Kłopoty z tożsamością

Jako przedstawiciele Narodu o długiej historii nie możemy przyjąć na siebie roli, na przykład, obsługujących możnych tego świata. Idealnych sprzątaczy europejskich ulic czy operatorów komputerów. Do określonych ról społecznych, obowiązków, do pewnych dziedzin zawodowych czy służby na rzecz innych się dorasta. Jest się powołanym. Także do odgrywania przeznaczonej sobie roli historycznej. A z powołaniem się nie igra. Powołanie to nie konkurs piękności. Liberalny świat tymczasem wzywa do nieustannej maskarady.

Juliusz Kaden-Bandrowski wspomina, jak jego ojciec, szacowny krakowski lekarz, z powodu pragnienia, by na co dzień przebywać w „eleganckim świecie”, w ciągu jednego dnia „wyzwolił” się ze swoich dawnych obowiązków. Przyjął posadę dyrektora teatru. Żeby zerwać raz na zawsze z dawnym życiem, musiał uciec się do psychodramy.
„Rano, po śniadaniu, kazał ojciec wyjść Tomaszowi [staremu służącemu – przyp. E.P.P] do sieni i zadzwonić w charakterze chorego. Musieliśmy być przy tym wszyscy w przedpokoju. Cóż miał Tomasz robić? Zadzwonił i jak mu kazano, spytał w drzwiach: – Czy zastałem pana konsyliarza? Ojciec ukłonił mu się nisko i odpowiedział: – Przepraszam pana dobrodzieja, ale pan doktór wyjechał i nigdy już nie wróci. Wybuchnęliśmy śmiechem. Tomasz się zaczerwienił, ojciec dobył z pularesu papierek dwudziestokoronowy i wręczył go uniżenie „pacjentowi”: – Służę panu dobrodziejowi i bardzo przepraszam za zawód. Pan będzie łaskaw powiedzieć chorym pana konsyliarza, że każdemu chętnie zapłaci, byleby ich już nigdy w życiu nie oglądać” (J. Kaden-Bandrowski, Miasto mojej matki).
To wydarzenie z perspektywy czasu ukazuje w groteskowym kształcie jeden z przejawów współczesnej choroby: stać się kimś innym, zmienić skórę, na zawołanie wyzbyć się życiowej roli i przyjąć diametralnie odmienną. Jaką? Taką, która jest efektem zachcianki albo presji otoczenia. Zachęty ze strony liberalnego systemu myślenia, który przekonuje, że „wszystko jest możliwe”, „dlaczego nie”, „każdy ma prawo”. Mężczyzna może być kobietą, kobieta mężczyzną, matka niemowlęcia robotnicą czy siłą biurową, stoczniowiec fryzjerem psów, naukowiec ładowaczem paczek w supermarkecie, rolnik kopaczem rowów, mafiozo „mężem stanu” etc. Wyjątkowo drastycznie przedstawia się ten problem w przypadku kobiet, które wynajmują swoje ciało do tego, by urodzić cudze dziecko, czy par homoseksualnych udających „rodziców”.
Tak rozpowszechnione dziś hasło, wzywające do zmieniania swojej tożsamości jak rękawiczek, „przebranżawiania się” pod czyjeś dyktando czy pod wpływem nagłych impulsów, bardzo często oznacza wysadzenie z siodła, zapadnięcie się w życiową dziurę. Oznacza także zapominanie o tym, jak to jest być Polakiem. O co chodzi w byciu rodzicami czy małżonkami. Nie zostaliśmy bowiem stworzeni do tego, by być tacy jak wszyscy, czyli w istocie amorficzni i bez właściwości. Nie jesteśmy stworzeni do zajmowania się „wszystkim”. Nikomu z nas nie służy zajmowanie się czymkolwiek.

Matki zastępcze

Najjaskrawiej rysuje się ten problem w przypadku pracy matek. Opieka nad dzieckiem w domu po urodzeniu go – owe najgłębiej uwarunkowane naturą powołanie kobiety – jest dziś powszechnie uznawana za krzywdzące ją obciążenie, za rodzaj życiowej katastrofy. W najbardziej „postępowych” krajach (Francja, kraje skandynawskie) przyszłe matki zawczasu podreperowują swój budżet, by równocześnie z przyjściem dziecka na świat wynająć dla niego opiekunkę, a samej szybciutko pomknąć do pracy, by opłacać tę nianię. (I „doskonalić się” w nowej życiowej roli: pracodawczyni niani. Znakomicie pułapkę zastawioną na „nowoczesne” mamy pokazuje film „Niania w Nowym Jorku”). Zwierzenia żony Paula Anki (Polki wiele lat mieszkającej w Szwecji), które niedawno obiegły świat, a z których wynika, że współczuje ona szwedzkim matkom biegającym do pracy, podczas gdy mężowie niańczą dzieci i zmywają naczynia, wywołały skandal i konsternację (bądź co bądź nie mówi tego jakaś „podrzędna kuchta”, tylko obywatelka Kalifornii, żona milionera). „Siedzenie w domu z dzieckiem” jest coraz częściej i u nas postrzegane jako degradacja społeczna. Jak można, będąc „w pełni sił”, zajmować się „tylko” dzieckiem (dziećmi)? Stąd te wymowne westchnienia, te pełne politowania spojrzenia na widok matki pchającej wózek, podczas gdy „inne w jej wieku”, młode, zdolne, w tym czasie zapełniają biura, szkoły i autobusy wiozące do pracy. I „realizują się”.
Feminizacja zawodu nauczycielskiego – uznawanego dość powszechnie za „wygodny” dla kobiety – która, wbrew utartej opinii, nie zawsze jest dobrodziejstwem dla uczniów (panie obarczone rodziną nigdy nie są w stanie zaangażować się w pełni w wychowanie obcych dzieci), to jeden ze skutków mitu, że każda praca jest lepsza niż „siedzenie w domu”. Oczywiście, nie mówimy tu o sytuacji przymusowej – niestety, najczęstszej w Polsce – gdy matka musi iść do pracy z powodu niskich zarobków męża, który nie jest w stanie utrzymać rodziny, albo wręcz sama utrzymuje rodzinę. Przedwojenny – i dawniejszy jeszcze – obraz typowo kobiecych zawodów (nauczycielka, pielęgniarka) uwzględniał prawie zawsze osoby bezżenne, które świadomie wybierały służbę społeczną. Był to rodzaj świeckiego zakonu, wyłączność mieli podopieczni.

„Kaziuniu, co za ochota bredzić, co za ochota!”

Powtarzał te słowa przy różnych okazjach ukochany teść Henryka Sienkiewicza, Kazimierz Szetkiewicz (sportretowany przez niego w postaci Zagłoby). Ten mistrz konceptów i facecji, tryskający humorem od rana do nocy – nawet na zesłaniu pod Ural („Tęsknota gorzej od pcheł kąsa i proszek perski nie pomaga”, skarżył się w liście do żony) – w ten sposób autoironicznie kwitował swój niespożyty zapał do dowcipów i docinków. Jego zawołanie mogłoby być dewizą życiową niejednego dziennikarza. Wielu z nich żyje dziś z tego, że dostarczają rozrywki konsumentom mediów. Jednak pokaźną grupę stanowią ci, których wyćwiczone pióra stają niczym bagnety przybocznej gwardii wpływowych osobistości politycznego światka. Spektakl medialny związany z „sojuszem dużego i małego geszeftu z władzą postkomunistyczną i postsolidarnościową” (Zdzisław Krasnodębski) dostarcza licznych przykładów, w jaki sposób dziennikarska służba społeczeństwu staje się albo pełnieniem roli policji politycznej (podsłuchy, donosy), albo służbą dworską zawodowym uwodzicielom „mas społecznych” przekonanym, że – skoro są „najpiękniejsi w całej wsi” (najbardziej elokwentni, najlepiej grają w nogę etc.) – należy im się również władza polityczna w państwie. Także i ta zamiana ról – w epoce świadomie aranżowanego chaosu informacyjnego – kończy się czasami wielkim: pufff… Bo nawet najzdolniejszy dziennikarz nie jest w stanie utrzymać się dłużej w formie w roli niezmiennie zabawnego błazna i dworskiego trefnisia. („Przez ostatnie dwa lata wielu dziennikarzy skwapliwie wypełniało rolę rzeczników rządu”, pisze Z. Krasnodębski). Nieliczni nie wypadają w końcu z roli „autorytetu moralnego” – gdy standardy moralne dowolnie wyznacza polityczny nadzorca, czyli ten, który płaci – albo „osobowości medialnej”. Zwłaszcza gdy są ludźmi rozumiejącymi w głębi duszy bezsens tego uwikłania. Doskonale rozumiał miałkość życia światka dziennikarskiego – toute proportion gardée – Sienkiewicz, po ślubie z Marią Szetkiewiczówną, zmuszony do podjęcia pracy jako redaktor warszawskiego „Słowa”: „Co za pies ze mnie”, wspominał w listach do Witkiewicza, „że muszę tak harować, i to w rzeczach, których nie cierpię. Prócz tego chodzi za mną tuman konkurencji, niechęci, złości, nienawiści, plotek, intryg, polemik.(…)Każdy dziennikarz musi żyć w infamii. Tysiące małostek, podłostek, egoizmów, miłostek własnych, insynuacji tworzy atmosferę, która wzrokiem nie da się ocenić, ale która zaczadza z wolna”.
Może jednak najgorsze z tego wszystkiego jest podnoszenie do rangi sztuki zwyczajnego wścibstwa. Tu żeruje się na mało chwalebnej skłonności części odbiorców mediów do podglądania cudzego życia. Co zresztą funkcjonuje w kombinatach mediów na zasadzie sprzężenia zwrotnego. „Dobrze sprzedać się w mediach” to marzenie niejednego polityka, tzw. wschodzących gwiazd.
Inaczej było za najgorszych czasów komunistycznych. Stalinowski język czerwonej prasy i radia skutecznie oddzielał zwykłych ludzi od życia partyjnej nomenklatury. Nie przylegał do przeciętnej mentalności. Między funkcjonariuszami politycznymi a Polakami był mur. Wiadomo było, że są „oni” i jesteśmy „my”. Dziś rewolucja wtargnęła do prywatnych domów. Język i sposób wartościowania poprawnych politycznie stacji radiowych i TV zasila wyobraźnię i kształtuje mentalność rzesz odbiorców nowoczesnej propagandy. Nikt tu nikogo do niczego nie zmusza. Kołchoźnik opłacany jest dobrowolnie, abonamentami. Serial pt. „Co jeszcze ohydnego zdarzy się w Polsce” ma dużą oglądalność. Nikogo z ludzi uznających, że ten system rządów nie jest ani lepszy, ani gorszy od rządów poprzedniej ekipy, nie zniechęca, iż „polityczni bohaterowie tej opery mydlanej klną jak szewcy i jak szwarccharaktery dobijają jakichś targów w podejrzanej scenerii” (Z. Krasnodębski). To ofiary propagandy utrzymują przy życiu media stanowiące zaplecze „sojuszu dużego i małego geszeftu”. Uważają, że Polacy nie zasługują na nic lepszego.

Samuraje w krynolinkach

Wróćmy do Sienkiewicza. Jego żona, Maria z Szetkiewiczów (córka „Zagłoby”), nie była zwykłą panienką z dobrego domu. Wychowano ją (i jej siostrę Jadwigę) na „samuraja w spódnicy” – jak podkreśla w biograficznej książce jej wnuczka Maria Korniłowiczówna – po spartańsku. Bo dom rodzinny był polski, kresowy i świadom czasów, w jakich przyszło Polakom żyć. Ich matce Wandzie Szetkiewiczowej z Mineyków nie wolno było za młodu wysypiać się do woli, najadać do syta ani próżnować. Codzienne poranne spacery (wywożono ją wraz z siostrami o milę lub dwie od domu karetą, która wracała pusta) miały wyrobić męstwo i rozwinąć fizyczne siły. Toteż matka żony Henryka Sienkiewicza jako dorosła kobieta „łączyła cichą dystynkcję z żelazną wolą i twardą surowością dla siebie i bliskich”. Nigdy nie podnosiła głosu, nigdy nie płakała. Swoje córki wychowała w taki sam sposób. „To nie chodziło o to, żeby wszystko było comme il faut”, wyjaśnia Maria Korniłowiczówna. „Chodziło o doskonalenie się i wymaganie od siebie i od najbliższych więcej, dużo więcej niż od obcych. Jakiekolwiek ułatwianie sobie życia, nie mówiąc o uleganiu najniewinniejszym zachciankom,(…)zagrażało godności własnej: to dobre dla parweniuszów. Doskonalenie się, zarówno duchowe, jak umysłowe, do którego dążyła, nie miało nic wspólnego z miałkim konformizmem. Liczył się tylko głos własnego sumienia. Kultywowała cnoty nadobowiązkowe, takie jak posty czy hojność dla potrzebujących…” (M. Korniłowiczówna, Onegdaj. Opowieść o Henryku Sienkiewiczu i ludziach mu bliskich). Toteż trudno się dziwić, że przyszła żona autora „Trylogii” jako mała dziewczynka, gdy ojciec (Kazimierz Szetkiewicz) był na zesłaniu (za sprzyjanie władzom Powstania Styczniowego), wypaliła któregoś dnia autorowi rosyjskiej gazety – który postanowił opisać, jak to dzieci na Litwie (Hanuszyszki w powiecie trockim) wychowywane są w duchu wywrotowym – że jest Polką, uznaje tylko władzę Rządu Narodowego w Warszawie, „a cara to on sam jako Rosjanin może kochać, jeżeli ma ochotę”. Gazeta zacytowała słowa małej bohaterki. „Donos kończył się konkluzją” – pisze jej wnuczka, „że dzieci należy odebrać matce i oddać na wychowanie do Instytutu Błagorodnych Diewic w Petersburgu”. Na szczęście sprawę zatuszowano. Nietrudno się domyślić, że to właśnie Marynia Szetkiewiczówna, panienka o jasnych oczach i świetlistych włosach, która „płochliwa nie była”, stała się pierwowzorem Oleńki Billewiczówny z „Potopu”. Wykształcona w domu, przez całe życie zdradzała zainteresowania intelektualne. Jako narzeczona Henryka Sienkiewicza, podróżująca po Europie domagała się w listach do rodziny lektur, z którymi się nie rozstawała. Jakie to były książki? Oprócz nut „Geografia porównawcza”, „Chemia” Richtera,
I tom Mendelejewa i I tom „Estetyki”, „Ekonomia polityczna” Mille”a i „dwa tomiki Macaulaya po angielsku” (list z 1881 r.). Oto portret młodej Polki. Prawdziwej Oleńki. Wychowanej w domu, gdzie kwitła wiara i nadzieja. Gdzie nie zajmowano się głupstwami.
Tak opisuje ją zakochany po uszy Sienkiewicz w roku 1879 na podstawie fotografii, którą odebrał z zakładu w Wenecji: „Trochę przechylona głowa, prawa ręka oparta na fotelu, lewa niedbale zwieszona, słowem, cała postać to obraz of a sweet, little darling girl, która wróciła dopiero z balu, w uszach ma jeszcze ostatniego walca, w głowie szum komplementów i zachwytów, a na sumieniu dziesiątki pozawracanych głów…”.
Najwierniejsza żona, muza i opiekunka pisarza, odeszła w wyniku choroby po paru zaledwie latach małżeństwa. Wszyscy biografowie są w tej sprawie zgodni: bez niej nie byłoby „Trylogii”.

Zakończenie

Wypada dodać na koniec, że kariera doktora Bandrowskiego jako dyrektora teatru, choć efektowna, była krótkotrwała. Zniszczyły ją brak talentu, jakiegokolwiek przygotowania i chęć błyszczenia. W ciągu paru lat rodzina z trójką dzieci, żyjąca dotąd w dostatku, znalazła się na granicy ubóstwa. Musiała opuścić Kraków, sprzedać mieszkanie przy Rynku i zamieszkać w prowincjonalnej mieścinie.


Ewa Polak-Pałkiewicz
drukuj