Rząd odnawia „śluby antypisowskie”

Z prof. Zytą Gilowską, ekonomistką, wykładowcą na Katolickim
Uniwersytecie Lubelskim, minister finansów w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i
Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz Bober

Propozycje rządu dotyczące konsolidacji finansów publicznych,
ogłoszone przez premiera Donalda Tuska w siedzibie Politechniki Warszawskiej,
Pawłowi Poncyljuszowi skojarzyły się z przemowami wygłaszanymi na zjeździe
założycielskim PZPR. Celne porównanie?
– To nie są propozycje rządu.
Jak dowiedzieliśmy się od prominentnych przedstawicieli PSL, nie zajmował się
nimi cały gabinet, tylko politycy PO. Po drugie – od strony merytorycznej – są
to powtórzone, choć tylko w formie cząstkowej, obietnice tej partii z okresu
kampanii wyborczej przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi i z exposé premiera
Donalda Tuska. Żarty na ten temat są całkowicie uprawnione, tym bardziej że
swoje obietnice powtórzył po dwóch latach rządów…

Jednak w odróżnieniu od wystąpienia szefa rządu i ministra finansów
„Plan Rozwoju i Konsolidacji Finansów 2010-2011” zawiera wiele szczegółów, i to
we wszystkich dziedzinach objętych finansowaniem publicznym. Co Pani myśli o
zawartych w nim propozycjach?
– To dobrze, że pojawiają się jakieś
konkrety, ale trzeba wiedzieć, że propozycje dotyczą przedsięwzięć, które mają
być podejmowane w przyszłości, obecnie nie ma nawet szczegółowych założeń.
Wolałabym jednak ocenić te propozycje z perspektywy zamierzeń gospodarczych
rządu. Otóż po dwóch latach rządów PO muszę stwierdzić, iż ich działanie ma się
nijak do tego, co zapowiadali. Nieustannie deklarując, że zapobiegają zadłużeniu
Polski, wpędzili nas w ogromne długi. Warto podkreślić, iż tegoroczne wydatki z
budżetu państwa wzrosną w porównaniu z 2009 r. aż o ponad 22 mld zł i nie
dotyczy to integracji z Unią Europejską. Najwięcej dodatkowych środków
przeznaczono na dotacje i subwencje w dziale „Ochrona zdrowia”.

W przytoczonym dokumencie rząd przyznał wreszcie, że gigantyczna
dziura w budżecie jest efektem nie tyle światowego kryzysu gospodarczego, ile…
wieloletnich zaniedbań w reformowaniu finansów publicznych. Czy jednak nie jest
to przede wszystkim skutek zaniedbań w przeciwdziałaniu kryzysowi?

Zmniejszenie tempa wzrostu gospodarczego, wbrew temu, co twierdzi rząd, było w
Polsce bardzo duże – dynamika produktu krajowego brutto (PKB) zmalała ze 106,8
proc. w 2007 r. do 101,7 proc. w 2009 r., czyli spadek wyniósł ponad 5 punktów
procentowych. To więcej niż w większości państw zachodnioeuropejskich. Tak duży
spadek wystąpił w krótkim czasie – i to w gospodarce „na dorobku”. Dlatego
porównywanie tempa zmian PKB Polski do tempa zmian PKB Niemiec czy Francji jest
ułudą. Gospodarki tych krajów są z innej „galaktyki”. Nasz PKB w liczbach
bezwzględnych nie jest duży, ma wartość ok. 1,35 bln złotych. W takim razie
spadek PKB o 1 proc. oznacza utratę 13,5 mld złotych. W tym samym czasie w
Polsce drastycznie wzrosło zadłużenie kraju oraz deficyt sektora finansów
publicznych (rządowego i samorządowego). Tylko w latach 2008-2009 deficyt ten
wzrósł ponad czterokrotnie – z 22,4 mld zł na koniec 2007 r. do ok. 92 mld zł na
koniec 2009 roku. Z kolei tegoroczny, formalny deficyt budżetu państwa został
zaplanowany przez rząd na poziomie 52,2 mld złotych, ale faktycznie jest
znacznie większy.

O ile większy?
– To zależy, jak dokładnie liczyć. Trzeba
przede wszystkim dodać oddzielony od budżetu państwa – w tym roku po raz
pierwszy, moim zdaniem sztucznie – dodatkowy budżet środków europejskich,
którego deficyt zaplanowano na poziomie 14,4 mld złotych. Łącznie daje to kwotę
66,6 mld złotych. Następnie trzeba uwzględnić kosztowne wydatki usunięte
(również sztucznie) z budżetu państwa, ponieważ ich realizacja oznacza
konieczność zaciągania nowych długów, głównie na budowę dróg krajowych i
autostrad. Wykonanie planu budowy dróg może skutkować w obecnym roku niedoborami
na kwotę ok. 20 mld złotych. Tego nie będzie widać w budżecie. Dalej, wiadomo,
że do budżetu „pożyczono” 7,5 mld zł z Funduszu Rezerwy Demograficznej, czyli
instytucji zbierającej pieniądze na tzw. czarną godzinę. Do tego dochodzą
transfery do OFE (22,5 mld), nowe komercyjne kredyty ZUS (minimum 5 mld), co
najmniej 10 mld zł przyrostu tzw. zbiorczego deficytu jednostek samorządu
terytorialnego. Bez trudu dochodzimy do kwoty 130 mld zł, czyli bliskiej
równowartości 10 proc. PKB. To jest duży deficyt, jeden z największych w
Europie. Dwa tygodnie temu wybuchła burza po oświadczeniu premiera Grecji, że
ich tegoroczny deficyt sektora wyniesie 12,6 proc. PKB. Niestety, w Polsce nadal
mylimy deficyt budżetu państwa z deficytem całego sektora, chociaż naprawdę
liczy się ten drugi.

Dlatego rząd zapowiada, że będzie domagał się zmiany sposobu liczenia
deficytu sektora finansów publicznych w Unii Europejskiej, tak by wszystkie
państwa ujawniły rzeczywisty deficyt, uwzględniający zadłużenie sektora
zabezpieczeń społecznych.
– Jestem sceptyczna w tej sprawie. Takie
próby były już podejmowane. Inne państwa UE nie chcą się na to zgodzić, ponieważ
w większości nie przeprowadziły reform systemów emerytalnych. Zresztą wszyscy
trochę ukrywają stan swoich finansów. Przypadek Grecji, która po prostu nie
podawała prawdy, jest ekstremalny, ale nie jedyny. Naszym problemem nie jest
jeszcze poziom zadłużenia (w relacji do PKB w Polsce jest on niższy od średniej
europejskiej o jedną trzecią), lecz tempo narastania długu publicznego. Dopóki
jesteśmy wiarygodni, damy radę, o ile nie dopuścimy do przekroczenia zapisanego
w polskiej Konstytucji progu zadłużenia – 60 proc. PKB. Niepokojące jest
lawinowe narastanie długu w corocznych projekcjach finansowych wykonywanych dla
Komisji Europejskiej (tzw. programy konwergencji). Przez 12 miesięcy tempo
wzrostu spadło ze 105 proc. PKB (2008 r.) do 101,7 proc. PKB (2009 r.) i
jednocześnie podwoił się deficyt sektora finansów publicznych w relacji do PKB –
z 3,6 proc. na koniec 2008 r. do 7,2 proc. na koniec 2009 roku. Oznacza to, że
wbrew oficjalnym deklaracjom rządu dosypywano pieniędzy do gospodarki, lecz
niewiele to dało. Nie widać więc na horyzoncie szybkiego i łatwego wyjścia z
obecnego dołka. W przedstawionym planie jest kilka słusznych zamiarów, ale można
je zrealizować dopiero w perspektywie kilku lat, a ich skutki dla budżetu będą
odczuwalne jeszcze później. W jaki więc sposób rząd planuje redukować deficyt
sektora, tak by – jak twierdzi – zejść poniżej poziomu wymaganego (3 proc. PKB)
już na koniec 2012 roku? W szykowanym programie konwergencji rząd pewnie przyzna
się do niespełna 8 proc. PKB deficytu w roku bieżącym. Ale nawet wówczas
oznaczałoby to konieczność zredukowania go o 5 punktów procentowych przez dwa
lata, co jest nierealne, bo odpowiadałoby to zmniejszeniu wydatków o prawie 67
mld złotych. Gdyby takie były zamiary rządu, to warto zadać dwa pytania: po
pierwsze, jakie wydatki na tak dużą skalę można redukować w sytuacji, gdy
tegoroczny budżet faktycznie wprowadza wzrost wydatków krajowych na kwotę ponad
22 mld złotych? Po drugie, co stałoby się ze wzrostem gospodarczym, gdyby rząd
redukował wydatki budżetowe o co najmniej 30 mld zł w skali jednego roku?

Politycy PO chcą szukać pieniędzy na zasypanie dziury m.in. w
zwiększeniu dochodów z podatku VAT poprzez „poszerzenie bazy podatkowej”. Sposób
na to widzą przede wszystkim we wprowadzeniu obowiązku stosowania kas fiskalnych
przez prawników, lekarzy i osoby wykonujące „niektóre inne
zawody”…

– Hasło „poszerzenia bazy podatkowej” jest dobre. Jednak
wprowadzenie obowiązku stosowania kas fiskalnych nie daje automatycznego skutku
w postaci zwiększenia wpływów podatkowych. Urządzenia te służą bowiem do
ewidencjonowania obrotów, a podatek VAT jest zharmonizowany i podlega odrębnej
dyrektywie europejskiej. Ta dyrektywa zwalnia z podatku VAT usługi z zakresu
ochrony zdrowia. Trzeba więc zadać pytanie, czy rząd wynegocjował w Brukseli
odstępstwo od stosowania tej dyrektywy w Polsce. Jeśli zaś chodzi o kasy
fiskalne dla prawników, to jest to klasyczne „gonienie króliczka”, tak by go nie
złapać. Dużo prostsze byłoby skorygowanie zbyt szerokiego zakresu prawa do
korzystania z 50 proc. kosztów uzyskania przychodów. Mogłoby się to również
odnosić do innych grup zawodowych korzystających z tego przywileju.

Autorzy wspomnianego dokumentu chcą też szukać oszczędności w
usprawnieniu zarządzania środkami budżetowymi i zwiększeniu kontroli nad
wydawaniem pieniędzy publicznych przez instytucje państwowe…


Konsolidacja techniczna w zarządzaniu płynnością finansów państwa to dobry i
ambitny kierunek zmian, choć trudny w realizacji. Nie do zaakceptowania jest
bowiem sytuacja, gdy minister finansów pożycza pieniądze, a instytucje publiczne
przetrzymują otrzymane z budżetu środki na kontach lub lokatach w bankach
komercyjnych. Sądzę, że oszczędności z tego tytułu mogłyby sięgnąć nawet 1,5-2
mld zł rocznie, choć instytucje publiczne będą się zapewne buntować. Trzeba
jednak zaznaczyć, że – jak zwykle – diabeł tkwi w szczegółach, ponieważ
technologia zaprojektowania sprawnej konsolidacji jest trudna.

Najwięcej kontrowersji budzą pomysły na „dokończenie reformy
emerytalnej”, zakładające przede wszystkim objęcie w perspektywie dwóch lat
służb mundurowych zasadami powszechnego systemu emerytalnego…

– O
tym mówi się od lat. Czas najwyższy, by to zrobić. Problem w tym, że wdrożenie
zmian będzie oznaczać, iż w tych służbach przez dłuższy czas będą funkcjonowały
dwa równoległe systemy wynagradzania, ponieważ od wynagrodzeń osób przyjmowanych
do pracy na nowych zasadach będą odprowadzane ich części składek na
ubezpieczenia społeczne (obecnie jest to np. 9,76 proc. składki emerytalnej i
1,5 proc. składki rentowej). Ciekawe, czy rząd przedstawi też analogiczne plany
dotyczące sektora wymiaru sprawiedliwości? Przecież od wynagrodzeń sędziów i
prokuratorów również nie są odprowadzane składki na ubezpieczenia społeczne.

