Biła od Niego nadzwyczajna dobroć
Santo subito
Ze Stanisławem Markowskim, artystą fotografikiem, filmowcem, twórcą muzyki do hymnu „Solidarności”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Znał Pan ks. kard. Wojtyłę jeszcze z czasów krakowskich…
– Wszyscy krakowianie bez wątpienia kochali ks. kard. Wojtyłę. Był wielkim człowiekiem, o ogromnym autorytecie. Pamiętam Msze św. sprawowane przez Niego w katedrze wawelskiej, a także procesje Bożego Ciała, którym przewodniczył. Podczas swoich wystąpień nigdy nie stronił od ponurej rzeczywistości, jaka otaczała nas w czasach komunistycznych, po prostu nazywał ją po imieniu. Podobnie jak Prymas Wyszyński, kiedy zabierał głos, był to głos czytelny i jednoznaczny. Nigdy nie był to głos nienawiści, ale głos, który dodawał nam otuchy i nadziei. Dlatego mieliśmy w Nim wielkie duchowe i moralne wsparcie. Mój starszy syn Dominik uczęszczał do przedszkola na Pędzichowie, które prowadziły siostry ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości. Miałem więc kilka razy szczęście uczestniczyć w spotkaniach tego przedszkola z ks. kard. Wojtyłą w Pałacu Arcybiskupów Krakowskich. To przedszkole posiadało nadany przez Niego przydomek „Wesołe przedszkole”.
Skąd zainteresowanie księdza kardynała tym właśnie przedszkolem?
– Z tym przedszkolem łączyły go szczególne więzi. Opisała to w swoich pamiętnikach i książce „Moje spotkania z Ojcem” siostra Maria Goretti Nowak. Zakonnice wspólnie z dziećmi często modliły się za zdrowie ks. kard. Wojtyły i nie był to przypadek. Mało kto wie, że już wówczas przyszły Papież bardzo cierpiał z powodu kamieni nerkowych, czemu towarzyszyły silne bóle. Często wspominał, zresztą z wdzięcznością, że odczuwał wielką ulgę właśnie wtedy, kiedy siostry i dzieci zanosiły modlitwy w Jego intencji. Podczas wspomnianych spotkań z dziećmi ze wszystkimi się witał, każdego cierpliwie wysłuchiwał, był blisko nas i biła z Niego nadzwyczajna dobroć. Bawił się z dziećmi, brał je na ręce, siostra Maria przygrywała na akordeonie, a On z nimi tańczył.
Czy pamięta Pan pierwsze zdjęcie zrobione przyszłemu Papieżowi?
– Był rok 1976, procesja Bożego Ciała. Kardynał Wojtyła, ogromnie skupiony, z zamkniętymi oczami niesie monstrancję z Panem Jezusem. Podobną sytuację utrwaliłem później, w 1987 roku, pod kolumną Zygmunta w Warszawie, kiedy już jako Papież monstrancją błogosławił cztery strony Polski, świata. Zdjęcia te pokazują, jakim był, Jego zatopienie w Chrystusie. Można to odnieść do ostatnich dni Jego życia, kiedy umierając na oczach całego świata, nie wstydził się cierpienia, pokazując nam, jak z wiarą i nadzieją przejść przez tę nieuchronną dla każdego człowieka doczesną granicę do życia w Bogu. Jest też mnóstwo zdjęć z Krakowa, Częstochowy, kiedy po raz pierwszy jako Papież modlił się przed obrazem Czarnej Madonny, czy z innych miejsc w kraju i nie tylko, np. ze spotkania ekumenicznego z przedstawicielami religii całego świata w Asyżu. Są też zdjęcia z Białego Marszu, kiedy po zamachu na życie Ojca Świętego ponad trzysta tysięcy ludzi wyszło na ulice Krakowa w modlitwie błagalnej o Jego ocalenie.
Czy fakt, że znał Pan Papieża osobiście, był pomocny w fotografowaniu, czy może stanowił trudność?
– Myślę, że była to trudność. Mnie osobiście wchodzenie w sferę bliskości, intymności drugiego człowieka przeszkadza. Fotograf natomiast przeszkadza w modlitwie, skupieniu i dlatego musiałem to jakoś godzić. Nigdy nie uważałem się za zawodowego fotografa, reportera, ale kiedy fotografowałem dramatyczne momenty stanu wojennego, czas „Solidarności” czy pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki, zawsze starałem się być obserwatorem, uczestnikiem tych wydarzeń, a czasami, kiedy świadomie odkładałem aparat, nawet bardziej uczestnikiem. Tak jak w życiu, tak i w fotografii jest pewna sfera intymna, której jako człowiekowi nie wolno mi przekraczać.
Czy Papież lubił się fotografować?
– Ojciec Święty pod tym względem był niezwykłą osobą. Miał dobry kontakt z dziennikarzami i ich nie unikał. Nie tylko lubił, ale fotografowanie czy filmowanie własnej osoby wpisał w metodę ewangelizacji świata i nawracania ludzi do Pana Boga. Nigdy nikomu nie zabronił się fotografować, nawet w chwilach swojej choroby i bólu. Schorowany pokazywał na swoje cierpienie, nie po to, by się nim wzruszać, ale by pokazać los człowieka, który zwłaszcza w najtrudniejszych momentach życia trzeba związać z Chrystusem.
Czy jest jakieś zdjęcie Ojca Świętego, które darzy Pan szczególnym sentymentem?
– Takie zdjęcie otwiera jedną z cyklu moich wystaw poświęconych Papieżowi i Polsce pt. „Ojczyzno moja”. Zostało zrobione w okresie stanu wojennego, 23 czerwca 1983 roku, na lotnisku w Balicach podczas pożegnania przed odlotem do Rzymu. Drętwe przemówienia prominentnych wówczas polityków partyjnych, ludzie oddaleni na pół kilometra od Papieża, tak jakby z ich strony groziło Mu jakieś niebezpieczeństwo, i Jan Paweł II, który za chwilę ma opuścić Polskę. W pewnym momencie na twarzy zamyślonego Ojca Świętego pojawił się jakby skurcz, któremu towarzyszyło dotknięcie ręką czoła. Gest ten trwał kilka sekund i nie był przypadkowy. Zdjęcie to oddaje niesamowitą troskę Ojca, który za chwilę ma opuścić swój umiłowany kraj.
Jaki obraz Papieża zachował Pan w swoim sercu?
– Świętego – to za mało powiedziane, naszego świętego, ale jednocześnie bliskiego każdemu człowiekowi. Wciąż pozostaje niedoścignionym wzorcem, który każdy z nas powinien naśladować. Teraz bez Niego jest trudniej, ale pozostał nam testament Papieża, którego nie wolno nam zaprzepaścić.
Dziękuję za rozmowę.
