O świadomości historycznej – polemicznie

Poglądy, jakie zaprezentował premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin podczas tegorocznych obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, z konieczności muszą niepokoić. Mnie jednak równie mocno, a może jeszcze mocniej niepokoi fakt, że od wielu lat tego rodzaju wersja najnowszej historii upowszechniana jest przez niektórych polskich publicystów. Szczególnie symptomatyczna jest w tym zakresie publicystyka uprawiana na łamach „Polityki” przez Adama Krzemińskiego, specjalizującego się w polsko-niemieckiej problematyce historycznej.

W pełni się zgadzam z tezami prof. Andrzeja Nowaka, przedstawionymi w wywiadzie pt. „To był policzek dla Polski”, opublikowanym w „Naszym Dzienniku” (nr 208, 2009 r.), krytycznie oceniającymi niebezpieczne dla Polski wypowiedzi premiera Putina, a szczególnie z następującym fragmentem: „Najważniejszym elementem politycznym przemówienia było(…)przypomnienie traktatu wersalskiego jako głównego winowajcy rozpętania II wojny światowej. Jednak w przemówieniu jeszcze mocniej zabrzmiało stwierdzenie, że główną „zbrodnią” tego traktatu było poniżenie „wielkiego narodu niemieckiego”. Zdaniem Putina to właśnie stało się przyczyną II wojny światowej”.

Skąd my to znamy?
Niestety, zacytowany fragment wypowiedzi Putina brzmi znajomo. Już 10 lat temu Adam Krzemiński pisał w „Polityce” (nr 26, 1999 r.), w artykule „Polska beneficjentem układu wersalskiego”, że konstrukcja wersalska była od początku ułomna, bo tworzyła dwóch pariasów: Niemcy i wyłączoną z Europy bolszewicką Rosję. W dalszej części artykułu Krzemiński mówił o „krzywdzie” terytorialnej Niemiec. Zastanówmy się przez moment: „nieskrzywdzenie” Niemiec to zostawienie im Wielkopolski, części odzyskanego Śląska i Pomorza, bo Alzację i Lotaryngię pokonani jakoś by przeboleli. Czy można się dziwić, że wypowiedzi te zyskały uznanie władz niemieckich, które odznaczyły Krzemińskiego orderem państwowym?
Z okazji 70-lecia agresji niemieckiej (i sowieckiej) Krzemiński po raz kolejny zabrał głos w „Polityce” (nr 35, 2009 r.), publikując artykuł „Pamięć i pamiętliwość”. Wynika z niego, że sąsiadom przypisuje pamięć, a Polakom pamiętliwość historyczną. Oto fragment jego tekstu: „Według badań jesteśmy przekonani, że w XX w. – tym najgorszym stuleciu w dziejach Europy – Polacy byli narodem bohaterskim, ofiarą agresji sąsiadów i wiarołomstwa sojuszników. A równocześnie mamy kłopoty z uznaniem faktów wstydliwych: mocarstwowej bufonady przed wybuchem wojny, bezhołowia w kampanii wrześniowej, donosicielstwa w czasie okupacji, obojętności na los Żydów, nie mówiąc już o Jedwabnem. Po bez mała dekadzie narodowej ofensywy w polityce historycznej nasza pamięć zbiorowa zakrawa na starannie konserwowaną pamiętliwość. Nie bardzo pobudza do krytycznej refleksji nad błędami przedwojennej polityki, która tak fatalnie skalkulowała rachunek strat i zysków. Stereotypowi polskiej ofiary, „która uratowała Europę”, nierzadko towarzyszy moralność Kalego: ukraińska walka o własne państwo to bandytyzm, ale nasze powstania śląskie po niekorzystnym plebiscycie są w porządku”.

„Polityka” a prawda
Co jest niewłaściwego w opisanych przekonaniach Polaków? – Czy byliśmy narodem bohaterskim? Byliśmy. Zarówno polska armia we wrześniu 1939 r., jak i polskie jednostki na Zachodzie i Wschodzie, na lądzie, w powietrzu i na morzu są tego dowodem. Świadczą o tym również istnienie Polskiego Państwa Podziemnego, walki partyzanckie, organizacja polskiego szkolnictwa i bohaterstwo ludzi ginących za to, że byli Polakami.
Czy byliśmy ofiarą agresji sąsiadów? Tak. 1 i 17 września 1939 r. napadli na Polskę nie Hitler i Stalin, jak to czasem ujmują nasze podręczniki, ale Niemcy i ZSRS.
Czy byliśmy ofiarą wiarołomstwa sojuszników? Tak. 16 września Wielka Brytania i Francja zdecydowały, że nie udzielą Polsce pomocy, a 17 września zaatakował (nie „wkroczył”) Związek Sowiecki. Dziwna zbieżność. Może ktoś Stalina o tym poinformował?
Nie jest też prawdą, że Polacy skrywali fakty i zachowania negatywne niektórych jednostek. Prawdą jest, że były one moralnie potępiane, a w miarę możliwości również karane. Złe zachowania ujawniają się w sytuacjach trudnych w każdym narodzie, ale analiza faktów historycznych dowodzi, że w naszym społeczeństwie, które w latach 1918-1939 mogło wychować w wolności tylko jedno pokolenie, ilość tego typu zachowań była wyjątkowo mała.
Stwierdzenie „bezhołowie kampanii wrześniowej” jest nadużyciem. Niemcy w Polsce wypróbowali nową strategię prowadzenia wojny, polegającą zarówno na równoległym zastosowaniu szybkich zagonów pancernych i terroryzmu lotniczego skierowanego na obiekty wojskowe, jak i bombardowaniu otwartych miast i mordowaniu na drogach uciekinierów. Tego sposobu prowadzenia wojny nasze państwo i naród doświadczyły jako pierwsze. Czy po roku, kiedy już można było wykorzystać te doświadczenia w kampanii francuskiej, a po dwóch latach w czasie ataku na Związek Sowiecki, „bezhołowie” było mniejsze? Wszystko dowodzi, że raczej większe. Więc o co te pretensje, redaktorze Krzemiński?
„Obojętność na los Żydów” – tego typu generalizowanie można porównać jedynie do skandalicznych wypowiedzi Alicji Całej. Ile jeszcze tysięcy drzewek z polskimi nazwiskami powinno być posadzonych w Yad Vashem, żebyście przestali, redaktorze, pisać te kłamstwa? Byłem tam przed rokiem. Już brakuje miejsca. Po 7 czy 8 tys. drzewek dla Polaków dla kolejnych funduje się już tylko nazwiska na tablicach, a równocześnie w Warszawie rządząca koalicja pod wpływem jakiegoś lobby (chętnie dowiedziałbym się jakiego) nie pozwala postawić na placu Grzybowskim pomnika upamiętniającego Polaków pomordowanych za udzielanie pomocy ludności żydowskiej.
Sprawę Jedwabnego, mimo tysięcy potępiających wypowiedzi prasowych, mimo „zrobienia nam gęby” w całym świecie zachodnim, mimo mówienia jednym tchem o zbrodniach niemieckich i polskich, nie uważam do końca za naukowo wyjaśnioną. Ale o tym i o stosunkach polsko-żydowskich trzeba by napisać oddzielnie.
A jak ocenić stwierdzenie o polskiej „moralności Kalego”, według której „ukraińska walka o własne państwo to bandytyzm, ale nasze powstania po niekorzystnym plebiscycie są w porządku”. Tu już należałoby gruntownie zbadać stan wiedzy historycznej redaktora Krzemińskiego.
Prawda wygląda tak, że w okresie od 1918 do 1921 r. państwo polskie było za powstaniem niepodległej Ukrainy, albo jako części federacji z Polską, Litwą i Białorusią, nawiązującą do czasów I Rzeczypospolitej, albo jako państwa niepodległego. Problemem były granice, a te ze względu na ogromną płynność narodowościową między Odrą a Dnieprem musiały być kwestią sporną. Lwów to przecież miasto przez wieki „semper fidelis” (zawsze wierne) Rzeczypospolitej, a w XIX wieku centrum polszczyzny. Natomiast okolice Lwowa były przeważnie ukraińskie (rusińskie). Ukraińcy sięgali po Chełm i Przemyśl, a Polacy po Żytomierz, Kijów i Winnicę. Razem z Polakami walczyły w 1920 roku ukraińskie jednostki Petlury. To samo, zmieniając nazwy, można powiedzieć o Białorusi. Natomiast nie bandytyzmem, a zbrodniami przeciw ludzkości były mordy popełniane na polskiej ludności cywilnej w latach 30., w czasie terroru stalinowskiego oraz w czasie II wojny światowej na Kresach, szczególnie na Wołyniu i w Galicji (Małopolsce) Wschodniej.
Charakter Powstań Śląskich był inny. Ich korzenie sięgają odrodzenia narodowego na Śląsku. Podobne procesy zachodziły w Czechach, na Ukrainie, Słowacji i Litwie Żmudzkiej. Bezpośrednim impulsem były prześladowania polskiego ruchu narodowego, co spowodowało wybuch I i II Powstania Śląskiego. Natomiast III powstanie nie było sprzeciwem wobec przegranego plebiscytu, tylko wobec „cudów nad urną”, jakbyśmy powiedzieli dzisiejszym językiem, spowodowanych sprowadzeniem z Rzeszy 200 tys. wyborców i gigantycznej propagandy niemieckiej. Zresztą państwa zachodnie okazały się mało hojne, dając nam 1/3 obszaru plebiscytowego i zostawiając po stronie niemieckiej np. wybitnie polski powiat strzelecki. To dla powstańców z tego terenu weimarskohitlerowska Rzesza wybudowała ogromne więzienie w Strzelcach Opolskich. Władza komunistyczna wykorzystała ten kompleks, osadzając tam m.in. bogatych chłopów-autochtonów, skutecznie obrzydzając im Polskę. Wiem coś o tym, bo jeździłem na widzenia do ojca, który odsiadywał tam 10-letni wyrok, aresztowany w 1952 roku we Wrocławiu z rozkazu zbrodniarza płk. Badnera, posługującego się wtedy imieniem i nazwiskiem Filip Barski.
Krzemiński zarzuca Polakom „(…) brak refleksji nad błędami przedwojennej polityki”. W ostatniej części swojego artykułu analizuje „warianty niedokonane tejże polityki w 1939 r.”, np. ewentualną współpracę Polaków z Niemcami w 1939 r., powołując się na „błyskotliwy esej” Tomasza Łubieńskiego „Rok 1939”. Jak zaznacza autor artykułu, Łubieński, krytykując politykę ministra Becka, przyznaje jednocześnie, że „”(…) przymierze z Hitlerem skończyłoby się dla Polski nie tylko klęską, ale i hańbą współudziału w walce z całą cywilizacją europejską, do której Polacy przecież się poczuwali””. Z tego jednak wynika, że przedwojenne władze polskie miały rację, a inne polityczne scenariusze nie wchodziły w grę! O wariancie fińskim omawianym przez Łubieńskiego i Krzemińskiego nie ma co nawet wspominać. Nasze położenie geopolityczne, duży potencjał demograficzny i posiadany system wartości były takie, że ani Niemcy, ani Rosja sowiecka nawet by go nie rozpatrywały.
Po tak wielkiej tromtadracji – jak widać sprzecznej wewnętrznie, autor dochodzi w końcu do wielkiej syntezy, stanowiącej „oczywistą oczywistość”: „Polska rzeczywiście przerwała pasmo pokojowych podbojów Hitlera i rzeczywiście nie poszła razem z Hitlerem na Moskwę. Nie ma więc powodu, by dzisiaj w Moskwie nadal usprawiedliwiano pakt Hitlera ze Stalinem i udział Armii Czerwonej we wrześniowej agresji na Polskę”. Tu zgoda. Tylko jak się to ma do sformułowanego na początku artykułu poglądu o „fatalnym skalkulowaniu rachunku strat i zysków”? Nijak. To po prostu oszczerstwo pod adresem Polski i Polaków. W 1939 roku nie mieliśmy alternatywy. Dlatego uważam pamięć historyczną moich rodaków za właściwą.

Przyszłość pokaże
Wydawałoby się, że to powinien być koniec całej wypowiedzi Krzemińskiego. Tymczasem nie: rzeczywistą konkluzję stanowi ostatnie zdanie publicysty. „(…) nie ma(…)powodu, by nasza pamiętliwość zamykała nam oczy na początek zmian w rosyjskim rozumieniu początku II wojny światowej. Już sama wizyta niemieckiej pani kanclerz i rosyjskiego premiera 1 września na Westerplatte ma niebagatelne znaczenie”.
Wolne żarty. Radość z faktu, że nas „zaszczycili”, to chyba jednak za mało. Ważne, co powiedzieli i co będą robić. Wystąpienie Angeli Merkel oceniam pozytywnie, podobnie jak przeproszenie za bezczynność ze strony brytyjskiej. A gdzie schowali się Francuzi? Gdzie nasi wielbieni od czasów Napoleona sojusznicy? Niestety, wystąpienie Putina było takie, jak ocenił je prof. Andrzej Nowak.
W najbliższym półroczu realnie sprawdzimy, czy Rosja i Niemcy podpisały ostateczne porozumienie o rurociągu przez Bałtyk, który stanowi ogromne zagrożenie ekonomiczne i polityczne dla Polski. Czy zostanie podpisane porozumienie gazowe Polska – Rosja z uwzględnieniem interesów obydwu stron? Czy zostaną udostępnione rosyjskie archiwalia ze śledztwa katyńskiego? Czy zacznie się proces oddawania zbiorów sztuki i polskich zbiorów archiwalnych zagrabionych podczas II wojny światowej? To będą dowody, jak rzeczywiście jesteśmy traktowani.
Również i ja chciałbym zakończyć tę polemikę trzema uogólnieniami. Szkoda, że pozycję Polski pomiędzy dwoma silnymi sąsiadami osłabiają swymi wyznaniami „europejscy kosmopolici”, których nieliczna grupa ulokowana m.in. w „Polityce” i w „Gazecie Wyborczej” nadaje ton polskiej publicystyce międzynarodowej. Tych, którzy chcieliby mnie pozwać, traktując tę nazwę jako epitet, informuję, że wziąłem ją z artykułu Aleksandra Smolara zamieszczonego w „Dzienniku”, gdzie tenże traktuje „europejski kosmopolityzm” równie pozytywnie jak przed 50 laty w tekstach jego mamy, Walentyny Najdus-Smolar, był oceniany „marksistowski internacjonalizm”.
Problematyka historyczna wbrew pozorom nie jest dla dziennikarzy łatwa. Aby się nią zajmować, trzeba posiadać dość wysoką wiedzę, rzetelność w dobieraniu argumentów oraz przyjęty w naszym kręgu kulturowym system wartości. Niestety, wielu publicystom tych zalet brakuje.
Potrzebna jest w Polsce, jak to jest u Żydów, Niemców i Rosjan, państwowo-narodowa polityka historyczna. Zaplanowana na dziesięciolecia, zawierająca cele, metody, środki materialne i kompetentne kadry. A ci, którzy czują ważność tych działań i potrafią to robić, powinni mieć poparcie społeczne, a nie spotykać się z pogardą i epitetami „europejczyków”.
To, co powiedziałem powyżej, nie stoi w żadnej sprzeczności z koniecznością budowania autentycznej europejskiej świadomości historycznej opartej jednakże na prawdzie historycznej, a nie politycznej poprawności.

Prof. Janusz Rulka

***************************************

Prof. Janusz Rulka jest emerytowanym profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i oraz Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Specjalizuje się w badaniach świadomości historycznej młodzieży oraz w problematyce mediów. Jest autorem i redaktorem kilkunastu prac naukowych oraz podręczników do wiedzy o społeczeństwie.
drukuj