Mój powrót po latach na szlak tułaczy

W przeszłości często wracałam myślą do Kazachstanu. W głębi serca ożywało pragnienie, aby jeszcze raz, już w innych okolicznościach, stanąć na tamtej ziemi. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że kiedyś nadejdzie spełnienie. I nadeszło.

Do Kazachstanu pojechaliśmy w pięć osób na zaproszenie sióstr karmelitanek, a wśród nich zaprzyjaźnionej z nami matki Joanny z Oziornoje. W czasie podróży czułam wielkie napięcie wewnętrzne, bo moje przeżycia miały dwa nurty: jeden – aktualnie doświadczanej rzeczywistości, i drugi – wspomnieniowy, który nie opuszczał mnie ani na chwilę i często był silniejszy niż inne odczucia.

Szklane domy i lepianki

Pielgrzymowanie rozpoczęliśmy w szczególnym dniu – 29 czerwca, w święto Apostołów Piotra i Pawła, od stolicy Kazachstanu – Astany. Na lotnisku czekał na nas ks. Andrzej Marmurowicz, kanclerz Kurii Metropolitalnej.

Astana to nowoczesne miasto, które powstało zaledwie w ciągu kilku lat. Wszędzie widać rozmach: nowoczesne „szklane domy”, imponujący pałac prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, piękne parki (w ich zakładaniu brali udział również polscy specjaliści), bajkowa wieża widokowa, centra kultury, obiekty sportowe… Czy taki jest naprawdę cały Kazachstan?! W dalszej wędrówce zobaczyliśmy kraj prawdziwy – pełen kontrastów, obok bogactwa – ubóstwo, obok okazałych domów – lepianki i biedę. Kraj dźwiga się po niewoli komunistycznej trwającej ponad 70 lat. Dopiero w grudniu 1991 roku Kazachstan odzyskał niepodległość.

Katedra katolicka w stylu neogotyckim wydaje się skromna na tle nowoczesnej Astany. – Przed laty w tym miejscu było wysypisko śmieci – informuje nas ks. Andrzej – a dziś to prawie centrum miasta.

Wszędzie, gdzie byliśmy na naszych pielgrzymich ścieżkach, w Astanie, w Oziornoje, Karagandzie i Dżambule, doświadczaliśmy niezwykłej życzliwości i gościnności sióstr karmelitanek i księży. Podobnie z otwartym sercem przyjął nas ks. abp Tomasz Peta, metropolita w Astanie. Opatrzność Boża tak dziwnie pokierowała jego życiem, że przyjechał do Kazachstanu w 1990 roku, słysząc „wołające głosy Polaków o kapłana”. Rozpoczął pracę jako proboszcz w Oziornoje i wiele tam dokonał. Sakrę biskupią otrzymał w Rzymie, a następnie został powołany na metropolitę Astany.

Pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II bardzo wzmocniła Kościół w Kazachstanie. Państwo obszarowo równe niemal całej Europie zamieszkuje społeczność wielonarodowościowa licząca 15 milionów – katolicy stanowią w niej mały odsetek sięgający 360 tysięcy wiernych. W całym Kazachstanie pracuje 80 kapłanów i 100 sióstr zakonnych dwudziestu różnych narodowości. Wszyscy spalają się w tej służbie i owoce ich wysiłków są widoczne.

Ojciec Święty powiedział w Astanie do duchowieństwa: „Kościół katolicki (…) wzrasta na krwi męczenników, którzy oddali życie za wiarę (…) Bóg słyszał krzyk tych męczenników, których krew omywała dusze”. Tutejszy Kościół można porównać do społeczności z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Jego siłę stanowią małe wspólnoty ludzi świeckich, ich zaangażowanie i gorliwość sprawiają, że Kościół jest żywy.

Różańcowy cud w Oziornoje

W Astanie byliśmy krótko. Już następnego dnia wyruszyliśmy do Oziornoje w północnym Kazachstanie.

W miarę pokonywania kilometrów zmieniał się krajobraz. W Kellerowce skończyła się droga asfaltowa, wjechaliśmy na stepową. Wokół otaczała nas równina. Po przebyciu 30 km zobaczyliśmy na horyzoncie osadę

– Oziornoje. Dominowały wieże sanktuarium Królowej Pokoju, widoczne były również wieżyczki kościołów Benedyktynów i Karmelitanek.

Oziornoje to mała osada zamieszkała głównie przez Polaków deportowanych w 1936 roku z tej części Podola, którą po rewolucji w 1917 roku zagarnął ZSRS. O tych dramatycznych wydarzeniach opowiedziała nam jedna z zesłanek – 89-letnia „ciocia” Hania, która miała wtedy 16 lat. Pociągami deportowano całe rodziny, następnie ciężarówkami przewieziono je w głąb stepu z zakazem przemieszczania się. Taki los spotkał grupę 1500 Polaków. W stepie zesłańcy wydrążyli ziemianki, aby przetrwać ostry klimat. Potem budowali lepianki z samanu (glina zmieszana ze słomą). Najtrudniejszym czasem okazała się wojna niemiecko-sowiecka w 1941 roku. Zima była wyjątkowo mroźna, spadł obfity śnieg. Wypracowane zapasy żywności zabrano dla wojska na front. Zapanował wielki głód. Polacy ufnie i gorąco modlili się do Matki Bożej na różańcu, prosząc o ratunek. „Ciocia” Hania podkreśla, że dzień 25 marca – uroczystość Zwiastowania NMP – zapisał się głęboko w pamięci mieszkańców Oziornoje: nastała wczesna wiosna i zaczął raptownie topnieć śnieg. Zamarznięta ziemia nie mogła wchłonąć wody, która spłynęła do zagłębienia w terenie, tak powstało jezioro o długości 5 km i 7 metrów głębokości. Wypełniło się ogromną ilością ryb, które w latach głodu stały się ratunkiem dla zesłańców. Wszyscy uznali, że była to wyjątkowa łaska wymodlona na różańcu.

Pojechaliśmy nad to jezioro, którego powierzchnia bardzo się zmniejszyła. W 1997 roku jako wotum za ocalenie od głodu wzniesiono na wysokiej kolumnie figurę Matki Bożej trzymającej w jednej ręce różaniec, a w drugiej sieć pełną ryb.

Niezapomniane wrażenie robi w okolicy Oziornoje wzgórze Ahimbiettau (Góra Oblicza Pocieszenia). Króluje na nim ogromny krzyż ustawiony w 1998 r. staraniem ks. Tomasza Pety

– upamiętniający ofiary prześladowań i deportacji. Krzyż został wykonany w Polsce, w Nowej Hucie, przywieziono go w częściach i zmontowano na miejscu. Rozpościera swe ramiona nad okolicą, jakby ogarniał cały Kazachstan, całą Eurazję.

Oziornoje opuściliśmy ubogaceni doświadczeniem, pełni wdzięczności dla spotkanych ludzi. Wyruszyliśmy do Karagandy odległej o 600 kilometrów.

Karaganda – dwumilionowa metropolia i cały jej rejon – to w przeszłości największy łagier świata, o powierzchni równej całej Francji. Miejsce męczeństwa wielu narodów. Została wybudowana przez „posieleńców” i łagierników. W 1931 r. Stalin w perfidny sposób zwabił tu tysiące ludzi pod pretekstem eksploatacji złóż naturalnych i budowy przemysłu. Wielu uwierzyło w obietnice dobrego życia, a potem nawet dla „posieleńców” już nie było odwrotu.

Kiedy zbliżyliśmy się do Karagandy, zobaczyliśmy dymiące kominy i hałdy węglowe. Samo miasto robi przygnębiające wrażenie. Stanowi zlepek dzielnic, każda z nich to dawny łagier. Zabudowa monotonna, bez urbanistycznego planu, jedynie centrum przypomina, że to drugie pod względem liczby mieszkańców miasto w Kazachstanie.

Pod swój dach przyjęły nas bardzo gościnne siostry karmelitanki – to pierwszy klasztor kontemplacyjny w tej części kontynentu.

Pobyt w Karagandzie rozpoczął się od nawiedzenia katedry i grobu Sługi Bożego ks. Władysława Bukowińskiego, męczennika, łagiernika i apostoła Kazachstanu. W mieście powstaje z wielkim rozmachem nowa katedra w stylu neogotyckim. Kierownik budowy, Polak Anatol Malinowski stara się, aby budowla była jak najpiękniejsza. Figura Matki Bożej Fatimskiej z marmuru kararyjskiego oczekuje już na umieszczenie na frontonie katedry. Jest nadzieja, że kult maryjny będzie promieniował stąd na Kazachstan i Azję Środkową.

Wkrótce zmierzaliśmy do największego Międzynarodowego Cmentarza „Spassk” – odległego o 15 kilometrów od Karagandy. Stanęliśmy na ogrodzonej – jak okiem sięgnąć – przestrzeni stepowej, nad którą dominuje ogromny krzyż ogarniający rozwartymi ramionami cmentarzysko kryjące szczątki tysięcy ludzi. Wokół tylko step, a na nim niskie, postawione blisko siebie – po trzy – krzyże znaczące miejsca męczeństwa.

Przy wejściu na teren cmentarza znajdują się pomniki dwudziestu narodowości z przejmującymi napisami zawierającymi skargi do Nieba. Po modlitwie złożyliśmy biało-czerwone kwiaty pod polskim pomnikiem, na tablicy poniżej umieszczono dedykację: „Polakom – ofiarom terroru stalinowskiego, którzy marząc o życiu w wolności – tu spoczęli w Panu na wieki – Związek Polaków w Kazachstanie. Rzeczpospolita Polska. 1996 r.”.

W milczeniu rozeszliśmy się po cmentarzysku. Tu można jedynie trwać na modlitwie…

Szachtyńsk – 50 km od Karagandy – jest stolicą kopalń węglowych, liczy 50 tysięcy mieszkańców, w tym 4 tysiące Polaków i 3 tysiące Niemców. Nasz przewodnik, młody prawnik Mikołaj polskiego pochodzenia zawiózł nas do muzeum, które mieści się w dawnym szpitaliku na terenie łagru. Oprowadzała nas młoda przewodniczka, Rosjanka, o dużej wiedzy historycznej. Karłag, czyli zespół łagrów wokół Karagandy, istniał od 1930 do 1960 roku, przebywali w nim głównie więźniowie polityczni z wielu narodów. Dotychczas otwarto jedynie 3 archiwa na 110 istniejących. Z trudem wydobywa się prawdę o łagrach.

W okazałym budynku mieści się dawne Centrum Dowodzenia Karłagiem. Obecnie jest remontowane, prezydent Nazarbajew polecił ukończyć prace do 1 października 2009 roku i utworzyć izby pamięci wielu narodów represjonowanych przez system stalinowski. W zamierzeniu ma powstać przynajmniej 20 sal muzealnych upamiętniających życie w łagrze. Po powrocie z Kazachstanu wystosowałyśmy list do prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, w którym zwracamy się z prośbą o zainteresowanie i zaangażowanie odpowiednich instytucji w powstanie polskiej izby pamięci w Szachtyńsku. Otrzymałyśmy odpowiedź, że już rozpoczęto stosowne działania.

W Dolince Śmierci w okolicy Szachtyńska znajduje się cmentarz niemowląt „Mamoczkino Kładbiszcze”. Kobietom, które rodziły w łagrze, zabierano dzieci i mordowano, grzebiąc na tym właśnie cmentarzu. Na spalonej ostrym słońcem stepowej trawie miejscami pozostały małe metalowe krzyże, wrośnięte już w ziemię, niektóre prawosławne, kilka tabliczek z imionami niemowląt, nieliczne obramowania zaznaczające małe groby. Spontanicznie rozpoczęliśmy modlitwę, aby opanować wielkie wzruszenie i powstrzymać łzy.

Nawiedzenie tej ziemi śladami męczeństwa było dla nas niezwykłym przeżyciem i łaską. Szukaliśmy śladów Polaków, którzy tędy przeszli. W tym misterium bólu i cierpienia zatarły się różnice narodowościowe i wyznaniowe, intelektualne i materialne – ważne stało się pochylenie nad tajemnicą człowieka.

Była to dla mnie wielka lekcja…

Opuszczając to miejsce, zabrałam ze sobą garść stepowej ziemi – jako swoistą relikwię. Miejscowi ludzie mówią o Kazachstanie: „Wbij łopatę w ziemię, a pocieknie z niej krew umęczonych tutaj zesłańców i jeńców wojennych z całego świata”.

Z tajgi do Armii Andersa

I jeszcze jedno wielkie przeżycie.

Z Astany do Dżambułu (Tarazu) lecieliśmy samolotem dwie i pół godziny na południe, pokonując przestrzeń 1500 kilometrów. Jeszcze z góry ogarnęłam wzrokiem łańcuch ośnieżonych gór Tien-szan, rozciągający się step i Dżambuł położony nad rzeką Tałas. Myślałam: czy istnieje jeszcze na obrzeżach miasta lepianka, w której w ciasnocie i w zaduchu tłoczyliśmy się w 1942 roku w trzy rodziny: Łowczeckich, Borysów i nasza.

Ogarnęła mnie fala wspomnień. Brakowało moich bliskich – mamy i braci, z którymi tutaj wtedy byłam. Czułam jednak ich obecność w tajemnicy świętych obcowania.

Pamiętam radość, jaka zapanowała wśród Polaków, gdy dotarła do nas wiadomość o podpisaniu układu Sikorski – Majski 30 lipca 1941 roku, który zapowiadał między innymi „amnestię”. Dowiedzieliśmy się o tym z kilkumiesięcznym opóźnieniem – w miejscu naszego zesłania, w środkowej Syberii, w krasnojarskiej tajdze, w dorzeczu rzeki Jenisej. Potem szybko rozniosła się wiadomość, że z moskiewskiego więzienia na Łubiance został uwolniony generał Władysław Anders, któremu Naczelny Wódz generał Władysław Sikorski powierzył organizowanie Armii Polskiej na Wschodzie.

Po „amnestii” ze wszystkich stron: z kołchozów, posiołków, łagrów, najcięższych więzień sowieckich, zaczęli przedzierać się i spływać jakby strumieniami z północy Polacy do tworzącej się Armii Polskiej w południowych republikach ZSRS.

My również tam wyruszyliśmy. Mama zabrała nasze rzeczy w zbitą z deseczek walizkę i woreczek sucharów. Na najbliższej stacji Użur (od naszego kołchozu w tajdze Jelniczna – 40 km) wcisnęliśmy się do wagonu towarowego. Potem koczowaliśmy tygodniami na stacjach, czekając na następny pociąg. Już w Aczyńsku i Nowosybirsku dopadła nas sroga, syberyjska zima, nie mieliśmy ciepłych ubrań, nękały nas choroby. Na stacji w Nowosybirsku byłam bardzo chora, prawie umierająca. Trzymaliśmy się blisko zaprzyjaźnionych polskich rodzin, bo mama wiedziała, że gdyby jej zabrakło (każdy liczył się z możliwością śmierci), to zaopiekują się nami. Ja i mój brat Tadzio byliśmy jeszcze małymi dziećmi. Dzieciństwo jest kruchym światem, ale w tamtych warunkach w krótkim czasie stawaliśmy się nad wiek dojrzali – niemal z dnia na dzień. Patrząc na mamę, uczyliśmy się walczyć o przeżycie, zaspokajać głód, zmagać się z chorobami, często przeżywać umieranie bliskich sąsiadów. To mama ukazywała, że czuwa nad nami Opatrzność Boża. Starszy brat Stach miał wtedy niespełna 17 lat i pomagał mamie we wszystkim (nasz ojciec Antoni zaginął bez wieści w Sowietach). Na Syberii ciężko pracował w tajdze, troszczył się o rodzinę. Mówił o nas: „nasze dzieci”, a przecież sam był jeszcze dorastającym chłopcem.

Dawne ślady

W podróży na południe wysiedliśmy w Dżambule, bo na tyfus plamisty zachorowały 5-letnia Irenka i 3-letnia Krysia – dzieci państwa Łowczeckich. Istniała iskierka nadziei, że leczenie szpitalne może ocalić ich życie. Jednak dziewczynki nie przeżyły, zostały na dżambulskim cmentarzu. A my znaleźliśmy się na stacji w Dżambule w ulewnym deszczu, bez dachu nad głową. Po długim poszukiwaniu na peryferiach miasta wynajęto u Kazacha lepiankę, a potem izbę z drewnianą podłogą – na ulicy Stiepnaja.

Teraz na lotnisku w Dżambule czekał na nas ks. Piotr Ostafin. Rozpoznaliśmy go bez trudu: miał na sobie koszulkę z orłem i napisem „Polska”. Młody, pogodny, otwarty, bezpośredni w kontakcie. Przybył na misje do Kazachstanu z diecezji przemyskiej – jak powiedział – w samo święto Matki Bożej Częstochowskiej. Już 14 lat jest proboszczem w Dżambule. Jego parafia jest rozległa, zbliżona obszarem do całej Polski; ks. Piotr obsługuje około 500 wiernych rozproszonych w różnych miejscowościach, często bardzo odległych. W Dżambule buduje kościół z zapleczem duszpasterskim. Kamień węgielny poświęcił Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Astany w 2001 roku. Ksiądz prowadzi pracę z młodzieżą, organizuje harcerstwo. Jest ofiarny, pełen inicjatywy i zapału.

W 1942 roku w Dżambule byliśmy około 8 miesięcy, ale nie przypuszczaliśmy, że wśród panującego terroru komunistycznego żyje tutaj w ukryciu Kościół. W 1976 roku wspólnota katolicka zakupiła na przedmieściach mały domek, gdzie w tajemnicy wierni gromadzili się na modlitwie i spotykali z ojcem Janem Pawłowskim, kapucynem z Rygi.

Dlatego moja radość była tym większa, że pierwsze kroki po przybyciu do Dżambułu skierowaliśmy do kościoła. Już z daleka widać było zwieńczoną krzyżem smukłą wieżę świątyni parafialnej pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej, położonej blisko centrum miasta.

Na zesłaniu tęskniliśmy do Kościoła, do sakramentów, do kapłana. Nie mieliśmy szczęścia spotkać ani razu w Kazachstanie księdza katolickiego. Pierwszy raz przeżyliśmy na wygnaniu niezapomnianą Najświętszą Ofiarę dopiero w Uzbekistanie, niedługo przed opuszczeniem Sowietów – w Jangi-Julu, gdzie mieścił się sztab Wojska Polskiego. Eucharystię sprawował wtedy, przy ołtarzu pod otwartym niebem, biskup polowy gen. Józef Gawlina. Treść czytań liturgicznych odpowiadała chwili: „Nie troszczcie się, co byście jedli, ani o ciało wasze, czym byście się odziali… albowiem Ojciec wasz Niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie…”. Słuchając wtedy tych słów, nikt z uczestników nie mógł powstrzymać łez.

Moje obecne przeżycia były podobne. Ogarnęła mnie radość i wdzięczność Bogu za to, że żyje tu Kościół, że udręczeni przez dziesiątki lat ludzie mogą się modlić i swobodnie wyznawać wiarę.

Msza Święta sprawowana przez księdza Piotra i ojca Mariusza była swoistym dziękczynieniem i pamięcią o tych, którzy spoczęli w tej męczeńskiej ziemi. Modliłam się również za mojego ojca, którego śladów ciągle tu szukam.

Szczególnie wdzięczna jestem ks. Piotrowi za jego troskę o to, abym dotarła do miejsc związanych z moim pobytem w Dżambule w 1942 roku. Odnalazł ulicę Stiepnaja, chociaż nie było to łatwe, bo kiedyś za naszą lepianką otwierał się szeroki step, a teraz wyrosło tam miasto. Jednak rozpoznałam ulicę Stiepnaja, którą przemierzałam czasem kilka razy dziennie. Pamiętałam każdy zakręt i mostek na aryku (kanale nawadniającym), gdzie w upalne dni zanurzałam bose stopy, zwłaszcza po deszczu, gdy grzęzłam w błocie prawie po kostki. Teraz ulica Stiepnaja pokryta jest asfaltem. Zobaczyłam podobne domki z ogródkami – jak przed laty. Jednak nie pamiętałam numeru domku, w którym mieszkaliśmy. Jeszcze przed wyjazdem z Astany zapytał mnie o to ks. abp Tomasz Peta – wiedział, co to znaczy dla dawnego zesłańca odnaleźć swój ślad. Bardzo mnie tym wzruszył.

Ulicą Stiepnaja biegałam codziennie z dzbanuszkiem po zupę lurę dla całej rodziny. To był mój obowiązek. Pamiętam swoją rozpacz, gdy pewnego dnia w kolejce do okienka skradziono mi ruble i kartki na trzy miesiące. Wracałam do domu w obawie, że mama mnie skarci (to była dla nas wielka strata). Ale ona przytuliła mnie. Po latach, kiedy ją zapytałam, dlaczego tak postąpiła, powiedziała: „Byłaś tak spłakana, wymizerowana i chuda jak szkielet, że serce mi pękało, mogłam jedynie cię przygarnąć”.

Ulica Stiepnaja prowadziła na stację kolejową, gdzie spędzałam długie godziny, licząc wagony, aby zapomnieć o głodzie. Czekałam też na mamę, która zawsze tamtędy wracała po całodziennej ciężkiej pracy. Wiedziałam, że niosła dla Tadzia i dla mnie kromkę chleba, sama na obiad zjadała tylko zupę. Nie mogłam się doczekać, aby jak najszybciej zjeść chleb. I nigdy się nie zawiodłam.

Ulicą Stiepnaja chodziłam na bazar, chociaż nic nie kupowałam – nie miałam rubli – ale przynajmniej napatrzyłam się na stragany pełne owoców i jarzyn, naczynia wypełnione zsiadłym mlekiem, lepioszki, prażoną kukurydzę i inne smakołyki.

Pamiętam, że w Dżambule mama kupiła bratu i mnie arbuza za ruble uzyskane ze sprzedaży kożucha, który nie był nam już potrzebny, bo opuszczaliśmy Sowiety, jechaliśmy do ciepłych krajów. Teraz uczestnicy pielgrzymki kupili dla mnie aż dwa arbuzy, tak duże, że sama nie mogłam udźwignąć. Byłam im wdzięczna za dar serca.

Chętnie chodziłam z mamą na step. Pomagałam jej zbierać suchą trawę, która zmieszana z krowim nawozem dawała kiziak – cenny opał powszechnie tu używany. Śpiewałam przy tym piosenki, zwłaszcza ulubioną, której tatuś nauczył mnie jeszcze w Polsce:

Żal mi tej łąki, gdzie fijołki i dzwonki

Żal mi słońca o zachodzie co tak świeci na wodzie

I fujarki wierzbowej z zielonej

dąbrowy…

Któregoś dnia, gdy nad horyzontem zawisła czerwona kula słoneczna, zobaczyłam wzruszenie mamy i łzy w jej oczach. Przerwała pracę, ogarnęła mnie ramieniem i powiedziała: „Marysiu, patrz na zachód, tam Polska…”.

Mój brat Tadek wstawał wcześnie i chodził codziennie po chleb. W Wigilię 1941 roku już o czwartej rano stanął w kolejce przed sklepem. Ale tego dnia chleba nie przywieźli. Wrócił z pustym woreczkiem. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy mama upiecze placki z mąki kukurydzianej wprost na rozgrzanej płycie pieca i ugotuje ziemniaki. Chlebem podzielili się z nami państwo Łowczeccy i Borysowie. To była nasza Wigilia. Gdy spożywaliśmy wieczerzę, już wszystkie gwiazdy lśniły na granatowym niebie. Ale stąd było bliżej do Betlejem niż do Polski.

Ulicą Stiepnaja odprowadzaliśmy naszego starszego brata Stacha na stację, gdy jechał do Ługowoj, do armii generała Andersa.

Byłam bardzo wdzięczna ks. Piotrowi, który następnego dnia pokazał mi pole, gdzie były ustawione wojskowe namioty. Zostały po nich ślady. Teraz wszystko jest porośnięte stepową trawą. Długo stałam i patrzyłam…

Nie wrócili do Polski

Opodal znajduje się Polski Cmentarz Wojenny. Pomniki na polskich nekropoliach są podobne w całej Azji Środkowej (Uzbekistan, Kazachstan). Są to granitowe prostopadłościany zwieńczone godłem. Przypominają słupy milowe wyznaczające drogę do Polski. Na każdym z nich wyryto napisy w dwóch językach: polskim i kraju, w którym znajduje się cmentarz. W Ługowoj widnieje napis: „Tu spoczywają Polacy, żołnierze Armii gen. Andersa i osoby cywilne, byli jeńcy i więźniowie łagrów zmarli w drodze do Ojczyzny w 1942 r. Cześć ich pamięci”. Groby poszczególnych żołnierzy znaczone są płytami z tabliczką i nazwiskiem.

Po wspólnej modlitwie pozostaliśmy w zadumie, przechodząc wzdłuż rzędów grobów.

W miejscowości Merke na dawnym budynku NKWD jest tablica informująca, że tutaj przebywali w 1942 roku żołnierze Armii Polskiej. Spotkaliśmy tu polskiego attaché płk. Janusza Pydysia. Razem z ks. Piotrem Ostafinem z pasją zachowują wszystkie ślady polskie, a szczególnie te związane z pobytem armii Andersa i ludności cywilnej w południowej części Azji.

Stamtąd udaliśmy się do Sypatai. Na jednym z kazachskich podwórek znajdują się groby 18 polskich żołnierzy i ludności cywilnej. Zastaliśmy smutny widok: kilka pochylonych krzyży wrośniętych w ziemię. Można było jedynie uklęknąć, aby uczcić to miejsce. Ale dokonało się to, co najważniejsze – uczestniczyliśmy w Eucharystii sprawowanej na grobie. Po Mszy Świętej o. Mariusz z przejęciem powiedział: „Oni czekali na tę Mszę”.

Po powrocie do Polski dowiedziałam się, że ks. Piotr razem z attaché postawili tam krzyż i tablicę, a

14 sierpnia sprawował Mszę Świętą, w której uczestniczyli przedstawiciele polskiej ambasady, miejscowych władz, wojska kazachskiego i Związku Polaków w Kazachstanie.

Kolejny dzień dostarczył nowych przeżyć. Nawiedziliśmy cmentarz polskich Żydów. Ksiądz Piotr stara się przejąć nad nim opiekę. Pokazał nam również meczet muzułmański i mauzoleum legendarnej księżniczki BiBi. Droga prowadziła wzdłuż łańcucha gór Tien-Szan, który w tej części masywu jest jeszcze wyższy. Patrzyłam i chłonęłam piękne widoki. Każdy szczegół był dla mnie ważny. Pamiętam, jak mama z innymi Polakami pokonywała wiele kilometrów prawie do podnóża gór, do Michajłowki i innych sowchozów, aby za odzież dostać trochę mąki, kaszy czy innej żywności.

W Czokpaku stacjonowała duża jednostka armii Andersa. Na Polskim Cmentarzu Wojennym – na murku, ks. Piotr i o. Mariusz sprawowali Mszę Świętą. Żar lał się z nieba, ale cmentarz osłaniały drzewa. Usytuowany jest on w pobliżu torów kolejowych. Właśnie przejeżdżał pociąg. Pomyślałam, że spoczywający tu żołnierze walczyli o Polskę i pragnęli do niej powrócić. Modliliśmy się żarliwie za nich i za sprawy Ojczyzny.

Po powrocie z tej pielgrzymki nie rozstałam się z Kazachstanem…


Maria Gabiniewicz
drukuj