Rząd chce pozyskać w tym roku ok. 27 mld zł z prywatyzacji spółek
Skarbu Państwa. Ale czy realizacja tych planów nie oznaczałaby wyprzedaży
poniżej wartości, w dodatku firm ważnych dla państwa?

– Moim
zdaniem, jest to zamiar nierealny. Zresztą nie byłoby dobrze, gdyby się powiódł.
W obecnej sytuacji gospodarczej bowiem nie jest on korzystny dla Polski.
Niepokoi kwota, którą rząd chce uzyskać z tego tytułu, tylko o 5 mld zł większa
od sumy, o jaką w tym roku zwiększają się wydatki krajowe, które zostały tak
„rozsmarowane”, że prawie tego nie widać, a jednocześnie wiele się mówi o
oszczędnościach.
Nie jest dobre zwiększanie wydatków bieżących, a następnie
finansowanie powstałego deficytu poprzez sprzedaż własności Skarbu Państwa.
Prawo własności sprzedaje się tylko raz, a w następnych latach co sfinansuje
niedobory? Zmniejszą się bezpowrotnie dochody z dywidend, obecnie naprawdę
spore. Zwolennicy prywatyzacji dowodzą, że firmy, które stały się własnością
prywatną, są lepiej zarządzane. Ale ta argumentacja jest naiwna. Przecież
sprzedaliśmy Telekomunikację Polską – w rzeczywistości – państwu
francuskiemu…

…co wcale nie usprawniło jej funkcjonowania.
– Właśnie.
Część naszych firm energetycznych sprzedaliśmy też firmie Vattenfall należącej
do Królestwa Szwecji czy STOEN firmie RWE należącej do państwa niemieckiego.
Sprzedaliśmy banki, a teraz, w dobie kryzysu, martwimy się z powodu ucieczki
kapitału za granicę… Moim zdaniem, większość obywateli jest przeciwna takiej
polityce. Tymczasem na przykładzie Gazpromu, który buduje Gazociąg Północny
tylko po to, by ominąć Polskę w transporcie gazu do Europy, widać, że firmy
energetyczne służą głównie do realizacji polityki, a nie interesów
gospodarczych. Przecież Gazociąg Północny jest ekonomicznie całkowicie
nieopłacalny.

Gdzie w takim razie rząd powinien szukać oszczędności?

Przekazaliśmy PO wraz z władzą zrównoważony budżet z niskim deficytem i wysokim
wzrostem gospodarczym. Mimo kryzysu światowego Polska nie powinna zanotować tak
dużego spadku dynamiki gospodarczej i tak radykalnego wzrostu zadłużenia. Cele
polityki gospodarczej PO są dość niejasne. A prezentowane wielkie plany reform
są przykładem starej reguły: „Jak zmienić wszystko, nie zmieniając
niczego?”.

Czyli PO robi show obliczony na usprawiedliwianie sprzedaży
państwowych firm?
– Być może. Coś tu nie gra. Przecież deklaracje
nie zgadzają się z faktami, zapowiadane skutki nie następują, długi radykalnie
rosną.

Dlatego część ekonomistów uważa, że skutkiem tych wszystkich planów
będzie w rzeczywistości wzrost zadłużenia publicznego i
podatków…
– Być może, ale podatki teraz nie wzrosną. Moim zdaniem,
rząd po prostu chce przeczekać trudny czas, licząc na to, że do wyborów
parlamentarnych w przyszłym roku nastąpi jakieś „odbicie” koniunktury, a
„rozgrzewająca się” gospodarka dosypie do budżetu brakujące pieniądze w postaci
wyższych podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Wygląda na to, że
gabinet Donalda Tuska ma do wykonania takie zadanie i chce wytrwać do końca na
tej „reducie”.

To znaczy, że rzeczywisty ośrodek decyzyjny jest poza
rządem?
– Internauci się śmieją, że plan rządowy, połączony z
deklaracją Donalda Tuska o niestartowaniu w wyborach prezydenckich, to „drugie
odnowienie ślubów antypisowskich” w ramach nowej świeckiej „religii”, której
centrum jest „świątynia Antypisa”…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj