Tamtych Polaków pamięci żałobny rapsod
„Gdy dzisiaj oglądam tamte fotografie – wspomina Maria ze Zdziechowskich Sapieżyna – nie mogę się nadziwić naszej ślepocie i całkowitej ignorancji wobec tego, co się miało za chwilę wydarzyć”. Autorka tomu „Moje życie, mój czas” relacjonuje historię swojej rodziny na przełomie epok: Polski niepodległej i Polski opanowanej przez okupantów, potem przez system sowiecki, i dotyka sprawy często poruszanej we wspomnieniach z tamtego okresu. Chodzi o specyficzny stan psychiczny wobec zagrożenia.
Szwagierka Marii Sapieżyny w sierpniu 1939 roku brała ślub, i był to ślub bardzo uroczysty. („Byłam dumna z moich chłopców, niezwykle eleganckich w białych garniturkach, obawiałam się tylko, by nie chichotali w kościele, niosąc tren sukni cioci – panny młodej.(…)Stół dla czterdziestu osób został ustawiony w parku przed domem. Patrzyliśmy na trawniki schodzące ku strumieniowi i „wyspę” pełną różnokolorowych roślin. Widok parku, będącego w istocie lasem ogromnych, pięknych sosen, przywoływał wzniosłe myśli o Bogu i wieczności”). Tylko teściowa, Teresa z Lubomirskich, w drodze do kościoła zwierzyła się Sapieżynie, że codziennie rano budzi się zlana zimnym potem, drżąc o los „tych wszystkich wspaniałych młodych ludzi: synów, krewnych i bratanków…”.
Autorkę wspomnień zastanawia niemal całkowita niezdolność Polaków do wyobrażenia sobie, że ludzie mogą być aż tak nienawistni. Wojna, która za chwilę miała się rozpocząć, miała przynieść niewyobrażalne zbrodnie. Popełniane z bezinteresownym okrucieństwem, nieuzasadnionym żadną wojenną kalkulacją. Tego Polacy w ogóle nie brali pod uwagę. (Choć mieli aż nadto wyostrzoną świadomość, czym jest zagrożenie ze strony Sowietów). Przeciwnie, nieustannie obecne w polskiej świadomości obrazy dobra, solidarności, chrześcijańskiego braterstwa (przecież nie zostawia się przyjaciół w potrzebie!), lojalnej pomocy ze strony „naszych sojuszników” podpowiadały we wrześniu 1939 i przez wiele późniejszych miesięcy, że już za chwilę wszystko dobrze się skończy. „Nareszcie Francja i Anglia wypowiedziały Niemcom wojnę!”, Maria Sapieżyna przypomina entuzjazm towarzyszący pierwszym dobrym wiadomościom po szoku 1 września 1939 roku. To wydawało się logiczne…: „Cała Polska czekała na jakieś dramatyczne wydarzenia, które miały przynieść ocalenie: sojusznicze samoloty nas uratują, ich armie przejdą Ren”. A jednak niewyobrażalne stało się faktem. Pomoc nie nadeszła. Europejskie mocarstwa stchórzyły. W milczeniu patrzyły na rozpaczliwy opór, jaki stawiała najeźdźcom osamotniona Polska.
Powtórzyła się sytuacja z okresu rozbiorów, gdy chrześcijańska Europa z całkowitą obojętnością przyjęła los Polski, przypieczętowany trzema kolejnymi rozbiorami. Nazwano to „realizmem”, „kalkulacją”, „dyplomacją” i innymi podobnymi bezzębnymi, przeraźliwie smutnymi komunałami, które ukrywały konflikt sumienia, konsternację z powodu moralnego zhańbienia.
Jaki stąd wniosek? Że Polacy chronieni są jakby wewnętrznym pancerzem, który nie pozwala zamknąć się w beznadziei i broni od nienawiści wobec drugiego człowieka, nawet gdy jest to obcy; każdego starają się postrzegać jako kogoś potencjalnie dobrego i szlachetnego. Czy to chroniczny brak realizmu, myślenie życzeniowe? Idealizacja na potrzeby usprawiedliwiania bezradności wobec przeważającej militarnej siły czy wyrafinowanego podstępu? Grzech zaniechania, strach przed patrzeniem prosto w oczy prawdzie, której nie potrafimy udźwignąć? Nie, to nie tak. A może żyjemy nadzieją innego rodzaju, bo trudno jest nam oderwać się od perspektywy chrześcijańskiej, w której znajdujemy się na co dzień. A im trudniej jest nam to czynić, tym łatwiej jest żerować na tym naszym wrogom. Łatwo też wyszydzać tę polską skłonność, nazywając ją odrealnieniem, marzycielstwem, naiwnością albo „polnische Wirtschaft”. Komuniści z prawdziwą satysfakcją dworowali sobie po wojnie z propagandowych obrazów szarży naszej kawalerii na niemieckie czołgi, utrwalonej na taśmie filmowej, przedstawiając ją – w zestawieniu z hasłami w rodzaju: „Nie oddamy ani guzika” – jako przykład polskiej fanfaronady. Niechlubnej pamięci artystyczne dokonanie Andrzeja Wajdy – film „Lotna”, miał utrwalić ten stereotyp oceny wrześniowej wojny obronnej jako czegoś horrendalnie głupiego, nieodpowiedzialnego, jako szafowanie przez dowódców krwią polskiego żołnierza, co miało być wykwitem przedwojennej chybionej polityki „rządu sanacyjnego”. Nawet dziś niektóre liberalne czasopisma usiłują powielać ten osąd, mówiąc o przegranej „w kiepskim stylu” kampanii wrześniowej. Od nakręcenia „Lotnej” minęło ponad czterdzieści lat. Co by dziś powiedział autor „Katynia” o Wrześniu 39? Czy przeszłyby mu przez usta podobnie uproszczone diagnozy, stawiane na użytek socjalistycznej propagandy? I wreszcie: czy bohaterstwo Polaków w obliczu bezwzględnego przeciwnika, po tylekroć silniejszego, nie stoi ciągle w gardle Niemcom niczym ogromna gula, której nie potrafią przełknąć?
Bo nie są w stanie spokojnie mówić o tym, co wydarzyło się tamtej jesieni. Nie potrafią też chełpić się swym łatwym zwycięstwem odniesionym nad słabszymi. Potrafią natomiast – niestety – fałszować historię w różnych publikacjach, uchodzących czasem za publicystykę, czasem za próby opracowania „nowej europejskiej historii”. A zatem, czy fakt, że wbrew powszechnie obowiązującej logice stawiamy zawsze jako Polacy opór złu – tak jak we wrześniu 1939 r., gdy miało ono kształt porażającej pancernej lawy wlewającej się od zachodu – wbrew „racjonalnym” kalkulacjom przelewamy krew, wtedy gdy inne narody kapitulują, bo honor nie jest dla nas sprawą obojętną, to nasza słabość czy nasza siła?
Koniec tamtego świata
Największy szok, jaki przeżyli Polacy już po rozpoczęciu ataku Niemców, a jeszcze przed 17 września, to było polowanie na cywilów. Na uciekinierów podążających nieprzerwanym strumieniem polskimi drogami na wschód i południe ku jakimś mitycznym bezpieczniejszym miejscom, wraz z rodzinami i całym dobytkiem. Najeźdźcy nie oszczędzali kobiet i dzieci. Rozstrzeliwali z karabinów maszynowych nawet bydło na łąkach. „Był przecież wrzesień – czas, kiedy chłopi pracowali w polu, wykopując ziemniaki i buraki. Któż mógł zrozumieć takie okrucieństwo? Kto mógł to wyjaśnić? Mówiło się, że niemieccy piloci to bardzo młodzi ludzie, którym zapewne podawano jakieś narkotyczne środki, by uczynić im znośną tę straszliwą misję. Widziano, jak się śmieją i robią miny, zacięcie tropiąc swoje ofiary”. Maria Sapieżyna przypomina obrazy, przed którymi wielu Niemców zapewne wolałoby dzisiaj zacisnąć powieki.
Autorka, której mąż walczył w szeregach Armii „Prusy”, na początku września 1939 wyjeżdża z centralnej Polski, z majątku ojca, wraz z małymi dziećmi, jak najdalej na wschód, do ukrytego w głębokich lasach dworku – leśniczówki w majątku Różana (dzisiejsza Białoruś). Tu zawsze oddychało się pełną piersią, tu, w sercu ogromnych starych lasów, było bezpiecznie, bo daleko do wszystkich większych ośrodków. (Najbliższy sąsiad w odległości 30 kilometrów). Tu było centrum polskiego kresowego świata. („Stąd [Sapiehowie – przyp. E.P.P.] wyruszali służyć polskiemu królowi, prowadzili swoje wojska na bitwy w obronie ojczyzny. Pokonali Szwedów i Prusaków, podbili Moskwę, zdobyli Kreml. Zbudowali tu szpitale i szkoły, fundowali klasztory. Wznosili kościoły, cerkwie i synagogi, aby lud mógł chwalić Pana zgodnie ze swoim zwyczajem…”). Tu czuło się ciepło wspólnoty z mieszkańcami wsi, z którymi Sapiehowie byli zaprzyjaźnieni, którym od pokoleń pomagali. Tu nie mogło grozić nic złego! Znowu to samo uparte mijanie się z realiami, unikanie gorzkiej prawdy, której przeczucie pojawiało się przecież nie raz. Autorka wyznaje, że parę lat wcześniej, planując przyszłość z nowo poślubionym mężem, Janem Sapiehą, nie mogła „przestać myśleć o bliskości sowieckiej granicy”, wręcz bała się, że gdy „zaczniemy poważnie planować przyszłość, Sowieci zaatakują”.
Przygotowują prostodusznych
Sowiecka agresja, nóż w plecy wbity Polsce 17 września, obudziła usypiane wcześniej najgorsze przeczucia, dostarczyła nagłej ostrej świadomości, że to wszystko, co właśnie nadeszło, było przecież wcześniej niemal jawnie, z największą precyzją przygotowywane: „W ułamku sekundy”, pisze autorka, relacjonując wydarzenia tego pamiętnego dnia, „przypominałam sobie o rozsiewanej od lat propagandzie sowieckiej w okolicznych wsiach: na sto kilometrów wokół, w każdej wiosce, działało radio nadające antypolskie treści, przeciw polskiemu rządowi, właścicielom ziemskim, przeciw wszystkiemu, co komuniści uznawali za wrogie. Tylko komunizm – deklarowano – zapewni ludowi „wolność”, bogactwo i dostęp do tego wszystkiego, co się ludziom po prostu należy, a dotychczas było własnością garstki uprzywilejowanych. Słyszało się, że agenci sowieccy penetrują głęboko wieś. Poruszając się swobodnie, mówiąc różnymi dialektami, przygotowują prostodusznych i łatwowiernych ludzi na „wielki dzień wyzwolenia” (…). Mają tylko rozprawić się z krwiopijcami, którzy uciskali ich od wieków… Propaganda sowiecka działała ze zwielokrotnioną siłą tam, gdzie właściciele należeli do starych, zasiedziałych rodzin arystokratycznych. Zwykle miejscowi byli na nią odporni: wiedzieli o zasługach dworów, szanowali ich mieszkańców i nie chcieli ich krzywdzić…”. (Autorka m.in. prowadziła dla okolicznych kobiet kurs pielęgnacji niemowląt, co było jej wielką pasją, jej prawa ręka – niania, leczyła z poważnych chorób miejscowe dzieci).
Dlaczego jednak ani polski rząd, ani sami ziemianie nie reagowali na pracę sowieckich agentów? – pyta autorka. „Nie mogę tego zrozumieć! Nikomu nie przychodziło do głowy, że Rosjanie „uświadamiają” ludzi wzdłuż granicy, by zapewnić przychylność swoim wojskom po jej przekroczeniu”.
Polityka „realna”
Dzisiaj też – nietrudno to zauważyć – jesteśmy słabi jako państwo. Bo czym tak naprawdę dysponujemy? Co możemy przeciwstawić dobrze zapowiadającym się apetytom obu naszych sąsiadów? I czyż nie odbywa się u nas podobne jak przed rokiem 1939 „przygotowywanie prostodusznych”, tylko że na daleko większą skalę? Agitatorzy nie muszą już fatygować się osobiście od wsi do wsi. Gazeta codzienna, uchodząca dość powszechnie za prawicową, doniosła tydzień temu, z marsową miną, że naszą szansą jest podążanie drogą niemiecką – odbudowanie gospodarki, tak jak uczyniły to Niemcy po wojnie. Powinniśmy robić to samo, ale – uwaga! – niekoniecznie tylko na własny rachunek. Solidarnie z Niemcami, od których jesteśmy siłą rzeczy zależni. „(…) obecne stosunki Polski z Niemcami bardzo przypominają stosunki kolonii z metropolią. Polskie elity intelektualne żyją w ogromnym stopniu za niemieckie pieniądze, ścigając się do zaproszeń, grantów i nagród fundowanych przez rząd niemiecki.(…)Z tych samych pieniędzy utrzymuje się większość ekspertów, zwłaszcza rozważających nasze postępowanie w sprawach unijnych (…)”. Po tym wstępie gazeta poucza: „Cóż, nie udawajmy, że nie potrzebujemy ucywilizowania i, jeśli można tak powiedzieć, „uzachodnienia” popeerelowskiego „odzyskanego śmietnika””. Według wzorów niemieckich, bo z amerykańskich skorzystać już nie można. Niemcom zaś „oddać trzeba tyle, ile to niezbędne, i ani trochę więcej”. Dlaczego trzeba oddawać? Bowiem „nikt poza Niemcami nie jest dziś chętny pomagać nam w wielkim zadaniu odtworzenia państwa polskiego po katastrofie komunizmu”. A wszystko to po to, rzecz jasna, by „polski interes narodowy” „w maksymalnym możliwym stopniu zabezpieczyć”. Zabezpieczając zaś, „nie obracać przeciwko sobie niepotrzebnie protektorów, na których jesteśmy skazani”. Zamiast „godnościowego tupania i pokrzykiwania” – konkrety. Jasne, sami jako kraj o zaledwie tysiącletniej historii, nie jesteśmy zdolni do niczego specjalnego. Jedyne, co nas uratuje, to gospodarka, i to pod protektoratem silniejszego.
Ale to już było.
Schyłek ojczyzny Goethego
Przypomina się tu żałosne hasełko nie tak dawnych wyborów amerykańskich: „Po pierwsze gospodarka”. Z całym szacunkiem dla dokonań naszych sąsiadów, ale warto zapytać, co może dać gospodarka, choćby najbardziej rozwinięta, narodowi zza naszej zachodniej granicy, skoro on właśnie, na swoje życzenie, wymiera? Narodowi, który zniszczył własne rodziny, pozbawione chęci do tego, by wydawać na świat i troszczyć się o potomstwo? O którego „sile” decydują dziś tak naprawdę miliony ciemnoskórych emigrantów? Który doprowadził do swoistego apogeum rozwój demoralizującej dzieci i młodzież prasy i jej obcojęzyczne mutacje rozsiewa po krajach dawnego bloku wschodniego? Którego najwyżsi rangą urzędnicy państwowi mają czelność krytykować Papieża – swojego rodaka, za to, że upomina się o obronę życia i rodziny. Co temu państwu dadzą dodatkowe tysiące kilometrów – doskonałych zapewne – autostrad zbudowanych za jego pieniądze na terenie Polski, lepszy dostęp do polskich surowców energetycznych albo upychanie na naszym terenie złomu niepotrzebnych już Niemcom „ekologicznych” wiatraków? Czy to naprawdę uratuje ten niegdyś potężny kraj? Kraj, którego prawdziwą chlubą i mocą była jego kultura? (Myśl filozoficzna, literatura, muzyka). Co trwałego można zbudować na gospodarce? W kulturze europejskiej – dokąd na naszym kontynencie istniała chrześcijańska cywilizacja – gospodarka traktowana była zawsze służebnie. Była pochodną rozwoju umysłowego, naukowego, technicznego. We współczesnym europejskim raju gospodarka, świat rzeczy, udogodnień, jeszcze większego luksusu, jeszcze doskonalszych technologii, stanął na piedestale i podporządkował sobie miliony ludzi niczym złoty cielec.
„Odkryłem nowy świat”
Niezamierzony zapewne komentarz do nauk wygłaszanych w tej znanej gazecie znajdujemy w tekście zamieszczonym obok pohukiwań na Polaków, że powinni się opamiętać w swym „godnościowym tupaniu i pokrzykiwaniu”, bo „elity europejskie, a zwłaszcza niemieckie”, znów uznają to „za jakieś horrendum” i – tak jak poprzednio – zrobią, „co mogą, by pomóc w rozjechaniu tak „politykującej” ekipy”. Gazeta lansuje tu młodego reżysera („Malarz, specjalista od reklamy, zakochany w kinie”), którego dzieło, jak twierdzi autorka tekstu, „należy do najciekawszych filmów minionego wieku”. Co sam artysta myśli o sobie? Jaki świat chce odkryć przed publicznością? „Dla mnie transformacja zaczęła się w toalecie na stacji benzynowej, tuż za granicą byłego RFN”, wyznaje. „Liceum, do którego chodziłem, miało wymianę ze szkołą w Zagłębiu Ruhry. To było tuż po zburzeniu muru berlińskiego. Pierwszy raz wyjechałem z Polski (…). W tym czystym kiblu, w którym stały automaty z napojami i prezerwatywami, nagle doznałem szoku. Odkryłem nowy świat”. Tu artysta – który nie jest niestety satyrykiem – zaznacza, że zaczął wtedy wraz z rówieśnikami dojrzewać do „innego sposobu myślenia”. „I dojrzewamy dalej, razem z tym naszym młodym kapitalizmem”.
Nowy świat, nowy sposób myślenia, cywilizowanie polskiego śmietnika („dzisiejsze Niemcy zainteresowane są tym, aby Polska istniała i była krajem nowoczesnym oraz cywilizowanym”), to dobre, by Polaczków (pardon, dziś obowiązuje termin „polactwo”) wierzgających „Europie” z tym swoim trwaniem przy starych, i niezrozumiałych już dla żadnej z „elit” europejskich, wartościach utrzymać w ryzach. Wniosek jest jeden: Polska nie ma prawa być samodzielna. Polska może się jeszcze komuś przydać, ale tylko jako folwark, taka mała przybudówka – do której będzie się zajeżdżać na odpoczynek i po surowce – odpowiednio przystrzyżona, okiełznana. Pozbawiona niewygodnych dróg, pełnych dziur. I odarta z własnej tożsamości.
Polskość to znaczy wspólnota wierzących
Wszystkie te rachuby zbudowane są na przyjętym jako aksjomat, niczym nieuzasadnionym założeniu, że to, co pozostało z naszego kraju po roku 1945, nie ma prawa przypominać Polski sprzed roku 1939. Że cała nasza przeszłość została bezpowrotnie wymazana. Katyńskie ludobójstwo miało przesądzić, że to, co zostało z Polski niepodległej, całkowicie wchłonie i przetrawi PRL. I nikt się nie domyśli, że było „coś” wcześniej, że istnieje historia, do której możemy się odwołać. Ale przyszedł kardynał Stefan Wyszyński. Po nim polski Papież. Czy któryś z nich był „dzieckiem PRL”? Czy można mówić, że pozostał nam dziś tylko „popeerelowski śmietnik”, a jedyną naszą szansą jest „nowoczesność” na modłę Zachodu? Taka teza jest na rękę nie tylko naszym „protektorom” z Zachodu, ale i naszym braciom ze Wschodu. Ze śmietnikiem nikt się nie musi liczyć. Śmietnik można kopnąć, żeby się do końca rozpadł. Albo „posprzątać”, używając „nowoczesnych” środków, eleganckich pachnideł i kolorowych niemieckich mydełek; pijaru, sondaży i dyspozycyjnych mentorów.
Dziwna historia siostry Wandy Boniszewskiej, siostry skrytki, stygmatyczki, która męczona w sowieckich więzieniach w latach pięćdziesiątych nawracała swoich prześladowców – przesłuchujących ją naczelników więziennych – nie przestaje zdumiewać. Przyjeżdżali do niej potem potajemnie, by mówić z nią o odzyskanej wierze, pytać, czy Bóg im przebaczy. Jeden z nich po śmierci Stalina napisał do niej list i przysłał sto rubli na cukier.
Podobnie przedziwne są losy wojenne i powojenne Marii Okońskiej, od której osobistego zawierzenia Matce Bożej rozpoczęła się droga ku zawierzeniu Polski Pani Jasnogórskiej przez Prymasa Stefana Wyszyńskiego. W czasie Powstania Warszawskiego w ruinach miasta adorowała wraz z przyjaciółkami Najświętszy Sakrament. Wierzyły mocno, że powstanie zakończy się zwycięstwem; w pewnej chwili zrozumiały, że nie będzie to zwycięstwo militarne, że ofiara krwi polskich powstańców uratuje Polskę przed zagładą w czasach, które nadchodzą. Podczas uwięzienia Marii Okońskiej na Rakowieckiej w roku 1948 (siedziała przez trzy miesiące) doszło do pewnego zdarzenia: przesłuchanie przez jedną z najstraszniejszych postaci systemu, Lunę Brystygierową, w czasie którego stalinowska funkcjonariuszka Urzędu Bezpieczeństwa, zamiast straszyć i grozić, nagle zaczęła się do niej zwracać: „moje dziecko”, i słuchać ze wzrastającym zdumieniem jej spokojnych słów o tym, że tak jak każdy człowiek jest kochana przez Boga i że Maria Okońska nie ma do niej w sercu nienawiści. Po kilku dniach Maria Okońska została zwolniona (por. Maria Okońska „Przez Maryję wszystko dla Boga. Wspomnienia 1920 – 1948”, Soli Deo).
