Zabrakło podstawowego wsparcia

Z generałem dywizji Romanem Polko, byłym dowódcą GROM, rozmawia Łukasz Sianożęcki

Tłumaczenia szefa MON Bogdana Klicha odnośnie do poniedziałkowych wydarzeń w Afganistanie, kiedy to polsko-afgański patrol wpadł w pułapkę talibów, są wystarczające?
– Szczerze mówiąc, oczekiwałem czegoś bardziej konstruktywnego niż uspokajanie, usprawiedliwianie i mówienie, że żołnierze działali bez zarzutu i nic się nie stało. Tak do końca nie jest, gdyż jeżeli będziemy w ten sposób podchodzić do tego, co się wydarzyło w Afganistanie, w przyszłości możemy mieć do czynienia z jeszcze trudniejszymi i tragiczniejszymi zdarzeniami. W mojej opinii, stało się bardzo dużo. Nasi żołnierze, którzy znaleźli się w ogniu talibów, zostali pozbawieni wsparcia. To trzeba mówić otwarcie, nie zaś udawać, że to wsparcie było, tylko zbyt późno. Oczekiwałem od pana ministra deklaracji, że jeżeli wprowadzamy pewne ograniczenia, to nie będziemy realizować tych zadań, na które nie mamy sił i środków. Nie możemy tak improwizować, musimy działać profesjonalnie. I nie możemy usprawiedliwiać tego, że przez jakieś niejasne procedury gra się życiem naszych żołnierzy.

A jeżeli nie mamy sił i środków?
– To mówimy: nie. Wielokrotnie służyłem pod dowództwem amerykańskim i wiem, że odmowa nie spotyka się z niczym strasznym. Kiedy żądano od nas wykonania pewnej misji, wówczas my żądaliśmy takiego wsparcia, które pozwoliłoby ją zrealizować. Albo je otrzymywaliśmy, albo misja była przekładana do czasu, aż wsparcie było osiągalne.

Jak więc ta misja powinna wyglądać?
– Przed każdą taką misją przygotowuje się plany zapasowe, opracowuje różnorodne warianty, a przede wszystkim przygotowuje się wsparcie. W tym wypadku powinno być zorganizowane ewentualne wsparcie powietrzne, gdyż transport kołowy w tamtym terenie nie wchodził w grę. Okazuje się, że nasi żołnierze tego wsparcia nie mieli, gdyż śmigłowce wykonywały inne zadania. I to był pierwszy powód wskazujący na to, iż patrol ten należało przełożyć na inny czas, gdy te śmigłowce byłyby dostępne. Druga sprawa, siły specjalne również wykonywały inne zadania i też nie mogły przyjść z pomocą. Czyli nawet ci najlepsi, którzy powinni być w Siłach Szybkiego Reagowania, też nie byli w stanie pomóc naszym żołnierzom.

Polscy dowódcy stwierdzili jednak w swojej relacji, że takie wsparcie było. Powiedzieli, że amerykańskie myśliwce przybyły stosunkowo szybko, bo po 50 minutach…
– Nasi żołnierze byli szczęśliwi, że pokazało się cokolwiek, co odwróciło uwagę talibów choć na chwilę i osłabiło ogień z ich strony. Ale tego nie można nazwać szybką reakcją. Po wielu godzinach dostali tak naprawdę ewakuację medyczną. Samolot, który przeleciał nad polem walki, czy śmigłowce Apache nie mogły prowadzić skutecznego ataku, gdyż oznaczenie miejsca, w którym znajdowali się terroryści, było praktycznie niemożliwe. Dowódca oddziału, który byłby w stanie to zrobić, był już wówczas martwy. Zadziwiające jest także to, że pan minister nie zdementował informacji, z których wynikało, że polskie śmigłowce, które poleciały na miejsce zdarzenia, były nieuzbrojone. To, co pan Klich nazywał demonstracją siły, przemieniło się w demonstrację słabości.

Wracając do samej ewakuacji. Jak Pan sądzi, dlaczego porzucono ciało kapitana Ambrozińskiego?
– Na to pytanie będą musieli odpowiedzieć sobie sami żołnierze. Credo Rangersów, a kapitan, który zginął, był Rangersem, brzmi: „Nigdy nie porzucę towarzysza broni”. Nawet gdyby podczas ściągania martwego żołnierza z pola walki mieli zostać ranni inni członkowie oddziału, to takie zadanie się realizuje.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj