Na oczach świata

„Jesteśmy bezsilni. Nic już nie możemy zrobić. Spójrz, mamy tylko pangi i maczety, a tym nikogo, kto ma karabin, nie zabijemy. Nie mamy się jak bronić, oni nas powybijają” – tak ks. bp Eduardo Kussala z diecezji Tambura Yambio relacjonował swoje spotkania z wiernymi, kiedy w listopadzie 2009 r. już po raz trzeci wraz z organizacją międzynarodową Kirche in Not (Pomoc Kościołowi w Potrzebie) odwiedziłam południowy Sudan. Ksiądz biskup, podobnie jak mieszkańcy jego diecezji, jest bezsilny. Ataki Armii Oporu Pana, dokonywane już od kilku lat, uniemożliwiają normalne funkcjonowanie miejscowej ludności, uprawianie ziemi, dezorganizują nieśmiało powracające do okolicznych wiosek życie. Życie, którego przez ponad 20 lat właściwie nie było na tych terenach z powodu jednej z najdłuższych afrykańskich wojen.

Konflikt w Sudanie ma bezpośredni związek z etniczno-religijnym podziałem kraju na islamską – w większości arabską – Północ i dużo słabiej rozwinięte Południe, zdominowane przez chrześcijańskie i pogańskie plemiona afrykańskie. Brytyjskie władze kolonialne traktowały północ i południe Sudanu jako odrębne terytoria administracyjne: północny Sudan znajdował się pod kontrolą Egiptu, zgodnie z porozumieniem brytyjsko-egipskim z 1899 roku, Południe było faktycznie administrowane przez samych Brytyjczyków. Ta sytuacja trwała do połowy lat 50. XX wieku, kiedy po krwawych rebeliach Sudan odzyskał niepodległość, a Brytyjczycy musieli opuścić kraj. Do dziś w wielu miejscach widać zrujnowane, niegdyś wspaniałe i świetnie prosperujące, a obecnie zarośnięte gąszczem drzew tekowych tartaki, resztki urządzeń elektrowni wodnych, budynków administracyjnych, szkół i szpitali. Cały wielki dorobek ówczesnej cywilizacji legł w gruzach. Mieszkańcy powrócili do bambusowych chat, gdzie nie ma prądu, wody czy jakiejkolwiek infrastruktury. Obrośnięte bujną roślinnością, na wpół spalone kikuty imponujących budowli straszą pustką, beznadzieją i świadczą o przeżytym horrorze.

Wojna o ropę

W 1983 r. rządzący Sudanem Chartum – stolica i siedziba fundamentalistów islamskich – rozpoczął na Południu przymusową islamizację kraju i wprowadził islamskie prawo szariatu wraz z dyskryminacją czarnej ludności. Powstanie przeciwko chartumskiemu rządowi, które wybuchło na Południu, zainicjowało najdłuższą i jedną z najkrwawszych wojen w Afryce.

Rząd rozpoczął na Południu pacyfikację, a w rzeczywistości ludobójstwo, bez litości mordując kobiety, dzieci i starców, zrzucając bomby na bezbronne wioski. W ciągu 21 lat zginęło ok. 2 mln ludzi, a 4 mln uciekły do sąsiednich państw bądź do Chartumu, by wegetować tam w obozach dla uchodźców. Stronie rządowej nie udało się odzyskać całkowitej kontroli nad południowym Sudanem ani złamać oporu Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu (Sudan People`s Liberation Army, SPLA). Na skutek międzynarodowych nacisków obie strony podjęły rozmowy pokojowe.

Kluczowy wkład w negocjacje miał wysłannik prezydenta USA George’a W. Busha – John Danforth. 20 lipca 2002 r. obie strony podpisały w Machakos w Kenii historyczny protokół uznający prawo południowego Sudanu do określenia własnego statusu politycznego w drodze referendum, ale zezwalający rządowi na zachowanie obowiązującego prawa szariatu na północy kraju. 19 listopada 2004 r. John Garang, przywódca sił południowych Sudanu, oraz Ali Osman Mohamed Taha, wiceprezydent Sudanu, na specjalnym spotkaniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w Nairobi zadeklarowali chęć zawarcia układu pokojowego. 9 stycznia 2005 r. w Nairobi Garang i Taha podpisali w imieniu SPLA i rządu centralnego całościowe porozumienie pokojowe (CPA). Układ ten wcielał Ludowy Ruch Wyzwolenia Sudanu (SPLM) z Południa do rządu narodowego i ustanawiał dla południowego Sudanu półautonomiczny rząd. Część porozumienia o podziale bogactw daje też Południu 50-procentowy udział we wszelkich dochodach uzyskiwanych z wierceń pól naftowych na terytorium Południa, gdzie położona jest większość zasobów naftowych Sudanu, porównywalnych ze złożami Arabii Saudyjskiej.

Dla chrześcijan tylko slumsy

Niestety, okazuje się, że podział ten jest de facto fikcją. Według relacji biskupów południowego Sudanu oraz gubernatora Yambio, nikt oficjalnie nie jest w stanie określić wielkości złóż ropy naftowej, a co za tym idzie, dochodów czerpanych z wierceń. W ten sposób prawdopodobnie tylko niewielka ich część trafia do mieszkańców Południa. Tymczasem w Chartumie na każdym kroku spotyka się potężne inwestycje budowlane. Miasto jest wielkim placem budowy, z nowoczesnymi, imponującymi budynkami i meczetami, centrami handlowymi urządzonymi na modłę zachodnią, z luksusowymi sklepami i restauracjami. Gdy realizowałam film o wojnie sudańskiej w 2001 r., widziałam zupełnie inne miasto. Wówczas przypominało ono zaniedbane, prowincjonalne miasteczko arabskie o niskiej zabudowie, bez dróg asfaltowych i wiaduktów nad Nilem. Nie było dużych sklepów ani restauracji, zakupy robiliśmy na lokalnym targowisku, żywili nas księża salezjanie. Pytanie, skąd w przeciągu tak krótkiego czasu tak wielki zastrzyk finansowy umożliwiający ogromny skok w dobrobyt? Odpowiedź nasuwa się sama.

Oczywiście, nie można nie wspomnieć wielotysięcznych przedmieść Chartumu, gdzie w nędzy, wśród cuchnących śmieci, otoczeni pustynią żyją czarni chrześcijanie – uchodźcy z Południa, ci, którzy przed 20 laty uciekli przed wojną, a teraz nie widzą możliwości powrotu bądź jej zwyczajnie nie mają. Są obywatelami drugiej kategorii, skazanymi na wegetację, bez prawa do normalnej pracy. Dzięki Kościołowi katolickiemu i jego programowi „Save the Savable” („Ratujmy tych, których można uratować”) wiele dzieci może korzystać z podstawowej edukacji. Jednak nauczanie to, mimo że prowadzone w szkołach katolickich, obwarowane jest islamskimi restrykcjami. Dziewczynki i nauczycielki muszą ubierać się na modłę muzułmańską. Wolno korzystać jedynie z podręczników w języku arabskim, z których dzieci i młodzież dowiadują się np., że największymi naukowcami na świecie w dziedzinie chemii czy fizyki byli i są Arabowie. Podręczniki milczą oczywiście na temat chrześcijańskiej historii Sudanu. Tymczasem pierwsi misjonarze przybywali tu z Dobrą Nowiną już na początku VI w. za panowania cesarza Justyniana. Miejscowa ludność chętnie i bez jakiegokolwiek przymusu przyjmowała nową wiarę. Zaledwie 100 lat później, w VII w., tereny te stanowiły silne i prężnie prosperujące państwo chrześcijańskie znane jako Królestwo Nubii. Niestety inwazja arabska, jak w wielu miejscach na świecie, dokonała spustoszenia. Wymordowano przedstawicieli Kościoła, ludność zmuszono do przyjęcia islamu, kościoły zamieniono w meczety. Obecnie dzieci i młodzież, nawet jeśli żyją w katolickich rodzinach, nie mają wielu możliwości poznania prawdziwej historii własnego kraju. Ponieważ są katolikami, nie mogą uzyskać stypendium czy dostać się na studia wyższe. Nawet gdy jakimś cudem uda się im skończyć jakąś uczelnię, nie znajdą pracy, a nawet o ile ją dostaną, otrzymają jedynie połowę honorarium pracującego na tym samym stanowisku muzułmanina. Chrześcijanie są obywatelami drugiej kategorii.

