe. Miało to kolosalne znaczenie dla rozwoju genetyki. Dzięki temu rozwojowi otworzyły się przed medycyną, a także przed przemysłem, rolnictwem, leśnictwem i gospodarką rybną, niesłychane możliwości. Biotechnologia stworzyła nowoczesny przemysł farmaceutyczny. Średnia długość życia w drugiej połowie XX wieku wzrosła na świecie o dziesięć lat. Śmiertelność noworodków spadła o 40 procent. Średni produkt krajowy brutto przypadający na jednego mieszkańca ziemi wzrósł z 990 do 1380 dolarów. Postęp nauki sprawił, że teoria Malthusa (1798) i inne jej podobne, przewidujące koniec cywilizacji z powodu przeludnienia, okazały się całkowicie chybione. Zignorowały one bowiem rolę nauki. Z mapy ziemi nie znikły wprawdzie obszary ubóstwa i głodu, ale w bilansie gospodarki światowej XX i XXI wieku nie pojawił się problem braku żywności na świecie. Była ona i jest produkowana w nadmiarze mimo skokowego wzrostu liczby ludzi. Problemem jest dystrybucja żywności.

Zagrożenie cywilizacji

Osiągnięty postęp cywilizacyjny, który umożliwił i ułatwił życie miliardom mieszkańców ziemi, ma jednak swoje ciemne strony. Wystąpiły w minionym czasie niepokojące zmiany klimatyczne, będące prawdopodobnie następstwem wzrostu stężenia gazów cieplarnianych, doszło do uszkodzenia warstwy ozonowej, a także do deforestacji na olbrzymich obszarach Ameryki Południowej, Azji i Afryki. W ślad za tym doszło do bardzo znacznego zmniejszenia bioróżnorodności z powodu szybkiego wymierania wielu gatunków zwierząt i roślin. Narasta degradacja i zatrucie gleby, wód i powietrza. Tworzą się olbrzymie, nie do opanowania ani sterowania, skupiska miejskie, z których niektóre (Tokio, Meksyk i Sčo Paulo) liczą już ponad dwadzieścia milionów mieszkańców. Występują coraz to niebezpieczniejsze wielkie zagrożenia, takie jak utrata kontroli nad doświadczeniami genetycznymi, terroryzm i ciągle groźna broń masowej zagłady.

Mimo powszechnej świadomości zagrożeń dla współczesnego świata nie wypracowano mechanizmów obrony przed nimi. Jest tak dlatego, że główną motywacją badań naukowych w ostatnich dziesiątkach lat stał się zysk i władza, a nie działalność poznawcza. Największym niebezpieczeństwem dla przyszłości nauki są rządowe centra badawcze, takie jak w Los Alamos i Livermore w USA, Aldemaston w Wielkiej Brytanii, Czelabińsk w Rosji i wiele innych. Tysiące uczonych zatrudnionych w tych centrach pozostaje w stanie nieustannego pościgu za doskonaleniem istniejących broni masowego rażenia i nad takimi wynalazkami, które dadzą przewagę w wyścigu o władzę nad innymi.

Jest to ewidentnie sprzeczne z celami nauki jako takiej. Podstawową wartością i prawem człowieka jest bowiem prawo do życia, a podstawowym obowiązkiem uczonych jest odkrywać prawdę i dzielić się nią z innymi, mając ciągle na celu chronienie ludzkiego życia i podnoszenie jego jakości. Współczesny uczony winien się dzisiaj czuć bardziej niż kiedykolwiek odpowiedzialny za wyniki swojej pracy. Winien się kierować zasadami etyki, ponieważ chodzi tu o być albo nie być ludzkiej cywilizacji. Powinien kierować się przynajmniej złotą regułą etyczną, która znajduje się u podstaw wszelkich etyk, a która brzmi: postępuj tak w stosunku do innych, jakbyś chciał, żeby inni postępowali w stosunku do ciebie. Nie rób innym tego, czego byś nie chciał, aby czyniono tobie. Nie rozwiąże się dylematów nauki, zagrożeń i kryzysów współczesnego świata, jeśli ludzie nauki odrzucą zasady etyczne i kierować się będą jedynie chęcią osiągnięcia władzy nad innymi i zysku.

W cytowanej wcześniej adhortacji „Pastores dabo vobis” Jan Paweł II, wymieniwszy pozytywne zjawiska we współczesnym świecie, mówi także o zjawiskach negatywnych obserwowanych współcześnie, takich jak: nieliczący się z dobrem wspólnym egoistyczny hiperindywidualizm, nawołujący ludzi do życia wyłącznie według reguły korzyści i przyjemności skrajny pragmatyzm, hedonizm i konsumpcjonizm, odrzucający transcendencję sekularyzm, relatywizm moralny i poznawczy oraz skrajny racjonalizm – połączony paradoksalnie ze współczesnym rozkwitem sekt, irracjonalizmu i magii. Szerzy się poza tym – mówi Papież – praktyczny i egzystencjalny ateizm. Występuje zjawisko nieustannego procesu dechrystianizacji chrześcijańskich niegdyś społeczeństw, rozpad rodziny i instytucji małżeństwa, anarchia seksualna, wielka ignorancja religijna katolików, źle rozumiany pluralizm teologiczny – stawiający znak równania między Kościołem katolickim i najbardziej irracjonalnymi sektami; wybiórcza, spowodowana nadmierną subiektywizacją wiary, postawa wielu katolików w odniesieniu do istotnych prawd wiary i zasad moralnych, a w końcu częściowa i – jak to Jan Paweł II nazywa – „warunkowa” przynależność wielu katolików do Kościoła, która polega na przebieraniu przez nich wśród prawd wiary i przykazań moralnych oraz na odrzucaniu z nich tego wszystkiego, co wiąże się z ofiarą i samoopanowaniem.

Nie da się zaprzeczyć, że ogólnie biorąc, współczesna cywilizacja ustawia się w swoim rozwoju coraz bardziej przeciw Bogu, przeciw godności człowieka jako obrazu Bożego i przeciw przyrodzie jako Bożemu dziełu. Boże przykazania nie stanowią już dla niej ani fundamentu, ani też liczącego się odniesienia.

Współczesne „areopagi” – używając tu słów Jana Pawła II – a więc świat mediów, kultury, rozrywki, nauki, biznesu i polityki – uległy w znacznej mierze dechrystianizacji i neopogaństwu. Promowane przez te „areopagi” antywartości czy pseudowartości przenikają szeroką falą do życia wielu katolików, do życia Kościoła, wywołując w nim zjawiska kryzysowe, powodując w wielu krajach ciche odchodzenie od niego, który podobnie jak wszystkie instytucje: rządowe, polityczne, naukowe, międzynarodowe i inne, dotknięty został utratą wiarygodności. Coraz więcej ludzi staje w opozycji do tego, co św. Paweł nazwał „mądrością krzyża”.

Więcej wiary i gorliwości

Rodzi się pytanie, czy odpowiedzialność za kryzys chrześcijaństwa ponosi tylko świat zbuntowany przeciw Bogu, czy też malejące zaufanie do Kościoła nie ma swoich źródeł w tym, że chrześcijanie nie zastosowali się do wskazania świętego Pawła z Listu do Koryntian: „Nie chcę znać na tym świecie niczego innego jak tylko Chrystusa ukrzyżowanego” (1 Kor 2, 2), i z Listu do Tesaloniczan: „Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie” (1 Tes 5, 19).

Nie ma innego ratunku na odrodzenie Kościoła w świecie, który przeżywa ogromny kryzys, który nękany jest straszliwymi postaciami zła, jak tylko więcej gorliwości, więcej wiary, więcej naśladowania Chrystusa ukrzyżowanego, miłosiernego i ubogiego – w życiu chrześcijan, w życiu Jego uczniów, zwłaszcza w życiu Jego kapłanów.

Współczesny świat jest bardzo zunifikowany technicznie i ekonomicznie, ale jednocześnie jest bardzo zróżnicowany kulturowo, ideowo i historycznie. Widać w nim świadome odchodzenie od absolutnych, obiektywnych zasad z obawy, by nie ulec absolutyzacji rasizmu, ksenofobii, imperializmu czy fundamentalizmu. Mimo podejmowanych współcześnie ciągłych prób wprowadzenia zasad demokratycznych w życie współczesnych społeczeństw świat współczesny dręczony jest przez niesprawiedliwość i coraz większą nierówność ekonomiczną. Jeżeli przed dwustu laty różnice między krajami bogatymi i biednymi były dwukrotne, to obecnie są one sześciokrotne i ta przepaść stale się powiększa. Liczba bogatych przy tym maleje, a liczba biednych rośnie. Świat współczesny został całkowicie skomercjalizowany. Wszystko w nim, łącznie ze sprawami najświętszymi i ostatecznymi, stało się produktem na rynku. Świat ten zmęczony jest niekończącym się gadulstwem i jego nierzetelnością, a jednocześnie jest bardzo wrażliwy na konkretne ludzkie biografie ludzi, których życie jest zgodne z głoszonymi ideałami. Jest to świat głęboko sceptyczny, lekceważący swój wymiar transcendentny, a jednocześnie jest to świat pragnący zbawienia od zła i szukający po omacku dróg do niego.

My, kapłani, jesteśmy dziećmi naszego współczesnego świata, który potrzebuje zbawienia, i dziećmi Kościoła, który został założony przez Chrystusa po to, by nawracał ludzkie serca, by ten świat zbawiał. Nie ma innej drogi do wzmocnienia Kościoła i do ratowania tonącego w złu świata, jak tylko reforma Kościoła. „Ecclesia semper reformanda” (Kościół musi się stale reformować) – dobrze znamy to zawołanie. Po raz kolejny w dwutysięcznej historii Kościoła należy podejmować reformę jego ludzkiej, doczesnej strony. W tej reformie należy zacząć od siebie, od swojego życia duchowego i fizycznego, od swojego stosunku do bliźnich, od swojego stosunku do życiowych obowiązków, do społeczeństwa, do kultury, do posiadania i używania dóbr tego świata. Co rusz w historii Kościoła pojawiali się różni reformatorzy, którzy podejmowali mniej lub bardziej drastyczne próby zmieniania jego struktur, prawd wiary i zasad moralnych. Wielu z nich, powodowanych pychą i fałszywym przekonaniem o swojej nadzwyczajnej misji, wprowadzało w życie chrześcijaństwa rozłamy, wojny, tragedie i okrucieństwo. Prawdziwej reformy Kościoła dokonywali natomiast tylko pełni pokory, samozaparcia i miłości święci, tacy jak św. Franciszek, św. Dominik, św. Ignacy i wielu innych. To pełni pokory, przebaczenia i miłości święci są największym skarbem Kościoła i milowymi kamieniami w historii jego rozwoju, nie zaś buntownicy czy też ludzie wprowadzający nienawiść, podziały i chaos.

Ks. abp Stanisław Wielgus


Wykład wygłoszony 27.11.2009 r. na Jasnej Górze podczas pielgrzymki kapłanów należących do Unii Apostolskiej Kapłanów. Jutro zamieścimy część drugą.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

drukuj