Spekulanci i teorie spiskowe
Jan Maria Jackowski
Bezprecedensowy kryzys, gwałtowne osłabienie złotego i – jak się wydaje – nieudana próba interwencji rządu na rynku walutowym przez sprzedaż euro są powodem licznych komentarzy. Rząd jak mantrę powtarza, że najlepszym wyjściem z coraz gorszej sytuacji Polski jest wprowadzenie w naszym kraju od 2012 europejskiej waluty.
Najwyraźniej rządzący Polską liczą na zmęczenie Polaków kryzysem i mentalne przyzwolenie na likwidację złotego. Według niektórych mediów, gabinet Donalda Tuska już rozpoczął rozmowy w sprawie wejścia Polski do korytarza walutowego, tzw. ERM2, będącego poczekalnią przed wprowadzeniem euro. Stało się to bez zmiany Konstytucji i bez poinformowania prezydenta i szefa NBP.
Koncepcja, by euro było panaceum na kryzys, to działanie czysto socjotechniczne mające odwrócić uwagę opinii społecznej od braku realnych pomysłów na zwalczanie kryzysu. Herbata od samego mieszania bez dodania cukru nie staje się słodsza. Zadziałano zgodnie z zasadami prymitywnej propagandy: wskazano złotówkę jako prostą przyczynę zła (wroga klasowego), a euro jako „jedynie słuszną” terapię przywracającą kondycję polskiej gospodarce.
Euroobligacje i opcje walutowe
Polski rząd poważnie obawia się pomysłu emisji euroobligacji. Zdaniem przedstawicieli władz, emisja wspólnych dla całej strefy euro papierów wartościowych mogłaby zachwiać pozycją Polski na rynkach finansowych. Szef gabinetu premiera Sławomir Nowak powiedział nawet, że emisja obligacji groziłaby nam bankructwem. Problem polega na tym, że obecnie każde państwo UE emituje własne obligacje i z ich sprzedaży finansuje swoje długi, które w przypadku Polski są ogromnym ciężarem dla państwa. Emisja euroobligacji spowodowałaby dalszy odpływ pieniądza z Polski, gdyż byłyby one także ze względów podatkowych znacznie bardziej atrakcyjne niż obligacje rządowe. To spowodowałoby, że Polska nie miałaby czym spłacać swojego zadłużenia, przed państwem stanęłaby zatem perspektywa bankructwa, o którym mówił minister Sławomir Nowak.
To nie koniec kłopotów. Rząd zapowiada, że rychło będzie gotowy harmonogram działań w sprawie pomocy firmom, które podpisały z bankami umowy na opcje walutowe. Przedstawiciele PO skrytykowali pomysł wicepremiera Waldemara Pawlaka z PSL, by wprowadzić ustawę unieważniającą tego rodzaju instrument finansowy w przypadku, gdy umowa nie spełniała zasady symetryczności praw i obowiązku stron. Donald Tusk opowiada się wyłącznie za pomocą organizacyjną wtedy, gdy poszkodowane na opcjach walutowych firmy będą dochodziły swoich praw w postępowaniu ugodowym bądź w trybie arbitrażowym przed sądami.
Opcje walutowe to mechanizm proponowany przez banki na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy przedsiębiorcom sprzedającym swoje usługi bądź wytwory w sytuacji umacniającego się złotego. Tym sposobem miało być zminimalizowane ryzyko kursowe. W sytuacji gwałtowanego osłabienia naszej waluty te firmy ponoszą ogromne, szacowane na miliardy złotych, straty. Obecnie jest problem nie tylko tych przedsiębiorstw, ale całej gospodarki, ponieważ mechanizm opcji walutowych jest czynnikiem negatywnie oddziałującym na złotego. Część firm na mocy tych opcji jest zmuszona do kupowania euro i sprzedaży złotego, aby pokryć przeszacowane zapowiedzi eksportowe.
Filozofia opcji polega na tym, że bank zobowiązuje się, iż odkupi od przedsiębiorcy np. 20 mln euro po 3,55 zł za 1 euro, nawet gdyby kurs tej waluty wynosił 3,33 złotych. Za to bank dostawał opłatę, tzw. premię opcyjną. Instytucje finansowe, które jeszcze latem 2008 r. przewidywały poprzez swoich analityków i ekspertów umocnienie się złotego, sprzedając jednocześnie asymetryczne opcje walutowe, miały świadomość, że wakacyjny, rekordowo wysoki kurs złotówki to wynik prowadzonej z zimną krwią gry spekulacyjnej, w której notabene wiele z nich samo brało udział. Gdy złoty rzeczywiście się osłabił, a cena euro wzrosła o kilkadziesiąt procent, banki skorzystały z możliwości kupna waluty w ramach opcji, co naraziło firmy na gigantyczne straty. Niejednokrotnie opcje walutowe były pretekstem, by pod hasłem zabezpieczenia kursowego uprawiać czystą spekulację. I zwłaszcza te umowy doprowadziły wiele firm na krawędź bankructwa.
Największymi sprzedawcami opcji w Polsce były znane międzynarodowe instytucje finansowe, takie jak: JP Morgan, UniCredit oraz Citigroup. Szefem bankowości inwestycyjnej JP Morgan na Europę Środkowowschodnią jest Cezary Stypułkowski – słynny eksprezes Banku Handlowego związanego z aferą FOZZ. W polskich spółkach należących do UniCredit pracuje lub pracowało z kolei wielu ludzi związanych z Kongresem Liberalno-Demokratycznym i Platformą Obywatelską, m.in. Jan Krzysztof Bielecki oraz obecny minister finansów Jacek Rostowski („Gazeta Polska”, 17.02.2009 r.). Na marginesie warto zauważyć, że to Jan Krzysztof Bielecki, guru liberałów z Gdańska, jest autorem pomysłu, by ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska został Jacek Rostowski.
Jesienią 2008 r. Komisja Nadzoru Finansowego oszacowała straty przedsiębiorstw na opcjach na 5,5 mld zł, w lutym 2009 r. już na niemal 15 mld złotych. Inne szacunki opiewają nawet na 30 miliardów złotych. W wyniku zmiany Regulaminu Sądu Polubownego przy Komisji Nadzoru Finansowego dokonanej 11 lutego 2009 r. możliwa będzie organizacja centrum mediacyjnego w sporach przedsiębiorstw z bankami związanych z opcjami walutowymi. Wiele firm rozważa wejście na drogę sądową w celu unieważnienia umów na opcje.
Co znamienne, głos w sprawie naszej narodowej waluty zabrali również spekulanci, którzy się nieźle obłowili na swoim procederze. Przedstawiciele jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie Goldman Sachs – który działa również jako doradca finansowy dla największych firm, rządów i najbogatszych rodzin na świecie i jest bezpośrednim dilerem w kontaktach z FED, czyli Bankiem Rezerw Federalnych w USA – przyznali, że złoty powinien być mocniejszy o 15 procent. Bank zapowiedział, że nie chce już dalej uczestniczyć w spekulacyjnej grze na osłabienie walut w regionie.
Gra spekulacyjna
To wyznanie daje wiele do myślenia szczególnie w aspekcie związków Goldman Sachs z FED, który jest prywatnym systemem zarządzania drukiem i dystrybucją dolara amerykańskiego oraz powiernikiem państwowych rezerw złota i walut. W Stanach Zjednoczonych, kraju największej gospodarki świata, „produkcja” dolara nie należy do państwa, ale do korporacji banków prywatnych. Pozostają one w rękach bardzo wąskiej grupy ludzi kontrolującej emisję waluty i system kredytowy państwa, zatem posiadających dominujący wpływ na globalną gospodarkę, a także poprzez opiniotwórcze media na światową opinię publiczną.
