Duchowość małżeńska a in vitro

Zestawienie – czy przeciwstawienie – tych dwóch pojęć – względnie dwóch konstrukcji moralnych, oznacza w gruncie rzeczy zderzenie dwóch rzeczywistości, które nie są do pogodzenia. Najpierw jednak trzeba krótko zdefiniować czy scharakteryzować owe rzeczywistości, aby zobaczyć, na czym polega ich ewentualna relacja. Duchowość małżeństwa to przede wszystkim miłość, którą Duch Święty zaszczepia w sercach małżonków, czyniąc ich zdolnymi do kształtowania wzajemnej relacji (wspólnoty osób) mocą uczestnictwa w misterium Chrystusa i Kościoła. Małżeństwo jest przymierzem osób będących w pewnym sensie własnością Jezusa Chrystusa (małżeństwo jest zawarte „w Panu” jak to wyraża św. Paweł (1 Kor 7, 39). Dlatego małżeństwo jest powołaniem, czyli wezwaniem do kształtowania całego życia mocą tej miłości, która z Serca Jezusa spływa na Kościół.

Jest to prawo rządzące życiem całego Kościoła, który znajduje swoje podstawowe urzeczywistnienie w Kościele domowym, czyli w rodzinie. Ten poziom życia duchowego wymaga żywej i aktywnej wiary, nadziei i miłości nadprzyrodzonej (teologalnej).
Druga sprawa, która ściśle łączy się z tą pierwszą, to jest ta, że owo powołanie kształtowane przez sakrament wprowadza małżonków chrześcijańskich w uczestnictwo w życiu Trójcy Przenajświętszej. Dzieje się to w ten sposób, że jednocząc się z Chrystusem mocą sakramentu, wchodzą w Jego synowską relację do Boga Ojca, co oznacza także głębsze poddanie się władzy Ducha Świętego, który jest osobową Jednością Ojca i Syna. W tym właśnie „wejściu” w relację do Boga Ojca małżonkowie (chrześcijanie) odnajdują ostateczną prawdę swojego istnienia, powołania i posłannictwa w Kościele i w świecie. Cała rzeczywistość, stworzona i odkupiona przez Chrystusa, została bowiem objęta tą przedziwną więzią Miłości, jaka rozwija się we wzajemnym darze Boga Ojca i Syna Bożego. Jezus sam stwierdził, że Ojciec „dał Mu wszystko” (J 13, 3) i równocześnie Jezus wszystko oddaje Ojcu (por. J 17, 19), aby człowiek zbawiony zjednoczył się z pełnią Miłości, jaka z tego Przedwiecznego Źródła spływa na Kościół. Tym łącznikiem między Bogiem Ojcem oraz Synem a Kościołem jest Duch Święty, który jest Boskim Szafarzem łask wysłużonych przez Chrystusa w Jego Ofierze paschalnej.
Wśród tych łask, które Duch Święty przelewa na Kościół, znajdują się też tzw. charyzmaty, zawierające uzdolnienie nadprzyrodzone i zarazem posłannictwo w Kościele i świecie. Są to zadania powierzone chrześcijanom, którzy zostali zaproszeni, aby wziąć udział w realizowaniu cząstki dzieła Bożego, które jest budowaniem Kościoła i ma na celu zbawienie świata. Charyzmat więc nie służy prywatnemu dobru czy osobistemu szczęściu, lecz oznacza służbę dla dobra ogółu, którym jest Kościół. Takim charyzmatem jest na przykład kapłaństwo, z którym wiąże się zadanie głoszenia Ewangelii, uświęcania przez udzielanie sakramentów i organizowanie wspólnoty Kościoła jako wspólnoty miłości i służby. Otóż nie mniej ważnym charyzmatem jest małżeństwo, które otrzymuje posłannictwo rodzicielskie, skierowane do budowania rodziny przez przyjmowanie z miłością daru nowego życia od Boga.

Godność miłości małżeńskiej

W świetle tej prawdy odsłania się godność miłości małżeńskiej, która staje się słowem dialogu z Bogiem Ojcem przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym, aby stworzyć duchowy klimat, czy w ogóle duchową przestrzeń, dla przyjęcia nowego życia jako daru pochodzącego z bezinteresownej i hojnej miłości Ojca. Dlatego dialog miłości wyrażany widzialnymi znakami należącymi do tajemnicy „Jednego ciała” musi być dialogiem ukształtowanym ze słów „pięknej Miłości”, jak się wyraża Jan Paweł II, to ma być dialog wyrażony gestem absolutnie bezinteresownej miłości, której najgłębsze znaczenie polega na byciu darem w zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem, który w taki bezinteresowny sposób stał się Darem dla Kościoła. Mówi o tym wyraźnie List do Efezjan w rozdziale 5.
Zatem działanie małżeńskie wyrażające ich modlitwę o dar życia i gotowość przyjęcia tego daru ma charakter całkowicie duchowy wyrażający się w tym kształcie miłości, który zależy całkowicie od kultury czystości chrześcijańskiej. Tylko pod tym warunkiem działanie małżeńskie prowadzące do urzeczywistnienia się rodzicielstwa ma charakter ludzki i chrześcijański. Ludzki, a więc osobowy, wyrażający się w relacji polegającej na afirmacji absolutnej godności osoby – i ciała osoby, z wykluczeniem jakiejkolwiek postaci manipulacji i urzeczowienia osoby zniżonej do roli instrumentu. W ten sposób duchowość jest podstawą etosu małżeńskiego, a etos jest podstawą całej sieci odniesień osobowych budujących fundamenty ogólnoludzkiej kultury.

Dziecko jest darem

Jest wiele powodów niepłodności niektórych małżeństw pozostających bez nadziei na urodzenie własnego dziecka. Godność dziecka, czyli rodzącego się człowieka, wymaga, by było przyjmowane wyłącznie jako dar, a więc nie jako coś, co się „należy”, do czego można mieć „prawo” i coś, co można wymanipulować metodami, jakie proponuje współczesna nauka. Tu właśnie pojawia się technika in vitro obiecująca niepłodnym małżeństwom spełnienie ich marzeń niezależnie od przeszkód fizjologicznych czy w ogóle biologicznych. Trzeba jednak otwarcie powiedzieć, że tego rodzaju proces uzyskiwania płodności jest zaprzeczeniem całej prawdy małżeństwa widzianego w jego strukturze duchowej, etycznej i antropologicznej. Przede wszystkim odrzuca się więź między rodzącym się życiem a Bogiem, i to jest najpoważniejszy grzech tego procederu. Człowiek chce tu działać „niezależnie” od Boga, co jest okłamywaniem siebie, wbrew Bogu i jakby na przekór (na złość), wypowiadając swoim czynem bluźnierstwo pod adresem Stwórcy: „Ja Ciebie nie potrzebuję”, „Ja sobie poradzę, w mojej władzy jest świat i jego prawa natury”. Jest to szatański bunt przeciw Bogu, któremu chce się odebrać prawo do bycia Ojcem wszelkiego rodzącego się życia, a które i tak istnieje tylko dzięki stwórczej mocy Boga wpisanej w ludzkie ciało wyposażone w dar płodności. Posługiwanie się subtelną strukturą płodności przeciw Stwórcy, który tajemnicę życia dzierży w swej miłującej Dłoni, jest zuchwałym bluźnierstwem i – jak powiedziałem – buntem szatańskim.
Po drugie, ta manipulacja technologiczna stanowi radykalną degradację tego ewentualnie nowego, „zrodzonego” dziecka, ponieważ cały układ warunków, w jakim się ono pojawia, krzyczy wymową symbolicznych znaczeń (ciało ludzkie jest symbolem): „Nie jesteś stworzony, nie jesteś zrodzony, nie jesteś darem Nieskończonej Miłości, jesteś produktem technologii typu laboratoryjnego, jesteś produktem materii poddanej absolutnej władzy człowieka, jesteś raczej produktem hodowli, zniżającej sens twojej egzystencji do poziomu zoologicznego, do poziomu weterynarii, której metody zastosowano jako rzekomy znak postępu nauki i sztuki medycznej”. Podkreślam, że to poniżenie dziecka wyraża się obiektywną mową faktów, które są zaprzeczeniem porządku etycznego ustanowionego przez Boga. Na pewno kobieta, która nawet przez ten niemoralny tryb postępowania chce uzyskać to, aby poczuć się matką, będzie chciała wyrażać swojemu dziecku czułość i troskliwość, tak jak czynią to wszystkie matki. Ta sytuacja obiektywnie negatywna i degradująca dziecko nie oznacza, że dziecko to zostaje de facto pozbawione godności, jaka tkwi w samej istocie człowieczeństwa. Właśnie ta niezmazalna godność, wszczepiona przez Stwórcę w istotę człowieczeństwa, jest podstawą dla surowej oceny postępowania, które z tą godnością się nie zgadza. Potępiamy proceder, chcielibyśmy ocalić dziecko i obronić klimat duchowy, w którym to dziecko ma się wychowywać i rozwijać do pełnej świadomości swego powołania. Tylko budzi się wątpliwość, czy to jest możliwe, skoro moment startu życiowego został obciążony okolicznościami o charakterze antyludzkim…

Pozory leczenia niepłodności

Po trzecie, cały ten proceder nosi znamiona szalbierstwa, jest oszustwem, kłamstwem, ponieważ nie leczy niepłodności, lecz mami oczy biednych małżonków zabiegiem mającym charakter protezy zastępującej płodność właściwie, czyli po ludzku pojętą. Zatem człowiek strącony z wyżyn duchowości odnajduje się jako porzucony w układ zależności materialnych, zdeterminowanych przez czynniki obce istocie człowieczeństwa. W takiej sytuacji małżonkowie, którzy zdecydowali się na tego rodzaju proceder, będą do końca życia świadomi swojej zdrady wobec Boga, wobec siebie wzajemnie i wobec ewentualnie „zrodzonego” (wyhodowanego) życia i ich sumienie nigdy im tego nie zapomni. Czy to ma być szczęście?
A gdyby jeszcze wziąć pod uwagę, że w trakcie tego procesu „leczenia” niepłodności cały szereg istot poczętych zostaje skazanych na śmierć przez zamrożenie, to czy małżonkowie będą w stanie odzyskać spokój sumienia, słysząc wciąż w duszy „niemy krzyk” tych, których powołano do życia jako uboczny efekt eksperymentów medycznych? Straszne jest to „szczęście”, do którego popychają biednych małżonków firmy chciwe zysku i budujące nieuczciwą sławę na ludzkiej krzywdzie i niewinnej krwi. Ta krew woła o pomstę do Boga. Jej krzyku nie da się niczym zagłuszyć!


Ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj