Wojna zabiera najlepszych żołnierzy
Kazanie Biskupa Polowego WP wygłoszone w kościele parafialnym p.w. św. Maksymiliana Kolbe podczas Mszy św. pogrzebowej plut. Marcina Poręby, który tragicznie zginął w Afganistanie
Stojąc w obliczu tej śmierci, nasuwa się mimo wszystko pytanie: co potem? Co potem, gdy człowiek wyda ostatnie tchnienie. Znana jest rozmowa św. Filipa Neri z pewnym studentem, na którego życie decydująco wpłynęło powtarzane przez świętego pytanie: co potem? Co dzieje się z człowiekiem po śmierci? Jaki jest jego dalszy los? Czy osiąga on swój ostateczny cel – wieczne szczęście w niebie? „Opuszczam świat i idę do Ojca”, powiedział Zbawiciel przy swoim odejściu. Słowa te wytyczają dla naszego życia kierunek nieodwracalny. To właśnie nieodwracalne ukierunkowanie sprawia, że nadzieja nieśmiertelności poszczególnego człowieka i możliwość wiecznego trwania ludzkości, razem się schodzą i spotykają w Chrystusie, którego można nazwać zarówno „Ośrodkiem jak i w należytym znaczeniu końcem historii”. Z tej przyczyny, przekonanie o małości i niewystarczalności nadziei ograniczonej do wymiarów jedynie doczesnych winna cechować każdego ucznia Chrystusa. Iść do Ojca, to wrócić do domu ojczystego, do szczęścia wiecznego. Na ziemi przemija wszystko, jesteśmy tu pielgrzymami, nad których pochodem unosi się pytanie: co potem? Trafny był napis na pewnym starym domu: „Dom ten jest mój i nie mój, po mnie wejdzie doń ktoś inny. Dom nie będzie także jego ani mój, mieszkanie nasze ma być w niebie”. Tak, wszystko trzeba opuścić, wszystko na ziemi jest przemijające. Z najbardziej krzepkiego ciała wnet wyziera szkielet. Bardzo więc na miejscu jest stawianie tego pytania: co potem?
Stojąc przy tej trumnie, jaką dalibyśmy odpowiedź? Dojrzały chrześcijan odpowie jak jego Mistrz: opuszczam świat i idę do Ojca. Rozstając się chrześcijanie mówią więc sobie: do widzenia! Prawdziwy chrześcijanin w sposób konieczny poznaje Jezusa Chrystusa przez obrazy, przypowieści i opowieści Ewangelii. Dochodzi do wiary przez świadectwo i przykłady naszych bliźnich, przez wspólnoty parafialne, udział w Eucharystii dni skupienia i podobne inicjatywy, przez wydarzenia czy książki. Są one uchwytne i konkretne. To wszystko wskazuje poza siebie na wszechobecnego Chrystusa, który zawsze i wszędzie żyje i działa. Powoli odkrywamy królestwo Boże w nas. Jezus Chrystus nie jest tylko kimś poza nami, do kogo się zwracamy. Staje się coraz bardziej nieuchwytny, a zarazem wszechobecny, żyjący pośród nas i bliższy nam niż my sami sobie. Stopniowo wzrasta w relacji do Niego bezpośredniość, która już nie ma formy ani żadnej postaci. On sam się objawia. Daje nam „światłe oczy serca” (Ef 1,18), byśmy Go poznali. Trzeba nam tylko wejść na drogę Ewangelii, która zawsze prowadzi do mistycznego zjednoczenia z Jezusem Chrystusem i tu na ziemi i w wieczności. Droga Ewangelii zawsze odpowie na pytanie: co potem, gdy człowiek wyda ostatnie tchnienie? Potem już tylko życie wieczne i szczęście bez końca!
Tak jak do usłyszenia dźwięku potrzebna jest cisza, a do dostrzeżenia światła ciemność, tak też do doświadczenia pełni życia wydaje się potrzebna śmierć. Popiół sypany na głowy w środę popielcową przypomina, że jesteśmy „ludźmi śmierci i odkupienia”.
Prawdę tę niezwykle sugestywnie przedstawił w Tryptyku rzymskim Ojciec Święty Jan Paweł II. W tej poetyckiej medytacji czytamy:
I tak przechodzą pokolenia –
Nadzy przychodzą na świat i nadzy wracają do ziemi, z której zostali wzięci.
„Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”.
To co było kształtne w bezkształtne.
To co było żywe – oto teraz martwe.
To co było piękne – oto teraz brzydota spustoszenia.
A przecież nie cały umieram,
to co we mnie niezniszczalne trwa!
Słowa Papieża tchną wielką nadzieją. Płynie ona nie tylko z faktu, że człowiek nie cały umiera – pozostawiając po sobie dzieła materialne: książki, rozprawy naukowe, utwory muzyczne, monumentalne budowle, wynalazki – lecz przede wszystkim z faktu naszego zakorzenienia w Bogu. W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jako Jego obraz i podobieństwo. Gdy dobiegnie kres naszej ziemskiej drogi, wypełniwszy uprzednio przeznaczoną nam misję, wrócimy do Boga. Drogę powrotną przetarł nam Chrystus, który przez swoją mękę odkupił nasze grzechy i wybawił nas od związanej z nimi wiecznej śmierci. Śmierć od tamtego momentu nie oznacza już dla człowieka końca – jest powrotem do Stwórcy i początkiem nowego życia u Jego boku.
W przejściu do pełni życia paradoksalnie istotną rolę odgrywa ludzkie ciało. Niemiecki jezuita Karl Rahner podkreśla, iż jest ono punktem węzłowym zbawienia. Ciało – tłumaczy Rahner – to (…) nie tylko oś ruchu prowadzącego w znikomość i śmierć, lecz również oś i zawiasa ruchu, który poprzez tę znikomość i marność prochu przechodzi w życie, w wieczność, w Boga.
Mimo tak obiecującej perspektywy człowiek odczuwa lęk przed śmiercią. Szczególnym niepokojem napawa go myśl o cierpieniu z nią związanym, trwającym przecież czasem wiele lat. Jak wobec tej rzeczywistości zachować ufność i wiarę? Ciekawe doświadczenie w tej materii posiadają lekarze, wolontariusze i księża pracujący ze śmiertelnie chorymi dziećmi. Okazuje się, że mali pacjenci potrafią przewidzieć zbliżający się kres doczesnej wędrówki. W odpowiedniej chwili żegnają się ze swoimi rodzicami i opiekunami. Odchodzą z nadzieją i pogodą ducha, przeczuwając, że zmierzają ku Stwórcy.
Niezwykły obraz przygotowań do śmierci przedstawia Eric-Emmanuel Schmitt w książce „Oskar i Pani Róża”. Dziesięcioletni Oskar cierpiący na nieuleczalną chorobę, przebywa na oddziale dziecięcym szpitala. Przypadkiem słyszy rozmowę rodziców z zajmującym się nim lekarzem. Doktor powiadamia bliskich chłopca, że w jego przypadku medycyna jest już bezsilna. Rodzice nie mają jednak odwagi porozmawiać o tym z synem. Przerażeni i zrozpaczeni odjeżdżają do domu. Oskar obserwujący ich z ukrycia uznaje to za przejaw tchórzostwa.
Osobą, która oswaja go ze śmiercią i subtelnie przeprowadza na „drugą stronę”, jest ciocia Róża – życzliwa wolontariuszka, starsza pani odwiedzająca chore dzieci. Róża zachęca Oskara do pisania listów do Boga, w których będzie opisywał swoje przeżycia i trudności. Uświadamia chłopcu, że nawet Bóg nie uniknął cierpienia. Według pani Róży myśl o śmierci wcale nie musi wywoływać bólu i paraliżującego strachu. Tak właśnie było w przypadku jej matki, która na łożu śmierci łakomie się uśmiechała, niecierpliwiła się, spieszno jej było zobaczyć, co będzie potem. Opierając się na wspomnianym przykładzie, szpitalna ciocia proponuje Oskarowi twórcze wykorzystanie danego mu czasu. Doradza, aby każdy z dwunastu dni pozostałych do końca roku przeżywał jako dziesięć lat. Dzięki temu założeniu Oskar dożywa „sędziwego” wieku. Umiera jako ponad „stuletni starzec” z pokaźnym bagażem życiowych i duchowych doświadczeń. Kiedy zbliża się koniec, Oskar odbywa poważną rozmowę z rodzicami. To on – umierające dziecko – przekonuje ich, że życie jest darem wyjątkowym i człowiek powinien się nim delektować, szanując upływający czas. Choroba, przemyślenia i śmierć Oskara stanowią swoistą lekcję dla jego bliskich i dla towarzyszącej im Róży. Prócz rozpaczy i smutku, które towarzyszą odejściu chłopca, pozostawia on po sobie miłość i nadzieję. Pani Róża wspomina, że przez ostatnie trzy dni przed śmiercią Oskar stawiał na szafce przy łóżku kartkę z napisem: Tylko Bóg ma prawo mnie obudzić. Te słowa nasycone są nadzieją: Bóg naprawdę jest przy nas. Cierpienia i śmierci co prawda nie można wyeliminować z ludzkiego życia, ale dzięki Jezusowi zyskują one inny charakter, stanowią nasze bogactwo w drodze do Nieba. Lecz do takiego ich pojmowania trzeba dojrzeć, tak jak Oskar i jego rodzice.
W piątek, 4 września br., w godzinach wieczornych dotarła do nas wszystkich smutna wiadomość: ok. godz. 15.30 czasu polskiego, prawie 3 km od bazy Giro, doszło do ataku na polski konwój logistyczny, w wyniku którego jeden polski żołnierz poniósł śmierć, a pięciu zostało rannych.
Do tragedii doszło podczas przejazdu konwoju z bazy Ghazni do bazy Giro. Pod transporterem Rosomak, który w kolumnie pięciu pojazdów wracał do bazy, został zdetonowany improwizowany ładunek wybuchowy. Na miejsce wypadku natychmiast wezwano śmigłowce ewakuacji medycznej. Rannych żołnierzy przetransportowano do bazy w Ghazni. W akcji ratowniczej, oprócz amerykańskich śmigłowców ewakuacji medycznej, brały także udział polskie śmigłowce z sił szybkiego reagowania: Mi-17 i Mi-24.
Plut. Marcin Poręba zginął tragicznie. Pojazd transportowy do tej pory skutecznie chronił polskich żołnierzy. W wypadku Marcina stało się inaczej…To pierwszy wypadek, w którym polski żołnierz zginął w „Rosomaku”. To już jedenasty polski żołnierz poległy w Afganistanie i trzeci ze szczecińskich jednostek.
Marcin Poręba, syn Zofii i Eugeniusza, miał 32 lata. Urodził się w Gościeradzu koło Lublina. Osierocił 7-letniego syna Szymona. W wojsku służył d 1997 roku. Zaczynał jako elew w Centrum Szkolenia Wojsk Przeciwlotniczych, następnie został skierowany do 55 Pułku Przeciwlotniczego w Szczecinie, tam pełnił zasadniczą, nadterminową służbę wojskową. W maju 2001 roku został przeniesiony do 5. Pułku Inżynieryjnego w Szczecinie-Podjuchach. Od 2005 roku pełnił służbę zawodową. Brał już udział w pierwszej zmianie misji Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku na przełomie 2003 i 2004 roku. Był tam z pierwszą, przygotowawczą grupą żołnierzy. Na misję do Afganistanu wyjechał w kwietniu 2009 roku. Był dowódcą patrolu saperskiego.
W godzinach popołudniowych 5 września br. trumnę z ciałem plut. Marcina Poręby, w asyście kolegów z plutonu rozminowania, kondukt żałobny odprowadził na polską cześć „helipadu”, gdzie odbyło się ostatnie pożegnanie żołnierza. „Wojna zabiera moich najlepszych żołnierzy (…)” – tymi słowami płk Rajmund Andrzejczak, dowódca Polskich Sił Zadaniowych „White Eagle”, rozpoczął ceremonię pożegnania. W przemówieniu pożegnalnym dowódca odwołał się do bohaterstwa saperów, którzy na co dzień, bardziej niż inni narażają swoje życie. „Nie ma wątpliwości, że Marcin to siła, odwaga, upór i mądrość.(…)W imieniu wszystkich żołnierzy – dziękuję Ci za Twoją służbę!” – podkreślił dowódca.
Por. Daniel Stefaniak bezpośredni przełożony Marcina, który nie ukrywał żalu po stracie nie tylko doskonałego, nienagannego służbą żołnierza, ale i kolegi, powiedział: „Ratowałeś innym życie, a samemu nie udało Ci się uratować”.
Uroczystości na helipadzie poprzedziła Msza święta sprawowana przez ks. majora Mariusza Tołwińskiego oraz ks. majora Władysława Jasicę. „Dzisiaj zgromadziliśmy się w tej kaplicy, bo wczoraj niektórzy z nas stracili podwładnego, inni kolegę, a część ze zgromadzonych przyjaciela. (…) Nie potrzeba dziś łez i żalu, dziś musimy wierzyć i modlić się o życie wieczne dla Marcina. Wczoraj zakończyło się tak naprawdę jego ziemskie życie. Wierzymy, że dobry Bóg przyjmie go do swojego Królestwa”. Kapelan z bazy Warrior, ks. mjr Mariusz Tołwinski wspominając zmarłego podkreślał, że był opanowanym, odpowiedzialnym i spokojnym młodym człowiekiem. Życzliwy i zawsze chętny do niesienia pomocy. Był tym, który z racji pełnionej służby, zawsze narażał swoje życie jako pierwszy, po to m.in. żeby inni żołnierze mogli nieść pomoc potrzebującym mieszkańcom Afganistanu.
„Znałem go, to był znakomity żołnierz – powiedział major Zbigniew Kosztowny – oficer prasowy dowódcy 5. Pułku inżynieryjnego. – Był wszechstronnie wyszkolonym, świetnym łącznościowcem, po kursach m.in. kryptografii, rozminowania, jazdy Rosomakiem. Bardzo silny psychicznie, spokojny, zrównoważony. Żołnierz z zamiłowania. Był koleżeński, lubiany przez innych żołnierzy – bardzo nam go brakuje”.
Pochylamy się dzisiaj z wdzięcznością nad Mamą i Bliskimi z rodziny dzielnego Żołnierza – Marcina w geście współczucia i chrześcijańskiej solidarności, prosząc za wstawiennictwem Maryi Hetmanki Żołnierza Polskiego o pociechę w ich wielkim smutku i żałobie. Nikt z ludzi nie jest w stanie utulić w bólu tych, którzy stracili pociechę swoich oczu i nadzieję na pomocną wyciągniętą dłoń. Dlatego wraz z księżmi kapelanami proszę Chrystusa, aby pomógł wszystkim będącym w żałobie i smutku popatrzeć na śmierć śp. Marcina Poręby z perspektywy Krzyża i Zmartwychwstania.
„W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 2-3).
Te słowa Jezusa Chrystusa budzą naszą nadzieję na życie wieczne i na spotkanie z naszymi Zmarłymi. Ufamy, ze w Domu Ojca swoje mieszkanie będzie miał także śp. Żołnierz Marcin, który złożył swoje życie w ofierze za lepszy i bardziej sprawiedliwy świat, w którym nie będzie przemocy i bezsensownego niszczenia ludzkiego życia, a każdy naród będzie mógł rozwijać się w poczuciu bezpieczeństwa i międzynarodowej solidarności.
Popatrz, jak prędko mija czas,
Życie twe też przeminie wraz.
Życie, to jedno, które Bóg ci dał.
Troski, kłopoty skończą się,
Powiedz, szczęśliwy będziesz ty?
Powiedz, czy ty Jezusa znasz?
Pomyśl, On szczęście wieczne ma.
Pomyśl, jak spędzasz życia czas.
Pomyśl, gdy życie skończy bieg,
Przejdziesz na tamten drugi brzeg.
Powiedz, szczęśliwy będziesz tam?
Może jest smutna dusza twa,
Może pokoju w niej jest brak,
Może tęsknota dręczy cię?
Jezus twój każdy widzi krok,
Jezus rozjaśni duszy mrok,
Jezus ukoi serca ból.
Przyjdź do Jezusa cudnych ran,
Powiedz Mu, co cię gnębi wciąż,
On ci Swe szczęście, radość da.
Przyjdź do Jezusa cudnych ran,
Powiedz Mu całą winę swą,
On ci swój pokój, szczęście da.
Amen.
+ Tadeusz Płoski
Biskup Polowy Wojska Polskiego
Szczucyn, 8 września 2009 roku