Goldman Sachs – przypomniała „Rzeczpospolita”, która jako pierwsza napisała o spekulacji polską walutą – jeszcze w grudniu zalecał sprzedawanie złotego i czeskiej korony. Dziś przyznaje, że złoty jest niedowartościowany. „Osłabienie walut Europy Wschodniej przestaje być związane z sytuacją gospodarczą, a staje się wynikiem gry spekulacyjnej. Nie zamierzamy dłużej brać w tym udziału” – napisali analitycy Goldman Sachs w nocie opublikowanej przez agencję Bloomberg. Jednocześnie przyznali, że – uwzględniając koszt pieniądza – „bank zarobił na grze walutami naszego regionu 8 procent”.
Pikanterii sprawie dodaje fakt, że temu bankowi doradza Kazimierz Marcinkiewicz, który jest w nim specjalistą od spraw Europy Środkowej. Jego zaangażowanie na rzecz tej instytucji wywołało falę krytyki i oburzenia. Były premier, który był znany z podkreślania kierowania się dobrem Polski, pracujący dla instytucji w sposób oczywisty szkodzącej naszemu krajowi to raczej osobliwe pojmowanie służby publicznej. Nie brak opinii, że Marcinkiewicz otarł się o zdradę stanu, gdyż sekretną i zakulisową wiedzę oraz kontakty, które uzyskał dzięki sprawowaniu najwyższych urzędów w Polsce, wykorzystuje na rzecz instytucji działającej przeciwko naszemu krajowi.
„Ja nie zajmuję się inwestycjami walutowymi, lecz doradztwem przy fuzjach przedsiębiorstw” – bronił się na swoim blogu Kazimierz Marcinkiewicz. Co ciekawe, Telewizja Trwam ujawniła, że Marcinkiewicz jest bardzo częstym gościem w Ministerstwie Skarbu Państwa i lobbuje w procesie prywatyzacyjnym na rzecz obcych inwestorów. Pomimo tego wszystkiego po jego stronie stanął Donald Tusk, który powiedział: „Kazimierz Marcinkiewicz boryka się z pewnymi problemami, ale obarczanie go współodpowiedzialnością za spadek wartości złotego wydaje mi się nadinterpetowaniem faktów”. Najwyraźniej standardy przyzwoitości, na które tak lubi powoływać się premier, nie obowiązują jego partnerów politycznych.
Inna, przejęta niedawno przez Bank of America, znana amerykańska instytucja finansowa Merrill Lynch (która korzysta z pomocy publicznej, a jednocześnie wsławiła się tym, że pod koniec zeszłego roku wypłaciła swoim pracownikom premie na łączną sumę 3,6 mld dolarów, w tym aż 696 osób dostało nie mniej niż milion dolarów!) w połowie lutego prognozowała osłabienie złotego do poziomu przekraczającego 5 zł za euro. Podobne przewidywania publikował JP Morgan, znany już z czarnych scenariuszy dla polskiej gospodarki. JP Morgan jest liderem w zakresie bankowości inwestycyjnej i jednym z największych holdingów finansowych na świecie działającym w ponad 50 krajach i z aktywami wartymi ok. 1,6 bln USD. Czyżby i te instytucje grały na osłabienie złotego?
Na spekulacji na naszym rynku walutowym przyłapano Danske Bank, który od miesięcy zapowiadał kłopoty polskiej gospodarki. Cytowany przez jeden z dzienników główny ekonomista banku – Lars Christensen – jest autorem skrajnie pesymistycznej prognozy dla Polski na ten rok. Oczekuje on 0,5 proc. spadku PKB, czyli więcej niż amerykański JP Morgan. Przewidział też silne osłabienie złotego. Jakie? Można tego się dowiedzieć z raportu bankowego, który przytoczył „Puls Biznesu”: „Nocą mieliśmy przyjemny ruch euro w górę, szybko zmierzający w kierunku 4,9 zł naszego poziomu docelowego” – napisał Danske Bank do swoich klientów.
„To zwykła teoria spiskowa, wym ysł rodem z komunizmu, kiedy zły Zachód podejrzewało się cały czas o wrogie działania” – powiedział w rozmowie z jednym z ukazujących się w Polsce dzienników Lars Christensen. „Czy doradzaliśmy naszym klientom, by uważali na spadek złotego? Tak! Ale nie dlatego, by go osłabić, tylko po to, by nasi klienci nie stracili”.
O spisku w sieci
Faktycznie w obliczu kryzysu, zwłaszcza w internecie, pojawia się coraz więcej „teorii spiskowych”. Ich wspólnym mianownikiem jest przekonanie, że to, co dzieje się ostatnio w globalnej ekonomii, to nie jest przypadek, ale efekt zakulisowych działań „niewidzialnego rządu” dążącego do opanowania świata. Współczesny rozwój technologii informatycznych, niebywały rozkwit telesektora informacyjno-rozrywkowego, globalizacja przepływu informacji i kształtowania opinii publicznej, próby podporządkowania wszelkich przejawów życia społecznego ideologiom; biopolityka, czyli dążenie do regulacji życia populacji celem wzmocnienia jej użyteczności ekonomicznej i politycznej, wzrost znaczenia biotechnologii oraz objęcie procesów społecznych i życia ludzkiego racjonalnością ekonomiczną, wzrost znaczenia wyspecjalizowanych i tajnie działających instytucji analityczno-wywiadowczych oraz międzynarodowych instytucji i korporacji, które działają ponad państwami i zajmują się zarządzaniem strategicznymi zasobami, wszechobecne satelity, telefony komórkowe, chipy, karty kredytowe, GPS, mające ułatwiać życie ludzkie, ale jednocześnie stanowiących nieograniczone narzędzie kontroli, jak również współczesna popkultura, a zwłaszcza filmy, które wprost nawiązują do zakulisowych działań mających na celu panowanie nad światem – wszystko to razem w czasach zamętu sprzyja pojawianiu się teorii spiskowych.
Charakterystyczne, że teoriami spiskowymi zajął się portal Onet.pl w artykule „Cel jest tylko jeden – nowy porządek świata”. Tomasz Michalski (15.02.2009, godz. 15.28) analizuje to zjawisko. Pisze, że dla wielu internautów: „Nowy porządek świata to przede wszystkim bardzo starannie zakonspirowane działania mające na celu zniewolenie ludzkości. Jak? Poprzez wywoływanie, a następnie umiejętne rozwiązywanie konfliktów – wojen, kryzysów gospodarczych czy politycznych. Działania tej bliżej nieokreślonej grupy zmierzają do stworzenia elity, która będzie rządzić całym światem. Jak określił to jeden z internautów o nicku ~opinia: 'Czas nadchodzi, że będzie jedna waluta na świecie i jeden rząd, i jeden Bóg. Powolnie to się dzieje, ale nad tym pracują tacy, co chcą i wiedzą, czego chcą, to są ci mędrcy świata.
Czy to możliwe, to zobaczymy’. Ten wątek przewija się w wielu komentarzach, jakie można zaobserwować na forach Onet.pl. Idea jednego rządu – elity rządzącej – i mas rządzonych wydaje się w tych opisach bardzo złowieszcza. A wszystko dzieje się na naszych oczach. Bo przecież czym – według tych teorii – jest Organizacja Narodów Zjednoczonych, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy? To wszystko nic innego, jak prywatne organizacje, których zadaniem jest osłabienie jak największej liczby krajów. Kryteria narzucane krajom przez te instytucje są bardzo wygórowane i przygotowane tak, aby uzależnić je od siebie. W jakim celu? 'Cel jest tylko jeden – nowy porządek świata. Nie siać paniki, nie odbierać nadziei, tylko wskazać w odpowiednim momencie, gdzie jest i żeby uwierzyli. Szarpnąć populacją tak, żeby na kolanach szukała wybawienia z kryzysowej egzystencji’ pisze na forum ft.onet.pl użytkownik ~genesistime”.
W drugiej części swojego artykułu Tomasz Michalski zaznacza: „Prawdą jest, że wśród znanych i czołowych na świecie bankierów większość jest żydowskiego pochodzenia. Prawdą jest również fakt, że wina za obecne załamanie na rynkach światowych spada również na bankierów. Jednak przypisywanie Żydom jako generalnie grupie religijnej planów podboju świata jest – łagodnie pisząc – przesadzone. Użytkownik o nicku ~to pewne! na dziś uważa wręcz, że 'obecnie terytorium Polski jest szykowane dla Izraela, bo tam Izraelczycy nie mają przyszłości i wkrótce chcą się przenieść do Polski, historia zawsze się powtarza’. Tego typu poglądy nie są wyjątkiem. Jako dowód podaje się często wypowiedź Paula Warburga, amerykańskiego bankiera żydowskiego pochodzenia. W 1950 roku w takcie przesłuchań przed senacką komisją powiedział, że 'będziemy mieć rząd światowy, czy tego chcemy, czy nie. Jedyne pytanie brzmi: czy rząd ten zostanie osiągnięty poprzez podbój, czy w ramach zgody’. (źródło: http://www.threeworldwars.com/)”.
Władza globalizacji
Wszyscy stajemy się uczestnikami zmian o wielkim zasięgu. Już niedługo okaże się, że współczesna technologia skutecznie pozbawia nas prywatności. Paradoksem ery informatycznej jest antagonizm między wolnością a niebywałym rozwojem technologicznym, co daje wąskim grupom oderwanym od kontroli demokratycznej instrumenty do niebywałej dominacji nad innymi ludźmi. By rozstrzygać pojawiające się konflikty na tle dostępu do zasobów i problemy związane z obsługą, opracowuje się systemy negocjacyjne i systemy zarządzające sieciami. Administrowanie wieloserwerowymi sieciami i bezpieczny dostęp do ich zasobów jest możliwy dzięki jednemu centralnemu, wspólnemu dla wszystkich zasobów systemowi katalogowania, który jest podstawą dla scentralizowanego zarządzania. Wprowadzanie scentralizowanego zarządzania, „globalnego katalogu”, jest motywowane oszczędnością, a także koniecznością automatycznego zarządzania oraz wyeliminowaniem problemu wydawania oddzielnych poleceń dla każdego systemu wchodzącego w skład sieci.
W ten sposób jest tworzony światowy system informatyczny, który ma doprowadzić do „wielkiej zmiany układów”. Proponuje się przy okazji rezygnację ze scentralizowanej hierarchii, motywując to procesem demokratyzacji i zbyt długim komunikowaniem się niższych struktur elementów sieci z centralnym menedżerem sterującym całym układem na rzecz zdecentralizowanej siatki sieci z niższymi hierarchiami. Przypomina się niejako „proroczy” fragment „The Aquarian Conspiracy”, sztandarowej książki z 1980 roku przedstawiającej założenia nowego paradygmatu. „Nie można zniszczyć sieci, niszcząc tylko kierownika lub jakiś żywotny organ. Centrum, serce całego systemu sieci, znajduje się wszędzie”. (Marilyn Fergusson, The Aquarian Conspiracy, Los Angeles 1980, s. 160). Wszędzie, czyli nigdzie? Czy jednak rzeczywiście globalizacja oznacza, że żadne instytucje nie kontrolują w praktyce globalnych przepływów kapitału, procesów kulturowych, dynamiki rozwoju i ekspansji?
Idea sieci, którą rozwinął New Age, znakomicie wpisuje się w dziedzictwo amerykańskiej formuły federacyjnego państwa ekstensywnego, realizowanego przez „pajęczynę” grupującą najbardziej innowacyjne laboratoria i nowe technologie. Te ośrodki, a więc – według Jadwigi Staniszkis – Departament Obrony USA, logistyczne centrum Pentagonu, ponadnarodowe korporacje funkcjonujące na podstawie zamówień rządowych i operujące w sferze technologii podwójnego zastosowania (cywilnego i militarnego), wybrane banki, instytucje naukowe, służby specjalne, centra zarządzania kryzysowego, ośrodki wojskowe i firmy kooperujące w innych krajach tworzą samosterującą „pajęczynę” bez wyraźnego centrum, lecz z impulsami wychodzącymi z różnych punktów struktury. Ta struktura nakierowana jest przede wszystkim na poszukiwanie nowych wymiarów i centrów ekspansji. Interesują ją przestrzenie na razie bez „właściciela” jak kosmos czy towary lub usługi, których wartość radykalnie wzrosła, gdyż zostały stworzone nowe technologie, zastosowania lub nowe zapotrzebowania (por. Jadwiga Staniszkis, Władza globalizacji, Warszawa 2003, s. 155-156). Wewnętrzny krąg tego systemu to wielocentrowa sieć powiązań, która stanowi „układ zarządzania kryzysowego”, a jego celem działania jest pokonywanie wszelkich barier ograniczających ekspansję. Układ ów ciąży ku USA, ale „jego interesów nie można utożsamiać z interesami USA jako państwa. To ten układ kooptuje instytucje, firmy, laboratoria, media, segmenty aparatów siłowych i służb informacyjnych, wykorzystując ich zasoby do swoich celów (tamże, s. 160).
Istota władzy w czasach globalnego kryzysu polega na konstruowaniu instytucjonalnych i myślowych mostów między odmiennymi racjonalnościami i przekrojami w skali makro i mikro. W nowy system jest więc wpisana dwoistość struktur panowania, gdyż napięcia i sprzeczności między poziomami i profilami stanowią cechę konstrukcji i wręcz istotę struktury władzy, co wymaga odmiennej wyobraźni niż hierarchiczna. Dlatego następuje niebywały rozwój sztuki metaregulacji, czyli regulowania reguł w celu integracji segmentów państw struktur społecznych i gospodarczych oraz odmiennych tradycji cywilizacyjnych i kulturowych. Naturalne znoszenie różnicy polega na zwiększaniu plastyczności i adaptywności rzeczywistości, a „ukryty spektakl panowania” rozgrywa się poprzez wzajemne relacje czterech jego aspektów: władzy, sterowności, zarządzania i rządzenia. Przy czym władza to zdolność „stania się przyczyną” i ukierunkowania zachowań innych poprzez zastosowanie „relacji koniecznej”; sterowność – to zdolność osiągania zamierzonych celów; zarządzanie – to zdolność wyegzekwowania zachowań zgodnych z przyjętymi regułami gry; rządzenie – to ustalanie reguł (praw) egzekwowanych później w toku zarządzania oraz formułowanie celów, którymi owe reguły mają służyć (Jadwiga Staniszkis, Władza globalizacji, Warszawa 2003, s. 171-188).
Ponieważ istotą istnienia imperiów jest ekspansja, dlatego filozofia „zarządzania kryzysowego” opiera się na przekonaniu, że „czerwonym alarmem” jest wszelkie zatrzymanie ekspansji. Globaliści podkreślają, że dotychczas nie udało się wypracować efektywnych mechanizmów kontrolnych tego, co dzieje się poza obszarem narodowego państwa. Według nich, brakuje narzędzi do skutecznego sterowania procesami globalizacyjnymi i kontrolowania tworzącej się sieci powiązań i relacji, gdyż nie są w stanie zapanować nad odmiennymi logikami i standardami kulturowymi. Chyba niezbyt szczerze, bo sami – zasiadając w międzynarodowych instytucjach i ponadnarodowych korporacjach – dobrze wiedzą, że to, co nas otacza, nie odbywa się spontanicznie i samoczynnie. Przewrotnie używają argumentu, że nawet największe kraje świata chcące określić to, co wolno na przykład w dziedzinie technologii biomedycznych czy informacyjnych, nie są w stanie tego uczynić, bo realizację takich pomysłów będzie można ulokować gdzie indziej, co daje im asumpt do upowszechniania tezy, że kryzys polega na tym, iż jest tworzona globalna cywilizacja bez globalnego mechanizmu kontrolnego w postaci rządu światowego.