Kościół katolicki w Sudanie woła o pomoc do organizacji światowych, ale niestety – bezskutecznie. Świat zajmuje się Darfurem. Bo tam nie giną chrześcijanie. Dzisiaj niemodne jest ratowanie chrześcijan. Modne jest ratowanie ginących fok, niedźwiedzi czy bizonów. Kościół katolicki jest jedyną instytucją, która próbuje cokolwiek zrobić dla uchodźców z Południa, prowadząc pod bambusowym dachem edukację czy prowizoryczną przychodnię. Rząd natomiast nigdy niczego dla tych ludzi nie zrobił. Wręcz odwrotnie. Buldożerami niszczono ich nędzne, kartonowe chatki, obracano w ruinę sklecone z jakichś resztek kaplice. Rządowi zależy na zlikwidowaniu mieszkańców Południa, ale mając pod bokiem międzynarodowe organizacje i przedstawicieli obcych państw obecnych w Chartumie, boi się on to zrobić szybko i gwałtownie. Działa więc powoli i systematycznie.

„Radźcie sobie sami”

Podpisany pokój między Południem a Północą rozbudził wielkie nadzieje uchodźców i przyczynił się do częściowego opustoszenia gigantycznego obozu przesiedleńców. Nareszcie, po 20 latach można było wrócić na ziemię swych ojców i rozpocząć nowe, normalne życie. Wielu uchodźców opuściło Chartum i inne obozy w Ugandzie czy Kenii. Ci jednak, którzy pozostali w Chartumie, żyją tak, jak dotychczas – w ciągłym strachu przed islamizacją, broniąc swej wiary i korzeni, walcząc o przetrwanie.

Niestety, los tych, którzy podjęli próbę powrotu na Południe, jest równie nieszczęśliwy, jak tych, którzy pozostali w obozie. Teoretycznie nie grożą im już bombardowanie, ataki islamskiej armii, przymusowe przechodzenie na islam czy szyderstwa z ich wiary. Pełni nadziei zaczynają osiedlać się na ziemi, której wielu z nich tak naprawdę nie znało. Przybywają na tereny wypalone i zrujnowane długoletnią wojną. Na tereny, gdzie nie ma wody, ziemia od dawna nie była uprawiana, brak jakiejkolwiek infrastruktury i nieobecne są międzynarodowe organizacje. Wszystkie się wycofały po podpisaniu pokoju. Tymczasem ludzie, którzy przez 20 lat żyli w obozach dla uchodźców, nie znają normalnego życia. Nie wiedzą, do czego służy motyka czy ziarno. Nie wiedzą, jak i czym uprawiać ziemię. Nie mają nic własnego. Po przybyciu otrzymali jedynie pakiet na rozpoczęcie nowego życia: kilka plastikowych misek, dwa koce i worek ryżu. „Teraz radźcie sobie sami”. Są jak odcięte od korzeni rośliny, które pozbawione ziemi i wody niebawem uschną. W obozach dla uchodźców, choć życie przypominało wegetację, przynajmniej otrzymywali stałe racje żywnościowe, mieli studnię, w której nigdy nie zabrakło wody, była opieka medyczna, która co prawda mizerna, ale jednak była gwarantowana przez międzynarodowe siły ONZ. Teraz na ziemi odzyskanej nie ma nic. Trwają natomiast okrutne konflikty i panoszy się korupcja. Są choroby, które dziesiątkują ludzi, i brak nadziei, którą początkowo dawał podpisany pokój.

Tymczasem na Południu zbliża się termin referendum niepodległościowego, które ma zdecydować o ewentualnym oderwaniu się od Północy. 6 lat na przygotowanie referendum skurczyło się teraz do zaledwie 14 miesięcy. Wybory parlamentarne, które miały Południu dać szansę na dostrzeżenie, jak mógłby wyglądać demokratyczny i zjednoczony Sudan, były dwukrotnie przekładane; obecnie planowane są na kwiecień 2010 roku.

Wielu mieszkańców Południa nie jest w ogóle świadomych toczących się sporów i politycznych niebezpieczeństw, które zbliżają się wielkimi krokami. Aby referendum mogło się odbyć, konieczny jest spis ludności. Ten natomiast w warunkach obecnej infrastruktury i możliwości przemieszczania się, wydaje się mało prawdopodobny do zrealizowania. Drogi między wioskami są w wielu miejscach przez większą część roku nieprzejezdne z powodu ulewnych deszczy. Mieszkańcy Południa nie mają żadnych środków transportu, w najlepszym razie jakiś stary rower. W czasie ostatniej podróży do Sudanu zdarzyło mi się pokonać samochodem terenowym dystans 50 km w cztery godziny. A warto pamiętać, że Sudan jest największym krajem Afryki, 9 razy większym od Polski. Wioski są porozrzucane, dotarcie do wielu graniczy niemal z cudem. Południe to bezdroża, sawanna, bujna, gęsta roślinność. Dla przeciętnego mieszkańca jakiejś zagubionej wioski stawienie się w miejscu spisu ludności jest często niemożliwe. Podobnie niewykonalne będzie dotarcie na referendum w 2011 roku. No bo jak ma dojechać np. rodzina z sześciorgiem czy siedmiorgiem dzieci? Pokonać 40, 50 km na piechotę? W imię czego? Pomijając problemy natury logistycznej, świadomość wagi tego wydarzenia nie jest chyba powszechna wśród wielu mieszkańców Południa.

Fanatycy sieją śmierć

Przybyli z obozu uchodźcy są często szykanowani przez sąsiadów, którzy przetrwali wojnę na miejscu. Dochodzi do tego różnorodność języków i plemion – w południowym Sudanie jest ich ponad 200; zdarza się, że mieszkańcy sąsiadujących ze sobą wiosek nie rozumieją się nawzajem. Jakby tego było mało, rywalizują ze sobą i nierzadko dochodzi do ostrych starć podżeganych niejednokrotnie przez szpiegów z islamskiej Północy – wiadomo, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. W myśl tej zasady nasilają się ostatnio również ataki ze strony Armii Oporu Pana (Lord’s Resistance Army, LRA), fanatycznej armii rebeliantów z Ugandy. Jej założycielem i przywódcą jest Joseph Kony – ścigany przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości samozwańczy prorok, którego celem było pokonanie rządu Museveniego. Kony oświadczył, że zobaczył we śnie ducha, który nakazał mu zdobycie Ugandy i objęcie nad nią panowania. O okrucieństwach, których dopuszczają się żołnierze sekciarskiej Armii Oporu Pana, słyszałam już kilka lat temu. Do pierwszych ataków doszło pod koniec lat 80. Ofiarą padały uczennice. Dziewczynki były masowo gwałcone i wcielane do armii w wiadomych celach. Wkrótce Kony zaczął napadać na szkoły dla chłopców. Porywano ich i wcielano do armii. Według relacji osób, którym udało się zbiec, rebelianci składają ofiary z ludzi w trakcie rytuałów wyglądających jak czarne msze. Porwani chłopcy zmuszani są do ciężkich prac i okrutnych czynów wobec swoich rodzin i przyjaciół. Wielu się poddaje, chcąc zachować życie. Przed każdą kolejną akcją rebelianci zażywają narkotyki, które zresztą podaje się również porwanym dzieciom.

