Przyjaciel Polski i Polaków

Z dr. Dominikiem Le Houézekiem, francuskim pediatrą, rozmawia Franciszek L. Ćwik



W 1991 r. był Pan inicjatorem francuskiej pomocy dla Polski. Co sprawiło, że podjął Pan tę akcję?

– Po części sprawił to przypadek. W grudniu 1982 r. przybyło do Caen w Normandii kilka polskich rodzin, uchodźców politycznych, działaczy NSZZ „Solidarność”. Miałem szczęście ich poznać, lecząc ich dzieci. Wtedy jeszcze byłem zaangażowany w pomoc kambodżańskim dzieciom i uchodźcom w Tajlandii. Chciałem po prostu nieść pomoc ludziom, którzy jej potrzebowali. Stąd zrodziła się wspólna inicjatywa, wraz z członkami stowarzyszenia „Solidarność-France”, by zorganizować akcję pomocy dla Polski.

Dlaczego akurat dla Polski? Wówczas wiele krajów byłego bloku komunistycznego potrzebowało pomocy?

– W latach 80. i 90. zawiązała się we Francji spontaniczna solidarność z narodem polskim. Nasza akcja wpisuje się w ten właśnie nurt.

Czym tłumaczy Pan zjawisko owej solidarności?

– Wypływała ona z wielowiekowej historii stosunków polsko-francuskich. Często walczyliśmy ramię w ramię, nigdy przeciwko sobie. Warto przypomnieć choćby czasy napoleońskie. Powie pan zapewne, że nie pomogliśmy wam w 1939 r., ale my wtedy nie mogliśmy pomóc nawet sami sobie. My tę wojnę przegraliśmy. Nie przesadzę chyba, jeżeli powiem, że w świadomości przeciętnego Francuza Polska jest krajem zaprzyjaźnionym. Pan przecież wybrał Francję na kraj osiedlenia.

Oczywiście, ma Pan rację. Czy śledzi Pan to, co współcześnie dzieje się w Polsce?

– Tak jak chyba większość Francuzów zawsze interesowałem się tym, co się w Polsce dzieje. Po przemianach politycznych w 1989 r. wasz kraj wkroczył na ścieżkę demokracji, ale po komunizmie odziedziczyliście przecież kraj zrujnowany. Brakowało wielu rzeczy, w tym lekarstw. Stąd pomysł zorganizowania wysyłki leków i sprzętu medycznego dla szpitala w Zamościu.

W jaki sposób udało się się Panu to zorganizować?

– Na nasz apel bardzo szybko odpowiedziały szpitale: uniwersytecki w Caen, w Vire i Flers, klinki: Pasteur i Saint Martin, oraz firmy farmaceutyczne.

Trzeba było jeszcze zapewnić transport…

– Uważam to przedsięwzięcie za akcję francusko-polską, ponieważ nasi polscy przyjaciele bardzo się w nią zaangażowali, głównie dr Ryszard Piasecki i Marek Splewiński, który właśnie zorganizował transport. W marcu 1991 r. polska ciężarówka wyjechała z Francji załadowana środkami pierwszej pomocy, antybiotykami, łóżeczkami dla niemowląt.

Szerokim echem we francuskiej prasie odbiła się zorganizowana przez Pana akcja pomocy polskim rodzinom…

– Wystąpiłem z apelem do mieszkańców Caen, by zechcieli objąć opieką polskie rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej. Zgłosiło się wtedy 20 osób. I znowu przydał się kontakt z Polakami, z „Solidarnością” w Polsce. Otrzymałem przy ich pomocy adresy rodzin ze Śląska i Zamojszczyzny. Najpierw nawiązaliśmy kontakt listowny, później systematycznie wysyłaliśmy paczki, pieniądze i lekarstwa. Przesyłki odbywały się systematycznie, wszystkie o wartości 150 franków, czyli 30 tys. zł, co w tamtych czasach stanowiło ok. 50 proc. podstawowej polskiej pensji. Akcja trwała przez kilka lat. Osobiście pomagałem rodzinie Państwa Krzysiaków z Gliwic. W ten sposób zawiązało się wiele przyjaźni między Polakami a mieszkańcami Normandii.

Polska jest obecnie członkiem Unii Europejskiej. Czy Pana zdaniem Unia może stanowić panaceum na nasze trudności polityczne i ekonomiczne?

– Moim zdaniem, istnieją zbyt duże różnice interesów między poszczególnymi krajami i grupami państw Unii Europejskiej. Dlatego też koncepcja wielkiego państwa europejskiego pozostaje pod dużym znakiem zapytania.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj