Czy tak rodzi się pokolenie niewolników?

Ferie zimowe w pełni. Jedni już wrócili do domów i szkolnych ław, inni dopiero kończą zajęcia szkolne i zaczynają wypoczynek. Od jakiegoś czasu co roku powtarza się podobny scenariusz: spikerka w jednej ze stacji telewizyjnych obwieszcza, że znowu nie wyjedzie w góry ileś tysięcy dzieci i młodzieży. W tym momencie następuje zawieszenie głosu mające dodać dramatyzmu sytuacji i rozbudzić poczucie winy w sumieniach tych, którzy do tego stanu doprowadzili. Może umknęłoby to w natłoku innych informacji, ale uwagę zwrócił ów rozpaczliwy ton. Nie pamiętam, aby w moim dzieciństwie ferie wiązały się z koniecznością wyjazdu. Pewnie – miłe by to było! Inne były czasy, ale też dzieci potrafiły się sobą zająć (w telewizorze były tylko dwa kanały), potrafiły rozmawiać (bez SMS-ów, GG i e-maili), cieszyć się drobiazgami i dzielić pomarańczą zdobytą z wielkim trudem w delikatesach. Możliwości było tysiące. Dziś – nieważne dokąd, za jaką cenę – koniecznie trzeba wyjechać!

Obawiam się, czy nie mamy do czynienia z nowym rodzajem poprawności, która dosięga już dzieci. Jej zasady wyznacza komercja. Aby utrzymać się na fali, trzeba przyjąć określony styl, poddać się trendom, podporządkować modzie. Pamiętam zasłyszaną przypadkowo rozmowę nastolatków zdruzgotanych faktem, że ich koleżanka nie ma jeszcze swojego konta na portalu Naszaklasa.pl! Nie mogły pojąć, że bez niego też można mieć przyjaciół. Usłużne „autorytety” podpowiadają dziś dzieciakom, jakiej muzyki należy słuchać, jakie ciuchy kupować w sklepie, jakimi plakatami tapetować ściany. Wyjątkiem jest dziecięciolatek, który nie dysponuje telefonem komórkowym. Znajomy proboszcz w ubiegłym roku zorganizował dzieciom letnie, tygodniowe kolonie nad Soliną. Do rangi dramatu – szeroko dyskutowanego przez zgorszonych rodziców – urosło to, że kazał komórki zostawić w domu. To tylko przykłady. Mówimy tyle o wolności, a z taką lubością poddajemy się coraz to nowej niewoli. Gdzie tu logika?

Kiedy poddaje się analizie różne sytuacje, z pozoru drobne i mało znaczące, można dojść do smutnych wniosków. Zebrane razem tworzą dość ponury obraz. O ile political correction stała się już elementem codzienności – przyzwyczailiśmy się do dziennikarzy i filmowców, którzy mówią nam, jak należy interpretować świat, w co wierzyć, jakie zasady postawić na piedestał, a jakimi gardzić – o tyle próby wciśnięcia w ciasne ramy nieświadomych zachowań wspomnianych wyżej mechanizmów dzieci jest okrutne. Zabiera im się wolność, odbiera kreatywność, przekonuje, że „muszą” przyjąć określone zachowania, aby nie wypaść z gry. Odrzucenie ich często określa się patologią. A kto chciałby stać po drugiej, „gorszej” stronie życia?

Kilka dni temu szeroko komentowano w mediach film zamieszczony w internecie pokazujący nastolatków pastwiących się nad nauczycielem. Padły pytania: Skąd agresja? Dlaczego jest jej tyle? Jak się jej przeciwstawić? Nie był to pierwszy tego typu upowszechniony film i też nie pierwszy raz, szukając odpowiedzi na pytania, nie sięgnięto do istoty problemu. Odpowiedzi jest na pewno wiele. Wielu młodych ludzi (często pochodzących z małych miejscowości) w taki sposób wyraża swoją złość, wygenerowaną przez bezradność wobec faktu, że nie mogą sięgnąć określonego pułapu, wykreowanego przez innych, który ma zagwarantować poczucie wartości. „Stare” autorytety się zdewaluowały, ponieważ głoszą zasady, które w „lepszym” świecie nic nie znaczą. „Nowe” – pokazują cel, ale skwapliwie pomijają koszt jego osiągnięcia. Tymczasem w domu jest biednie, rzeczywistość jest szara, ojciec znów nie ma pracy. Świadectwo szkolne – marne, niewielkie są szanse na dobre studia. Perspektywy skonfrontowane z arkadyjskim obrazem szkicowanym w serialach telewizyjnych i programach MTV wydają się żadne… To rodzi frustrację i gniew. Obrywają zwykle ci, którzy są najbliżej.

Młody człowiek wtedy ma szansę na prawidłowy rozwój, gdy powoli pod czujnym okiem rodziców dorasta do pełni wolności. Uczy się wybierać, ponosi konsekwencje swoich decyzji – ale są to jego wybory! Terror poprawności obejmujący swoim zasięgiem już kilku- czy kilkunastolatków zaczyna podważać i deformować ten delikatny proces. Niszczy zdolność podejmowania świadomego wyboru. Często dom, rodzice będący sami pod wpływem różnych trendów nie potrafią opanować własnej frustracji, nie dostrzegają problemu, bezradni – pogłębiają wewnętrzną destrukcję. Własną i swoich dzieci. Tak rodzi się pokolenie niewolników.


ks. Paweł Siedlanowski
drukuj