Grudzień ’70 – zbrodnia nieukarana
Przywykliśmy w ostatnich latach do pokazywania Grudnia ’70 przez dramatyczne obrazy pochodu ulicą Świętojańską z ciałem zabitego Zbyszka Godlewskiego, zwanego Jankiem Wiśniewskim. „Czarny czwartek”, 17 grudnia, w Gdyni najbardziej przemawia do naszej wrażliwości i wyobraźni. Sławomir Cenckiewicz w swoim najnowszym albumie „Gdański Grudzień ’70” proponuje nam powrót do Gdańska, gdzie wszystko się zaczęło i gdzie leży klucz do zrozumienia wszystkiego, także „czarnego czwartku”. Jesteśmy w Stoczni Gdańskiej i na ulicach miasta, pod palącym się gmachem znienawidzonego Komitetu Wojewódzkiego PZPR i pod gdańskim więzieniem, dokąd udali się demonstranci, by uwolnić aresztowanych uczestników protestu.
Sławomira Cenckiewicza znamy jako wnikliwego badacza archiwów bezpieki z ostatnich dekad PRL, co mu ciągle przysparza kłopotów, przykrości i wrogów. Było do przewidzenia, że któregoś dnia napisze o grudniu 1970 roku, bo przecież cała gdańska „opozycja demokratyczna” lat 70., której historię przebadał w archiwum, odnosiła się do Grudnia ’70 jako doświadczenia traumatycznego, zwłaszcza dla pokolenia ludzi urodzonych w latach 50. Wielokrotnie natykał się w archiwach na ślady zacierania przez bezpiekę „grudniowych taśm”, a z drugiej strony – na budowanie tożsamości powstających Wolnych Związków Zawodowych w perspektywie doświadczeń grudniowych. Największa manifestacja niepodległościowa w Gdańsku przed sierpniem 1980 r. odbyła się pod „ścianą płaczu”, czyli pod Bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej
16 grudnia 1979 roku. To był nie tylko wiec pamięci o poległych stoczniowcach. Dariusz Kobzdej pytał wtedy zgromadzonych, czy wiedzą, z jakiego pobojowiska podniesiono nieznanego żołnierza polskiego, a o. Bronisław Sroka SJ wygłosił płomienne przemówienie, które tajniak SB nazwie w swym raporcie „kazaniem”. Grudzień 1970 r. był już wówczas traktowany nie jako protest przeciwko podwyżce cen, lecz jako głos zniewolonego Narodu, marsz ku wolności.
Książka Sławomira Cenckiewicza o grudniu 1970 r. w Gdańsku zaskakuje swą formą. To nie jest, jak poprzednio, zbiór studiów i analiz opartych na dokumentach. W liczącym ponad 300 stron albumie autor tylko 22 strony poświęcił na „Wprowadzenie historyczne” – bez przypisów i bez dywagacji, które uwielbiają zawodowi historycy. To tekst napisany bardzo dobrą polszczyzną, wyważony, komunikatywny. Opowiada o genezie Grudnia ’70, o determinacji władzy co do użycia wszelkich, najbardziej brutalnych środków – jeszcze zanim się wszystko zaczęło – o „dynamice protestu” dzień po dniu, z podkreśleniem dramatycznych zwrotów akcji. Jest obraz zbrodni i są metody pacyfikacji. Jest wreszcie „bitwa o pamięć” – rozpoczęta 1 maja 1971 r., podczas oficjalnego pochodu, „zakłóconego” przez tych, co zamiast wyrażać radość z powodu kolejnych uchwał partyjnych „plenów”, domagają się tablicy pamiątkowej ku czci poległych.
Cenckiewicz sięga także po literaturę, cytując znany wiersz Czesława Miłosza o człowieku skrzywdzonym oraz anonimowe utwory z tego czasu: „Jadą wozy kolorowe” (parafraza „Gdy naród do boju”) i „Grudniową balladę” śpiewaną na melodię okupacyjnego „Dnia pierwszego września roku pamiętnego” („Piętnastego grudnia roku pamiętnego poszli ulicami miasta portowego robotnik stoczniowy z dokerem pod rękę, nie wiedząc, że własną krwią piszą piosenkę”…).
Nie ma w albumie najczęściej cytowanej podczas grudniowych wypominków „Ballady o Janku Wiśniewskim”, bo album koncentruje się na Gdańsku, a nie na Gdyni.
Rekonstrukcja
Niezależnie od starannie dobranych zdjęć i dokumentów pokazujących charakter dramatycznego powstania grudniowego i pobudzających naszą wyobraźnię Cenckiewicz proponuje swoją rekonstrukcję wydarzeń w Gdańsku i ich genezę. Polecam tę część szczególnie nauczycielom historii. To gotowy, starannie przemyślany konspekt lekcji o Grudniu ’70. „W 1968 r. mimo brutalnej pacyfikacji marcowego buntu […] Gomułka zdołał jeszcze utrzymać ster rządów. Jednak symptomów pogarszania się sytuacji gospodarczej i nadciągającego kryzysu nie były w stanie przesłonić ani sukcesy piłkarskie Górnika Zabrze […], ani też podpisany w grudniu 1970 r. układ o normalizacji stosunków pomiędzy PRL a RFN”. Autor podkreśla, że „komuniści brali pod uwagę możliwość wybuchu protestu społecznego [zanim on nastąpił]. W stan gotowości postawili wojsko, milicję oraz służby specjalne”. Przypomina rzadko przytaczany fakt: ówczesny minister obrony narodowej Wojciech Jaruzelski wydał 8 grudnia, a więc pięć dni przed ogłoszeniem podwyżki cen podstawowych artykułów spożywczych, rozkaz „w sprawie zasad współdziałania MON i MSW w zakresie zwalczania wrogiej działalności, ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz przygotowań obronnych”. Władza sowiecka w Polsce była gotowa na wszystko, a jedną z głównych ról w przygotowaniach odegrał obecny „bohater” telewizyjnych debat o niezbędności stanu wojennego – Jaruzelski. Zanim padły pierwsze słowa protestu, już 9 grudnia zarządzenie w sprawie „zapewnienia porządku i bezpieczeństwa publicznego” wydał też minister spraw wewnętrznych gen. Kazimierz Świtała. Jego zastępca gen. Tadeusz Pietrzak został szefem Centralnego Sztabu MSW, powołanego specjalnie na rozprawę z uczestnikami przewidywanego protestu! Kiedy piszę o tym człowieku, nie mogę się powstrzymać od przypomnienia jego sławetnych telekonferencji z komendantami wojewódzkimi MO. Podczas jednej z ostatnich, tuż przed świętami, podziwiał „poświęcenie” milicjantów i „bezpieczniaków” w tłumieniu protestów. Zdobył się też na szczególny żart. Powiadamiając o „zaskórniakach”, które funkcjonariusze otrzymają za to „poświęcenie”, radził, by je zatrzymali na „trudne kawalerskie chwile”. Krótko mówiąc, warto się porządnie napić po takiej „akcji”…

Pomnik Poległych Stoczniowców – Ofiar Grudnia ’70 w Gdańsku
Zbrodnia przewidywana
Zbrodnie na ulicach Gdańska, Gdyni, Elbląga czy Szczecina nie były reakcją na „agresję tłumu”. Były zaplanowanymi z góry aktami represji, jedynie nie przewidziano skali tego protestu. Do tych represji przygotowywano się także starannie w Gdańsku. 11 grudnia powołano sztab antykryzysowy (przed kryzysem!) złożony z dowódców milicji i bezpieki. „W nocy z niedzieli na poniedziałek 13-14 grudnia [gdy ogłaszano podwyżki] wzmocniono patrole MO na ulicach Gdańska […], na terenie Stoczni Gdańskiej utworzono dwa punkty obserwacyjno-meldunkowe”. Jednak na nic to się zdało, bo właśnie w stoczni, rankiem 14 grudnia, rozpoczął się na wydziale S-4 wiec protestacyjny. „To był znak, że właśnie rozpoczął się gdański Grudzień” – pisze Sławomir Cenckiewicz.
Tak jak w Gdyni zapamiętano na zawsze „czarny czwartek”, tak w Gdańsku największe wrażenie wywołała śmierć dwóch stoczniowców pod bramą nr 2. Szok, płacz i poczucie wielkiej krzywdy spowodował przede wszystkim fakt, że Jerzy Matelski i Stefan Mosiewicz zostali zamordowani strzałami na wprost przez strzelających do stoczniowców, wychodzących przez tę bramę, żołnierzy z Podoficerskiej Szkoły Obrony Terytorialnej i 55. Pułku Zmechanizowanego. Wojsko nie miało skrupułów, jego dowódcy wiedzieli już, z zarządzenia Jaruzelskiego o „zapewnieniu bezpieczeństwa”, że można bezkarnie strzelać. Opowieści, które krążyły anonimowo na początku roku 1971, o żołnierzach, co nie chcieli strzelać do stoczniowców i wkładali kwiaty do luf karabinów, były, niestety, wyrazem naszych pragnień, a nie opisem wydarzeń.
Pamięć
„Wiele trudności sprawiał bezpiece swoisty kult miejsca okolicy Bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej, przy której 16 grudnia zginęli ci dwaj stoczniowcy” – pisze Cenckiewicz. „SB alarmowała, że z muru przylegającego do Bramy nr 2 'stoczniowcy uczynili pewnego rodzaju sanktuarium’, gdzie się gromadzą z całymi rodzinami, modlą, składają wieńce i kwiaty”. Nie pomogły żadne zabiegi bezpieki, to miejsce pozostało „sanktuarium”. Tu odbywały się wiece w 1978 i 1979 roku. Tu stanął wyniosły Pomnik Poległych Stoczniowców poświęcony 16 grudnia 1980 r. w obecności dwustutysięcznej rzeszy z całej Polski. Tu modlił się samotnie, oddzielony kordonem esbeckim od tłumu wiernych, Sługa Boży Jan Paweł II. Tu przybywają do dziś tysiące pielgrzymów z całej Polski.
„Publikowane zdjęcia i dokumenty, które pierwotnie służyły represjom i upokorzeniu, stały się teraz świadectwem szlachetnej i godnej postawy. Gdańscy grudniowcy, aresztowani, bici i poniżani, pozostali wierni pamięci pomordowanych przez 'władzę ludową’. Dziś mogą z dumą spoglądać na dzieje, które przybliża album” – pisze na koniec Sławomir Cenckiewicz. I spoglądają. Na wyklejkach albumu znajdujemy 810 zdjęć „warchołów” – jak komunistyczna propaganda nazywała w tamtym czasie każdego uczestnika grudniowego powstania i każdego podejrzanego o udział. Wszyscy ci ludzie zostali aresztowani, wylegitymowani i sfotografowani. Kazano im trzymać przy tym kartkę z napisem „KW MO Gdańsk 1970 r. Nr…”. Tych kilkaset twarzy, głównie młodych ludzi, to zbiorowy portret gdańszczan roku 1970. Patrzą w obiektyw milicyjnego aparatu fotograficznego, ale mamy wrażenie, jakby nie uczestniczyli w tym poniżającym akcie „identyfikacji warchołów”. Te oczy patrzą na nas i przekazują nam przesłanie: „Pamiętajcie”. Przypominają także o potrzebie ukarania sprawców, póki żyją. To sprawa ładu moralnego, bez którego więzi takiej wspólnoty, jaką jest naród, nigdy nie będą mocne. Autorowi albumu i jego współpracownikom dziękujemy za pracę w służbie zbiorowej pamięci.
W poczuciu ładu
Kiedy przygotowywałem ten tekst, w Programie 2 TVP występował Wojciech Jaruzelski. Opowiadał, jakim dobrodziejstwem dla Polski był stan wojenny i jak bardzo szanuje „Solidarność” (którą?!). Widzowie głosowali: za lub przeciw. Argumenty ministra obrony narodowej z roku 1970 poparło 86 procent… Pomyślałem w tym momencie: dobrze, że nie widzi już tego Klemens Piernicki, ojciec zamordowanego 17 grudnia w Gdyni Ludwika Piernickiego. To był bardzo łagodny, dobry człowiek. Jakiekolwiek uczucia zemsty były mu obce. Ale on też chciał mieć to poczucie moralnego ładu. Chciał, by śmierć syna – chowanego nocą, cichaczem na gdańskim Srebrzysku, w asyście zbirów z SB, bolesna i upokarzająca dla rodziców – nabrała innego sensu, poprzez głośne odczytanie wyroku, w sali z godłem narodowym – mówiącego o tym, co było kłamstwem, a co prawdą, kto był bohaterem, a kto zdrajcą – tak jak marzy dziś również autor naszego albumu. A potem niech zdrajca idzie do domu, bo więzienia i tak są przepełnione, a on podobno chory, dlatego nie może stawać przed sądem. Co innego przed kamerą telewizji publicznej. Tu się czuje bardzo dobrze…
Grudzień to nieukarana zbrodnia. Album Sławomira Cenckiewicza jeszcze raz nam o tym przypomniał.
Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
Sławomir Cenckiewicz, Gdański Grudzień ’70. Rekonstrukcja – dokumentacja – walka z pamięcią. Wyd. IPN, Gdańsk – Warszawa 2009.