W 1990 r. islamski rząd fundamentalistyczny z Chartumu użył Armii Oporu Pana w walce z SPLA, która była wspierana przez rząd ugandyjski. Chartum dostarczał broni Armii Oporu Pana, wspierał ją finansowo i prowadził wspólne manewry obu armii oficjalnie do 2002.

Według ks. bp. Kussali, „nie sposób opisać działań Armii Oporu Pana, ponieważ język ludzki nie zna takich słów, które mogłyby opisać uczucia ludzi, którzy byli świadkami tego, co oni robią. Cisną się na usta: barbarzyństwo, satanizm, bestialskie zachowanie, gwałt, okrutne mordy, wszelkiego rodzaju zło”.

Ich celem jest sianie spustoszenia, paniki, zmuszanie ludności do ucieczki, zmniejszenie liczebności lokalnych wspólnot. Działają w małych grupach, są trudno uchwytni, prawie niemożliwe jest odparcie ich ataku. Przerażeni ludzie muszą szukać schronienia w większych miasteczkach. Dotyczy to również mieszkańców Konga i Republiki Centralnej Afryki, którzy chronią się na terenie diecezji ks. bp. Kussali. Obecnie przebywa tam ponad 200 tys. ludzi, głównie kobiet i dzieci, pozbawionych jakiejkolwiek pomocy humanitarnej, żywności i wody. Grozi im klęska głodu. Każda rodzina przeżyła także tragedię utraty bliskich. Porywane są dzieci i młodzież. „Obecność LRA w Ekwatorii Zachodniej jest wszechogarniającym – niczym pajęczyna – politycznym działaniem rządu Chartumu”, mówił ks. bp Kussala w czasie pobytu w Polsce we wrześniu 2009 roku. „Dziś islamski rząd Chartumu używa ich jako najemników do zwalczania chrześcijan. W naszym rejonie porwali ponad 7 tys. ludzi, a zabili 24 tysiące. Proszę sobie wyobrazić bojowników żyjących przez cztery lata w lesie. Skąd mają telefony komórkowe, radio, żywność, broń, amunicję, nowe mundury, wszelkiego rodzaju sprzęt? Wiemy na pewno, że stoi za nimi potężna siła pomagająca im popełniać zbrodnie. Kolejny powód, dla którego tak uważamy, to fakt, że południowy Sudan jest w trakcie przemian. W 2011 roku ludzie z Południa mają zadecydować w referendum, czy oddzielić się od Północy. Myślimy więc, że islamski rząd na Północy sponsoruje działania mające na celu destabilizację Południa”.

Dziesięć organizacji pozarządowych, zaangażowanych w pomoc mieszkańcom Sudanu, ostrzega, że kraj ten ponownie znalazł się u progu wojny domowej. W raporcie zatytułowanym „Ratujmy pokój w południowym Sudanie” przestrzegają, że z miesiąca na miesiąc narasta fala przemocy na Południu: w ubiegłym roku zabito co najmniej 2,5 tys. ludzi, a 350 tys. musiało uciekać, ratując życie.

Jak potoczą się losy Sudanu w czasie nadchodzących wyborów? Prognozy nie są dobre. Wydaje się, że bez pomocy z zewnątrz, bez wsparcia m.in. Kościoła katolickiego, który działa jako główna siła stabilizująca w konflikcie oraz jako jedyna organizacja wspomagająca miejscową ludność, perspektywa pokojowego rozstrzygnięcia napiętej sytuacji oddali się jeszcze bardziej.


Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska

Autorka jest realizatorem filmów dokumentalnych, fotoreporterem, od 12 lat dziennikarzem Catholic Radio&Television Network, współpracuje z międzynarodową organizacją katolicką „Pomoc Kościołowi w Potrzebie” (Kirche in Not) w Niemczech.

Kościołowi katolickiemu w Sudanie można pomóc, wpłacając ofiarę na konto wspólnoty Misjonarzy Afryki (Ojcowie Biali)

Nr konta bankowego:

68 2030 0045 1110 0000 0050 6870

z dopiskiem „Pomoc dla Sudanu”


drukuj