Był nie ubeckim, ale esbeckim kapusiem

Z europosłem dr Markiem Migalskim (PiS) rozmawia Jacek Dytkowski



Profesor Jan Iwanek, dyrektor Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego, wytoczył Panu proces o zniesławienie, bo poczuł się urażony wypominaniem mu przez Pana tajnej współpracy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa. W przypadku wyroku skazującego konsekwencje dla Pana mogą być dotkliwe…

– Grozi mi kara do 2 lat więzienia. Jest to sprawa naprawdę kuriozalna. Gdybym bowiem został skazany w tym procesie nawet tylko na uiszczenie 200 zł kary, oznaczałoby to, że tracę prawo wykonywania zawodu. Czyli okazałoby się, że nie mógłbym pracować z młodzieżą na uniwersytetach, a esbecki kapuś – owszem, może. Jest więc to kuriozum samo w sobie. To także duża bezczelność, żeby osoba o takiej przeszłości wytaczała sprawę karną komuś, kto miał odwagę jeszcze jako jego podwładny mówić to, co od pewnego czasu wszyscy wiedzieli. Z tego powodu sytuacja prof. Iwanka jest mało komfortowa, śmieszna i żałosna. Jednocześnie straszne wydaje się to, iż żyjemy w kraju, gdzie esbecki kapuś ma odwagę i czelność ciągać kogoś po sądach, wiedząc, że wykonuję 80 proc. swojej pracy za granicą. Dla mnie przybycie na rozprawę nie oznacza 20-minutowej podróży samochodem – tak jak dla prof. Iwanka, ale przylot z Brukseli lub Strasburga.

Oskarżył go Pan m.in. o zainicjowanie akcji bojkotu składania oświadczeń lustracyjnych w 2007 roku…

– Tak, do czego notabene sam się przyznał w wywiadzie opublikowanym w „Dzienniku Zachodnim”. Na pytanie, dlaczego stanął on na czele buntu antylustracyjnego, odpowiedział wówczas, że zrobił tak, bo zawsze w całym życiu cechował się dużą odwagą i nikt inny nie chciał tego podjąć. Sam więc się przyznaje, że stanął na czele tej akcji. Poza tym nawet gdyby tak nie było, to cóż to za pomówienie? Akurat w środowisku naukowym przyniosłoby mu chwałę, ponieważ większość jest tam przeciwna lustracji. Gdyby więc nawet moje pomówienie było nieprawdziwe, cieszyłby się dzięki niemu wielkim szacunkiem w tym kręgu…

Czyli większość naukowców podzielała stanowisko prof. Iwanka, które było przeciwne lustracji?

– Pamiętam dyskusję sprzed ponad dwóch lat, kiedy lustracja była tematem palącym, dlatego że pojawił się wtedy dotyczący jej projekt ustawy. Odniosłem wówczas wrażenie, że naukowcy, którzy opowiadali się za głęboką lustracją, byli w mniejszości. Z publicznych oraz niepublicznych wypowiedzi, zwłaszcza najbardziej znaczących postaci polskiego życia naukowego, wynikało, że jednak większość tego środowiska jest zdecydowanie przeciwna lustracji. Oczywiście tłumaczono, że sprzeciw budzi tylko zaproponowana formuła lustracji. W moim przekonaniu, była to jednak negacja całej lustracji.

Mecenas Roman Mirek, pełnomocnik Jana Iwanka, twierdzi, że nie chce Pan współpracować z powodem w zakresie uchylenia immunitetu…

– Polecam panu mecenasowi lekturę niektórych dokumentów i aktów prawnych. Ponieważ gdyby się w nie wczytał, wiedziałby, że ja nie mogę ot tak, po prostu, zrzec się mandatu. To procedura uruchamiana na wniosek strony powództwa, a decyzję podejmuje Parlament Europejski. Zatem wyrażanie pretensji, czy twierdzenie, że nie wyrażam gotowości do współpracy w tej materii, jest o tyle kuriozalne i śmieszne, że przez ostatnie pół roku, kiedy oskarżyciele podnieśli tę kwestię, nie przyszło im do głowy, żeby złożyć taki wniosek. I to my z moim obrońcą mecenasem Rafałem Wypiórem musimy ich pouczać, co powinni zrobić, żeby pozbawić mnie immunitetu.

Stawi się Pan na procesie w grudniu?

– Tak. W tego typu procesach sąd musi pierwszą rozprawę poświęcić próbie pogodzenia stron, ale z mojej strony nie można zbyt wiele tutaj oczekiwać.

Nie wycofa Pan swoich słów?

– Nie. Jedno mogę wycofać, gdyż dotyczy ono tego, że nazwałem Iwanka „ubeckim kapusiem”. Zwrócił on uwagę, że miał 2 lata, kiedy Urząd Bezpieczeństwa rozwiązywano w 1956 roku. Rzeczywiście jestem więc w stanie wycofać się z tego i powiedzieć, że był on natomiast „esbeckim kapusiem”.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj