Nowa ustawa medialna: w oparach ideologii i demoralizacji


Koalicja PO – PSL, poszerzona o SLD, przygotowała projekt nowej ustawy medialnej „O zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych”. Wielu posłów z tytułu choćby nadmiaru zajęć może nie zdawać sobie sprawy, jak bardzo projekt ten jest niebezpieczny. Ich uwaga może być kierowana na tzw. podział łupów, czyli jaka partia, jakie otrzyma stanowiska i wpływy. A tymczasem warto, żeby posłowie, którzy zachowali przynajmniej minimum zasad moralnych i poczucia społecznej odpowiedzialności za podejmowane decyzje, przyjrzeli się bliżej treściom ideowym, jakie w tym projekcie są zawarte.

Po dokładnej lekturze nasuwają się nieodparte wnioski, że jest to projekt przygotowany przez jakieś niepolskie lobby, któremu obce jest wszystko to, co nam, Polakom, jest bliskie. Szczególnie zwraca uwagę niesłychana wprost dominacja ideologii oraz jawne otwarcie furtki do propagowania demoralizacji. Nie brak też prób manipulowania znaczeniem słów, a wszystko po to, by czytelnika wprowadzić w błąd.


Usługi medialne, czyli kłania się Orwell


Wyrażenie „usługi medialne”, zawarte w tytule projektu, jest dosłownym tłumaczeniem angielskiego zwrotu „mass media services”. Ale w języku polskim wyrażenie „usługi medialne” ma inne znaczenie niż wyrażenie angielskie. Bo gdy w języku polskim mówimy o usługach, to mamy na myśli sytuację, gdy klient zwraca się do punktu, w którym zamawia wykonanie czegoś dla siebie, np. usługi szewskie – daje własne buty do podzelowania, usługi budowlane – zamawia ekipę do postawienia domu, usługi kserograficzne – prosi o zrobienie kilku stron kopii jakiegoś artykułu. Natomiast w przypadku rządowego projektu „O zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych” nic takiego nie ma miejsca, ponieważ odbiorca, czyli telewidz lub radiosłuchacz, nie zamawia programów, on ma oglądać to lub słuchać tego, co mu dostarcza stacja telewizyjna lub radiowa. O tym, jakie programy będą emitowane, kiedy, kto w nich wystąpi, decyduje ten, kto pracuje w radiu lub telewizji na odpowiednio wysokim stanowisku. O tym nie decyduje odbiorca mediów, i dlatego tu nie może być mowy o usługach.

W tym kontekście widać, że wyrażenie „usługi medialne” posiada odcień wyrafinowanej hipokryzji, ponieważ wręcz sugeruje, iż każde życzenie odbiorcy zostanie spełnione, tymczasem media publiczne nie działają na życzenie. Tu nie ma mowy o usługach, zastosowanie tego zwrotu jest wyrazem jakiejś fałszywej uniżoności („witamy Państwa i służymy Państwu”). Jest to raczej orwellowska nowomowa, którą, jak pamiętamy, trzeba tłumaczyć na opak. Jeśli słyszymy o usługach medialnych, to strzeżmy się… propagandy i manipulacji.


To nie jest misja


Jest jeszcze drugie słowo użyte w projekcie w sposób równie przewrotny. To słowo misja. W tradycji kultury zachodniej misja oznacza działalność podejmowaną ze względów ideowych, służącą osobom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej lub duchowej, działalność nieobliczoną na zysk. I nic dziwnego, że tak rozumiana misja kojarzy się najczęściej z pracą zakonników bądź zakonnic, których określamy mianem misjonarzy, bo spieszą w najdalsze zakątki naszego globu, by pomagać tym, którzy nie tylko potrzebują pomocy, ale i dobrowolnie tego pragną. Co wspólnego ma misja tradycyjnie pojęta z funkcjonowaniem mediów? Niewiele albo nic, jest to zwykłe nadużycie słowa „misja”. Jeśli zaś ktoś powie, że chodzi tu o programy poświęcone kulturze, ale niedochodowe, to jednak nazywanie ich misyjnymi, w sytuacji gdy telewizja polska finansowana jest przez polskie abonamenty, to chyba jakieś nieporozumienie. Programy kulturalne w polskiej telewizji publicznej to nie misja, to nie łaska, to obowiązek i cel, bo przecież to właśnie dochodowa rozrywka ma służyć ambitniejszym celom, nawet jeśli nie przekłada się to na masową oglądalność.

Nowy projekt sprawia dziwne wrażenie, jest to, jakby powiedział Zagłoba, wszelkiej materii pomieszanie. Ale chaos ten jest dobrze przemyślany, bo po dokładniejszej analizie staje się jasne, że chodzi o eliminację ważnych punktów, jakie zawierała ustawa poprzednia (z roku 1992), by na ich miejsce wstawić nowe „wartości”, które pozwolą na to, aby telewizja publiczna radykalnie zmieniła swój ideowy profil.

Kluczowy jest tu artykuł 2 rozdz. 3, który nosi tytuł „Zadania publiczne w dziedzinie usług medialnych”. Wiemy już, że to nie są usługi, lecz odgórnie narzucany program, o którym nie decyduje telewidz, lecz dyrektor albo prezes stacji radiowej lub telewizyjnej. W artykule tym mowa jest o tym, w jaki sposób nadawca publiczny wypełnia swoją misję, choć wiemy, że to nie jest misja. A jeśli to nie jest misja, to co to jest? Przeczytamy, zobaczymy.


Po pierwsze – ideologia


Naczelne zadanie polskiej telewizji publicznej to „wspieranie budowy społeczeństwa obywatelskiego oraz kultury demokratycznej”. Takie oświadczenie odbiera mowę, znajdujemy się w centrum nie misji i nawet nie przekazu informacji, ale ideologii. Bo wszelka misja i komunikacja musi opierać się na prawdzie, rzetelności i uczciwości, natomiast budowa społeczeństwa obywatelskiego to realizacja utopijnego projektu, który jest reliktem rewolucji francuskiej, bo właśnie jej celem było zniszczenie społeczeństwa narodowego i religii, by stworzyć nowe społeczeństwo, zwane obywatelskim. W praktyce chodzi tu o zawłaszczenie całego człowieka, bo jako obywatel jest tylko własnością państwa; taki człowiek nie posiada żadnych uprawnień naturalnych z tytułu bycia człowiekiem, jest wyłącznie cząstką społeczeństwa, o którym aktualnie decyduje w całości rządząca partia. Ta rządząca partia posługuje się mediami dla prowadzenia indoktrynacji, by obywatel wiedział, co ma myśleć, zanim pomyśli. Dlatego autorzy tego projektu zabezpieczyli swoją partyjną kontrolę nad mediami publicznymi, a nam próbują mydlić oczy takimi mowami, jak społeczeństwo obywatelskie czy kultura demokratyczna. Polska telewizja ma odzwierciedlać życie polskiego społeczeństwa i polską kulturę, a nie służyć nowej ideologii.


Po drugie – pozorowany dialog


Kolejnym zadaniem jest „inspirowanie debaty publicznej w kluczowych kwestiach społecznych”. Ciekawy zapis, tylko pojawia się tu szereg pytań: kto taką debatę będzie inspirował, kto będzie w niej brał udział, gdzie ona ma się odbywać? Do studia radiowego lub telewizyjnego wszyscy się nie zmieścimy, na ulicy debatować nie będziemy, a parlament zajęli już posłowie i senatorowie. Dialog będzie pozorowany w ramach wspomnianej już kultury demokratycznej. Polega to na tym, że utworzy się pseudoreprezentatywność (władza rozmawia sama ze sobą za pośrednictwem zaaprobowanych przez siebie dziennikarzy), a to, co nie jest politycznie poprawne, będzie ośmieszane przez sprowadzenie do skrajności (patriotyzm to nacjonalizm, wiara to fundamentalizm), albo po prostu będzie przemilczane. To dzieje się w dużej mierze dzisiaj, a nowy projekt kurs ten jeszcze bardziej zaostrzy.


Po trzecie – państwo i naród, ale jakie?


Następny punkt to „promowanie postaw propaństwowych, sprzyjanie tożsamości narodowej”. Ręce same składają się do oklasków, gdy wreszcie po dwóch punktach ideologicznych pojawia się patriotyzm, ale… No właśnie, przecież nie wiadomo, o jakie państwo chodzi, nie jest napisane, że chodzi tu o państwo polskie, zwłaszcza że w perspektywie integracji z Unią Europejską na zasadach traktatu lizbońskiego państwa polskiego nie będzie, przynajmniej w sensie realnym, gdzie państwo oznacza suwerena. Dlaczego autorzy projektu nie sprecyzowali, że chodzi tu o państwo polskie? Sprawa wcale nie jest oczywista, zarówno w świetle kierunku, jaki przybiera Unia Europejska, jak i nasilających się tendencji roszczeniowych w stosunku do Polski ze strony obywateli i organizacji należących do innych państw. Równie zastanawiające jest pominięcie dookreślenia, o jaki naród chodzi, gdy czytamy, że media publiczne mają sprzyjać tożsamości narodowej. To bardzo piękne, wręcz zdumiewające, ale o jaki naród chodzi? W Polsce żyją różne narody, a podobno ma też powstać naród europejski. Więc co to za naród mają budować nowe media?


Po czwarte – kultura i oświata?


Kolejne punkty (4.-8.) akcentują promowanie kultury i oświaty, bo mowa jest o wspieraniu edukacji na wszystkich poziomach kształcenia, o trosce i upowszechnianiu kultury języka polskiego, o ukazywaniu bogactwa tradycji oraz współczesnej kultury polskiej, europejskiej i światowej, o wspieraniu aspiracji mniejszości etnicznych, a wreszcie o promowaniu dorobku nauki polskiej i światowej. Program zaiste ambitny, któremu nic chyba nie można zarzucić ani niczego dodać. A jednak i tutaj można zgłosić istotne zastrzeżenia. Jest to bowiem tak ambitne, że aż… nierealne. Umieszczenie tych wszystkich punktów nic nie kosztuje, można je zapisać i nic z tego nie wyniknie. Gdyby patrzeć na to realnie, to w mediach publicznych musielibyśmy mieć edukację na poziomie szkoły podstawowej, dwóch średnich, studia wyższe, łącznie z doktoranckimi; następnie osoby występujące stosunkowo często (dziennikarze, politycy) miałyby zakaz wstępu do studia przy zbyt częstym kaleczeniu mowy polskiej, co od pewnego czasu jest nagminne. Kultura polska liczy ponad tysiąc lat, kultura europejska ok. 3 tysięcy lat, a światowa ok. 6 tysięcy lat. I o tym wszystkim będziemy mogli się dowiedzieć z mediów publicznych? Wolne żarty. Z tego nie będzie nic, ale za to sprytnie wpleciony przepis o wspieraniu mniejszości etnicznych może posłużyć do rozsadzania kultury polskiej. I na tym się skończy ambitny program ukazywania kultury światowej, europejskiej i polskiej.


Po piąte – ideologia raz jeszcze


Kolejne punkty otwierają przed nami główne zadania mediów publicznych wypowiedziane już expressis verbis. Chodzi o przeciwdziałanie dyskryminacji ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć i orientację seksualną (9.), wspieranie integracji europejskiej (10.) i propagowanie praw człowieka (11.). Teraz wreszcie jesteśmy w domu. Kluczowa sprawa to włączenie do punktu 9. orientacji seksualnej. Dzięki temu w mediach publicznych środowiska homoseksualistów będą mogły w sposób jawny propagować swoją orientację, bez możliwości obrony i sprzeciwu ze strony tych, którzy taką postawę uważają za moralnie niedopuszczalną. Tym razem postawa taka będzie chroniona „prawem” i to odwołującym się do „praw człowieka”, tyle że odpowiednio zmodyfikowanych. Albowiem Powszechna Deklaracja Praw Człowieka z roku 1948, uznana za fundamentalny dokument w dziejach cywilizacji, nic nie mówi o tym, aby chronić orientację seksualną. Mówi natomiast o ochronie rodziny (art. 16). Jakie wobec tego prawa człowieka chcą promować autorzy projektu nowej ustawy medialnej? Nie jest to ani Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, ani Dekalog. Co to więc jest? Na to pytanie ciągle nie ma odpowiedzi, bo jesteśmy w trakcie budowy nowego społeczeństwa i nowego człowieka w ramach integracji europejskiej, którą media publiczne mają popierać bezwarunkowo, nie tylko na dobre, ale i na złe.


Po szóste, bez rodziny i chrześcijaństwa


Jak trafnie zauważył red. Wojciech Reszczyński („Nasz Dziennik”, 19.03.2009), z nowego projektu usunięto dwa fundamentalne zapisy, które obowiązywały w poprzedniej ustawie (29.12.1992). Chodzi o respektowanie chrześcijańskiego systemu wartości i umacnianie rodziny (art. 21). Takiego zapisu już nie ma. W tym momencie intencje autorów nowego projektu są już zupełnie jasne, chodzi im o to, aby media publiczne mogły prowadzić jawną dechrystianizację tego społeczeństwa, które będzie płacić za okaleczanie swojej tożsamości i niszczenie swoich rodzin. A choć ktoś powie, że z zapisu o umacnianiu rodziny czy respektowaniu wartości chrześcijańskich samoczynnie nic nie wynika, to jednak brak zapisu otworzy szeroko drzwi do demoralizacji i bluźnierstwa. My będziemy im płacić za to, że oni nas będą niszczyć. Trudno o bardziej przewrotny, a właściwie bezczelny scenariusz.


Projekt gorzej niż zły


Widać wyraźnie, że jest to projekt ze wszech miar groźny, nie tylko z punktu widzenia narodowego i politycznego, ale przede wszystkim moralnego i religijnego. Tym bardziej posłowie, którzy zachowują choćby minimum szacunku dla samych siebie i mają poczucie odpowiedzialności za to, co robią i w czym uczestniczą, powinni głęboko się zastanowić, zanim ten projekt poprą. Bo tu już nie chodzi tylko o rozgrywki polityczne czy biznesowe, tu chodzi o próbę moralnego zniszczenia naszego Narodu, właśnie za pomocą mediów publicznych. Taki jest główny cel projektu nowej ustawy medialnej, przygotowany z premedytacją i wyrafinowaniem, obliczony na społeczną niefrasobliwość i polityczne rozgorączkowanie rywalizujących partii. Każdy z posłów imiennie odpowiada za to, by projekt ten nie przeszedł. W grę wchodzą kwestie moralne, dlatego żaden poseł nie może czuć się związany dyscypliną klubową, która zmuszałaby go do poparcia zła. Ten projekt jest nie tylko zły, on jest wyjątkowo zły.


Prof. Piotr Jaroszyński
drukuj