Maria Okońska spotykała się jeszcze kilkakrotnie z Luną Brystygierową. Pytała ją, czy się nawróci. Usłyszała: „Chyba, że w chorobie”… Brystygierowa nawiązała potem kontakt z Laskami, katechizowała ją siostra Katarzyna, również z pochodzenia Żydówka. Nawrócenie rzeczywiście nastąpiło w chorobie. Przed śmiercią Luna Brystygierowa przyjęła chrzest i umarła w wierze katolickiej. Maria Okońska jest przekonana, że to był cud.
Ku Chrystusowi Królowi
Jeden z tygodników katolickich przytoczył niedawno historię chińskiego niedoszłego naukowca, który jest dziś polskim księdzem. Urodzony w Malezji, pochodzi z rodziny buddyjskiej. Zdolny, pracowity i wytrwały robił błyskawiczną karierę na Wyspach Brytyjskich. Gdyby nie kontakt z polskimi kapłanami w dwóch – kolejno – ośrodkach Polskiej Misji Katolickiej; gdyby nie niezrozumiałe dla Azjaty piękno kolędy „Lulajże, Jezuniu”; gdyby nie mądrość starego polskiego kapłana, który go nie nawracał, tylko przygarniał, i który zmarł niemal na jego rękach, zapewne nie odkryłby swojego prawdziwego powołania.
Polski Papież niejednokrotnie p rzypominał, że Polski nie można zrozumieć bez Chrystusa. Wznoszone w wielu miastach i miasteczkach Polski tuż przed rokiem 1939 figury i krzyże ku czci Chrystusa Króla przypominają o tym, jakimi nadziejami chcieliśmy w tamtym czasie żyć, wbrew narastającej grozie trudnych do wyobrażenia, ale jakoś przeczuwanych wydarzeń. Przełamywanie bariery nienawiści dzielącej dziś Polaków to broń, wobec której bezsilne okazuje się zło. Język oskarżeń, wrogości, budzenie strachu, wymuszanie podporządkowania się silniejszemu – tylko dlatego, że ma więcej pieniędzy! – to jakby niezamierzona, a przecież wyraźna kalka końcówki lat 30., gdy próbowano nas zastraszyć, byśmy oddali Niemcom Gdańsk. W imię „realizmu”, bo mają czołgi i ciężkie samoloty. Szyderstwo z naszej tożsamości, „polactwo” to twarze nowej propagandowej wojny – także toczonej pod znakiem „realizmu” – w której ktoś już zaczyna upominać się o wpływy na terenie „Danzig”, „Breslau”…
Gdy Maria Sapieżyna 17 września 1939 roku próbowała opuścić, wraz z rodziną, służbą i jej rodzinami, własny dom w Różanie, nagle pojawili się nieznani cywile. „Kątem oka zobaczyłam wymierzone w nas pistolety! Kilku uzbrojonych ludzi szło ku nam aleją”. Nieznośną ciszę, którą poprzedził jej krzyk („Cokolwiek zrobicie, zostawcie dzieci w spokoju… Nie rozstrzeliwuje się dzieci…”), przerwał nieoczekiwanie ciepły spokojny głos. To był stary sługa, „kucharz Cydzik, ubrany w wykrochmalony, biały fartuch i kucharską czapkę. Zaprosił tych ludzi do domu, ofiarowując im wino i wódkę, jedzenie, ubrania, strzelby – wszystko, co chcieli i mogli zabrać”. Słuchali go i – z jakichś niepojętych powodów – ci, którzy przyjechali zabić gospodynię tego domu, pozwolili jej, wraz z bliskimi, bezpiecznie opuścić Różanę.
