Zakotwiczeni w Bożym Miłosierdziu
Kazanie odpustowe Biskupa Polowego WP wygłoszone w kościele św. Jadwigi Królowej z okazji 50. rocznicy wcielenia alumnów do wojska
Wspominamy dziś w Kościele Matkę Bożą Ostrobramską – Matkę Miłosierdzia. Zarówno cudowny obraz, jak i kaplica, w której się mieści, oraz sama Ostra Brama mają bogatą historię, ściśle wiążącą się z historią rozbudowy Wilna. Na przełomie XV-XVI w. postanowiono otoczyć je murem obronnym. Powstało dziewięć bram miejskich, z których jedna (jedyna zachowana do naszych czasów) nosiła nazwę Miednickiej, inaczej Krewskiej. Nieco później przyjęła się inna nazwa bramy – Ostra. Zgodnie z tradycją na bramach obronnych zawieszano święte obrazy. Ostra Brama po obu jej stronach również miała własne obrazy, które po pewnym czasie uległy zniszczeniu. Jednym z tych obrazów był wizerunek Matki Bożej. Z czasem miejsce to stało się miejscem modlitwy do Maryi. Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy jest ogromny i niezrównany w swej sile. Sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów miasta. Jednakże wyraźne jego wzmożenie nastąpiło w I połowie XVIII w. Szczególny rozwój czci do Matki Miłosierdzia nastąpił po rozbiorach Polski. W 1993 roku modlił się w kaplicy w Ostrej Bramie Jan Paweł II. Ofiarował wtedy Matce Bożej Miłosierdzia złotą różę. Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej jest ciągle żywy i obecny nie tylko na terenie Litwy, ale także w sąsiednich krajach. W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską.
Oryginalny obraz jest namalowany temperą na ośmiu dębowych deskach, jest więc duży. W późniejszych latach obraz został przemalowany farbą olejną; zmieniono także wizerunek Matki Bożej (zamalowano m.in. pukiel włosów wymykający się spod chusty i skrócono palce dłoni). Nie znamy twórcy obrazu. Namalowano go prawdopodobnie w I poł. XVII wieku na wzór obrazu Martina de Vosa – flamandzkiego artysty. Dzisiaj odrzuca się całkowicie wersję o wschodnim pochodzeniu obrazu, który miał przywieźć z wyprawy książę litewski Olgierd w XIV wieku, jak też i to, że Matka Boża ma twarz Barbary Radziwiłłówny.
Głowę Matki Bożej zdobią dwie korony. Pierwsza pochodzi z końca XVII wieku, w XIX wieku ozdobiona została klejnotami ofiarowanymi jako wota. Druga korona, z połowy XVIII wieku, podtrzymywana jest przez dwa aniołki i ozdobiona sztucznymi kamieniami. 2 lipca 1927 roku odbyła się uroczysta koronacja obrazu złotymi koronami. Dokonał jej arcybiskup metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego.
Obraz przedstawia pochyloną Madonnę bez Dzieciątka. Głowę otoczoną promienną aureolą Maryja lekko pochyla w lewo, smukłą szyję zdobi szal. Jej twarz jest pociągła, półprzymknięte oczy dodają jej powagi; ręce trzyma skrzyżowane na piersiach.
Ostra Brama wiąże się również w istotny sposób z kultem Miłosierdzia Bożego. Obraz Miłosierdzia Bożego został namalowany w Wilnie i wystawiony publicznie właśnie w Ostrej Bramie (26-28 kwietnia 1935 r.). Tu też św. Faustyna miała wizję triumfu obrazu Miłosierdzia Bożego.
W okresach komunistycznych prześladowań w ręce Królowej Ostrobramskiej oddawał losy narodu polskiego i ludów pobratymczych Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński.
Bardzo silne są też związki Jana Pawła II z Ostrą Bramą: „W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy” (6 września 1993 r.);"Niedługo po tym, jak niezbadanym wyrokiem Bożym zostałem wybrany na Stolicę Piotrową, udałem się do litewskiej kaplicy Matki Miłosierdzia w podziemiach Bazyliki Watykańskiej. I tam, u stóp Najświętszej Dziewicy, modliłem się za was wszystkich”(8 września 1993 r.).
Opiece Matki Miłosierdzia Jan Paweł II przypisuje uratowanie z zamachu z 13 maja 1981 r.: „Kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie!(…)Jak mnie(…)do zdrowia powróciłaś cudem!”. Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał…” (13 maja 1994 r.).
Jedną z form walki państwa komunistycznego z Kościołem i religią, zresztą mało skuteczną, była zasadnicza służba wojskowa kleryków, wprowadzona pod koniec lat 50. Pierwszy pobór odbył się w 1959 roku, a potem odbywał się co dwa lata, aż do kwietnia roku 1980. Dowódcy jednostek kleryckich otrzymali od gen. W. Jaruzelskiego instrukcję, która brzmiała: „Należy wpajać im dogłębne przekonanie o aspołecznym charakterze zawodu księdza, rozbudzając wiarę w idee socjalizmu i osiągnięcia Polski Ludowej” (M. Dereń, Zniszczyć Kościół, „Nasz Dziennik”, nr 273 (1466), 2002). W wojsku seminarzysta podlegał specjalnej antyreligijnej „obróbce”, której celem była jego rezygnacja ze studiów w seminarium. W tym samym czasie przy wyższych uczelniach funkcjonowało tzw. Studium Wojskowe, którego zajęcia odbywały się w ramach programu danego roku studiów i które kończyło się obozem wojskowym i zdobyciem stopnia podoficerskiego. Wobec kleryków postępowano inaczej.
Dziś jako kapłani „rezerwiści” spotykacie się co 2 lata. Wszyscy pochodzicie z południowej Polski i wszyscy zostali wcieleni do 5. Mazurskiej Brygady Saperów z siedzibą w Szczecinie-Podjuchach. W „kamaszach” spędziliście dwa lata. Przez ten czas oficerowie polityczni za wszelką cenę próbowali odwieść was kleryków od powołania. W jednostce razem z wami był tzw. „element” np. mieszkańcy niecieszącej się dobrą sławą łódzkiej dzielnicy Bałuty. Dodatkowo kadra oficerska celowo zapominała, że ma do czynienia z przyszłymi kapłanami i tak np. przed świętami Bożego Narodzenia życzono wam „udanych dni wolnych od zajęć”, a Mszę św. dowódca nazywał „imprezą spowiedzi ikomunii". Jako alumni żołnierze byliście pod specjalnym nadzorem ówczesnego Zarządu Politycznego Ludowego Wojska Polskiego. To było ciężkie doświadczenie, ale jeszcze bardziej wzmocniło się wasze powołanie. Polityczne wykłady i praca trwała czasami nawet kilkanaście godzin dziennie. Co tydzień był egzamin z polityki, który trzeba było zdać przynajmniej na dostateczny.
Służba wojskowa była dla wielu spośród was prawdziwą szkołą charakteru. To przykre doświadczenie po latach zmienia się dzisiaj nieraz w miłe wspomnienia.
50 lat temu powołano was do wojska jako alumnów. Koledzy z innych uczelni mogli sobie spokojnie studiować, Ojczyzna nie potrzebowała przecież obrony. […] Na drogę wojskowej służby ks. bp Czesław Kaczmarek wręczył każdemu krzyż: Niech będzie obroną przed szykanami i ośmieszaniem. Krzyż dodawał sił, krzyż był azymutem i przewodnikiem. Powróciliście do seminarium bogatsi o doświadczenie mocy, mocy Jezusowego krzyża.
To już 58 lat minęło od wyroku komunistów, którzy skazali biskupa Kaczmarka na kilkanaście lat więzienia. Przeciętny Kielczanin nie zna historii tego męczeństwa fizycznego i duchowego. Imperium zła zatrzymało w drodze pasterskiej biskupa Czesława. Obwołali go zdrajcą Ojczyzny i pozbawili wolności. Pozbawili go dobrego imienia, w czym brali udział także ówcześni judasze z szeregu duchowieństwa.
Historia Kościoła w Polsce nie zna bardziej tragicznej postaci nad biskupa Czesława Kaczmarka. Mówiąc nad trumną kapłana-męczennika o tragizmie jego losów, ksiądz biskup Ignacy Świrski miał na uwadze zmagania biskupa kieleckiego z okupantem hitlerowskim, jego walkę o godność i honor miasta Kielc, gdy przygotował i przekazał do wolnego świata raport o tym, co działo się w mieście 4 lipca 1946 roku; jego absolutną izolację więzienną od 20 stycznia 1951 roku aż do wrześniowego procesu roku 1953 – czasu, w którym zaburzono jego osobowość, wszelkimi sposobami niszczono go fizycznie i psychicznie aż do haniebnego procesu; brutalnego medialnego i administracyjnego wyrzucania go z Kielc w latach 1959-1963; plugawienia publicznego przez apostatę i współpracownika SB ks. Leonarda Świderskiego.
I dalej kaznodzieja wyjaśnił, skąd ten tragizm płynął, jakie były jego źródła: „Tragizm śp. Biskupa Kaczmarka, jak zresztą wielu innych księży, polegał na tym, że chcąc pracować w dziedzinie społecznej i kulturalnej, musiał zetknąć się z polityką i zająć w stosunku do niej wyraźne oblicze. Dlaczego? Otóż dlatego, że w wieku XIX i XX polityka wzięła niejako w monopol swój wszystko: i młodzież, i robotnika, i chłopa, i całą akcję społeczną, i powiedziała, że do tych dziedzin wstęp księżom wzbroniony. Młody i zapalony działacz społeczny nie mógł się z tym zgodzić i musiał energicznie temu się przeciwstawić. Ani młodzieży, ani szerokich mas nie mógł zostawić politykom, szczególnie tym politykom, którzy wołali: precz z Bogiem i precz z Kościołem”.
Funkcjonariusze UB wyprowadzili biskupa kieleckiego ks. Czesława Kaczmarka z jego domu po zmroku, 21 stycznia 1951 r. Przez ponad dwa i pół roku Episkopat Polski ani kuria kielecka nie wiedzieli, co się z nim dzieje.
Oślepiając ks. biskupa Czesława Kaczmarka skierowaną prosto w oczy żarówką, przesłuchiwali go po 30-40 godzin kolejni, zmieniający się ubecy.
Wyczerpany brakiem snu i pożywienia, bez możliwości korzystania z toalety, ks. biskup Czesław przestawał panować nad odruchami fizjologicznymi. Drwiono wtedy z niego: „Ekscelencja nie potrafi się zachować„, i karano karcerem.
Podczas zimy przetrzymywano ordynariusza kieleckiego w samej koszuli, przy otwartym oknie. Wycieńczony organizm z trudem walczył ze skutkami wielostopniowych mrozów.
Było i tak, że zanurzony po szyję w ekskrementach musiał odpowiadać na pytania śledczych. Później napisał: „…cierpiałem głód, wyniszczający tak dalece, iż zachorowałem na szkorbut, utraciłem 19 zębów w więzieniu i doznałem ogólnego rozstroju całego organizmu tak, iż byłem bliski śmierci”.
Trwające 2 lata i 8 miesięcy śledztwo nie było tylko brutalnym wydobywaniem informacji, ale metodycznie przygotowanym okrucieństwem, do którego wprzęgnięto także osiągnięcia nauk medycznych, zwłaszcza patofizjologii układu nerwowego. Więźnia doprowadzano do stanu przedagonalnego, w którym przestawał kontrolować siebie.
Jak pisze ks. prof. Jan Śledzianowski, powołując się na dr. Williama Sargenta, NKWD i UB wykorzystywały badania rosyjskiego uczonego Pawłowa. Przesłuchujący wywoływali u więźnia stan napięcia, który nieustannie przedłużali. Powodowało to zmęczenie mózgu i układu nerwowego. Księdza biskupa Czesława w czasie długotrwałego śledztwa ciągle straszono śmiercią i wmawiano mu, że stawiany przez niego upór szkodzi jego współpracownikom.
Długotrwałe nocne przesłuchania doprowadzały więźnia do przemęczenia i osłabienia zdolności oceny rzeczywistości. Po dwóch, trzech nocach słabł wzrok i słuch, a po czterech pojawiały się halucynacje.
Ważnym elementem „prania mózgu” było pozbawienie aresztowanego oparcia w jego dotychczasowym środowisku. Czyniono to przez kompletną izolację ks. bp. Kaczmarka od bliskich i znajomych. Jak wspomina jego kierowca pan Leon Dziedzic, już samo aresztowanie i rewizja trwające 10 godzin były czasem całkowitej separacji. Nie pozwolono ordynariuszowi kieleckiemu na żadne kontakty. Nie mógł nawet pożegnać się z mieszkającą z nim matką. W czasie pobytu w więzieniu mokotowskim w Warszawie nie wyrażano zgody na widzenia, otrzymywanie listów ani paczek. Aby pogłębić poczucie osamotnienia, wmawiano ks. biskupowi, że wszyscy się go wyrzekli – „brzydzą się wami jako zdrajcą”.
O śmierci matki, która po aresztowaniu syna dostała ataku serca, dowiedział się ks. biskup Kaczmarek dopiero po 17 miesiącach.
Wyczerpany fizycznie i psychicznie więzień był podatny na wszelkie sugestie. Na tym etapie zobojętnienia i niezdolności odróżnienia tego, co ważne, od tego, co mało istotne, do oskarżonego posłano adwokata Józefa Maślanko, który nakłaniał go do przyznania się „do winy”. Obrońca nalegał: „Tu trzeba głowę ratować!”, „Ma ksiądz biskup do wyboru: śmierć lub przyznanie się do tego, czego żądają w śledztwie”.
Duchownemu aplikowano zastrzyki, które wprowadzały go w obłęd i bezmyślność. „Nie byłem zdolny do myślenia. Co chcieli, robili ze mną” – wyznał potem.
Sami więźniowie nazywali mokotowskie więzienie „pałacem cudów". W nim to bezwzględni funkcjonariusze UB, instruowani i nadzorowani przez swoich kolegów z ZSRS: Skulbaszewskiego i Wozniesienskiego, łamali psychikę i wolę najbardziej niezłomnych.
Sprawdzało się znane skądinąd powiedzenie sowieckich sędziów śledczych: „dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”.
Tuż po skazaniu biskupa Czesława na 12 lat więzienia brutalnie zaatakował ordynariusza kieleckiego Tadeusz Mazowiecki. W artykule „Wnioski” na łamach „WTK” zarzucił mu „błędną postawę polityczną” i „uwikłanie się we współpracę z ośrodkami wywiadu amerykańskiego, które pragnęłyby posługiwać się przedstawicielami duchowieństwa jako narzędziem realizacji swych wrogich Polsce czynów". Mazowiecki wygrażał: „Nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej, i kierowały w tej działalności jego postawą". Dopiero po latach w 1990 roku wyraził publicznie ubolewanie, że napisał taki artykuł.
Obydwa programy Polskiego Radia poświęciły nie godziny, ale tygodnie czasu antenowego, aby przedstawić ordynariusza kieleckiego jako wyjątkowo czarny charakter. W Polskiej Kronice Filmowej pokazywano go w biskupim stroju i z napisem: „Na usługach wroga”. W zakładach pracy organizowano wiece potępiające szpiegowsko-faszystowską działalność księdza biskupa Kaczmarka przygotowującego ze swoim „antypaństwowym i antyludowym” ośrodkiem „nową wojnę". W podziemiach katedry kieleckiej poszukiwano broni i radiostacji, uszkadzając przy tym płytę grobowca. Przeprowadzano rewizje w wieży katedralnej, zakrystii i w seminarium. Aresztowano 20 księży z diecezji kieleckiej, oskarżając ich m.in. o współudział w dążeniu do obalenia przemocą ustroju oraz o szpiegostwo.
Sfingowany proces polityczny podzielił Polaków. Byli tacy, którzy uważali, że na sali sądowej zeznaje ktoś podstawiony. W umysłach innych propaganda osiągnęła zamierzony cel. Patrzyli na ks. biskupa Czesława Kaczmarka jak na zdrajcę i przestępcę. Sam biskup miał się wkrótce o tym przekonać.
Aresztowanie i proces ordynariusza kieleckiego były jedynie prologiem szeroko zakrojonej kampanii komunistycznego rządu skierowanej przeciwko Kościołowi w Polsce, a w szczególności przeciwko jego Episkopatowi. W tym samym czasie podobne akcje UB przeprowadziło w diecezjach: katowickiej i krakowskiej. Zaledwie trzy dni po ogłoszeniu wyroku na pasterza Kościoła kieleckiego aresztowano Prymasa Polski ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Ogłoszona w maju 1956 roku amnestia więźniów politycznych objęła również ks. biskupa Czesława Kaczmarka. Nie odzyskał on jednak wolności. Tego samego dnia został internowany w klasztorze w Rywałdzie, tym samym, w którym początkowo osadzono księdza Prymasa Wyszyńskiego. Przebywając tam, ordynariusz kielecki napisał wniosek do Naczelnej Prokuratury Wojskowej o wznowienie postępowania. Dopiero po pół roku, 20 grudnia, rozpoczęto przewód, w wyniku którego Naczelny Sąd Wojskowy uchylił poprzedni wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia w sądzie I instancji. Prokuratura wojskowa, której przekazano akt oskarżenia „w celu uzupełnienia śledztwa", umorzyła postępowanie „z braku dostatecznych dowodówwiny". Ksiądz biskup Czesław odzyskał wreszcie wolność.
Proces rehabilitacyjny nie wymazał jednak ze świadomości wielu Polaków tak silnie ugruntowanego przez propagandę wizerunku biskupa Kaczmarka jako zdrajcy Narodu.
Wyczerpanie fizyczne i psychiczne całego organizmu podczas wieloletniego śledztwa i więzienia nie pozostało bez wpływu na zdrowie ks. biskupa Czesława. Zachorował na dusznicę bolesną (angina pectoris), objawiającą się napadowymi bólami zamostkowymi, którym czasem towarzyszy uczucie zbliżającej się śmierci. Po kilku latach od uwolnienia, z powodu ciągle pogarszającego się zdrowia, wyjechał do Nałęczowa. Tam czuł się coraz gorzej. Dolegliwości sercowe zaczęły się nasilać. Z silnymi bólami przewieziono chorego do szpitala w Lublinie, gdzie stwierdzono zawał serca. Personel szpitalny przyjął księdza biskupa z dystansem, wręcz oschle. W pierwszych dniach pobytu w kontaktach z lekarzami, pielęgniarkami, a także z chorymi, kapłan wyczuwał nieufność. W świadomości tych ludzi tkwiły jeszcze oszczerstwa utrwalone przez lata akcji propagandowej. Dopiero wielodniowy bliższy kontakt i poznanie ordynariusza kieleckiego jako człowieka bezpośredniego, pogodnego mimo cierpienia, życzliwego i przy tym mądrego, pozwoliły na diametralną zmianę nastawienia. Przy jego łóżku zaczęli gromadzić się chorzy, aby modlić się wspólnie. Służba zdrowia, próbując nadrobić początkową niechęć, troskliwie się nim zajęła.
Ordynariusz kielecki nie zdołał już powrócić do zdrowia. Nastąpiły kolejne zawały serca. Przykuty do szpitalnego łóżka cierpiał bardzo. Łapiąc z trudem oddech, powiedział kiedyś: „Nigdy nie byłem przy ciężko chorym ani konającym i nie wiedziałem, że może być takie cierpienie”. Do biskupa siedleckiego napisał: „Za ucisk, za krzyże, za doświadczenia, za fizyczny i moralny ból, za wszystkie pioruny i błyskawice, za wszystkie ciosy we mnie godzące – niech będzie uwielbiony Chrystus, Król nieba iziemi". Całkowicie świadomy swojego stanu odszedł 26 VIII 1963 roku.
W swoim testamencie biskup Czesław tak napisał: „Moim wrogom, którzy niesłusznie przydali mi tyle krzyża i cierpień, mimo wszystko przebaczam, starając się naśladować Chrystusa Miłosiernego, i dziękuję im za daną mi okazję przejścia przez próbę i czyściec naziemi".
Przeprowadził dzielny biskup Czesław Kościół kielecki przez okres wojny i okres wojującego komunizmu, przez okres bezprawia i totalnej służalczości ideologii Wschodu. Był wyrazisty. Nie bał się Niemców, nie bał się komunistów. Był wkorzeniony w Kościół. Wiedział, że wybrał drogę słuszną i jedyną. Wszelki kompromis w jego przypadku byłby zdradą. Dla pamiętających go księży pozostaje wzorem pasterza i przewodnika.
Daj, Panie, by na fundamencie męczeństwa i cierpienia biskupa Czesława wzrastali nieustraszeni duszpasterze zakotwiczeni w Bożym Miłosierdziu.
Amen.
Biskup Polowy Wojska Polskiego
Kielce, 16 listopada 2009 roku
