Bogactwo jaskiń przerosło nasze oczekiwania
Z prof. Zdzisławem Janem Rynem, lekarzem psychiatrą, alpinistą i podróżnikiem, szefem naukowym wyprawy na Wyspę Wielkanocną, rozmawia Mariusz Bober
Właśnie wrócił Pan z wyprawy naukowo-badawczej na Wyspę Wielkanocną. Jej efekty są tak przełomowe, jak się Pan spodziewał?
– Na ocenę wyników wyprawy przyjdzie czas i nie należy to do mnie. Zwłaszcza że powrót po 6 tygodniach pobytu na półkuli południowej, z pełni lata w środku Pacyfiku do zimowej szarugi jest szokujący. Nadal przed oczyma mam obrazy wyspy i jej mieszkańców i co tu ukrywać – tęsknię za nimi.
Ale na serio. Chociaż wyspa od chwili jej odkrycia jest na celowniku badaczy z różnych stron świata i zdawało się, że została przebadana na wylot, nadal zachowuje wiele tajemnic. Kryją się one w labiryncie niezliczonych jaskiń. Ten podziemny świat jest celem polskiej eksploracji od 2001 roku. Rozległość i liczebność jaskiń, a przede wszystkim ich bogactwo kulturowe przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Zaskoczyły nawet współczesnych mieszkańców wyspy zatroskanych bardziej codziennością niż przeszłością. Jeśli powiem, że łącznie dotarliśmy do 320 jaskiń, że wykonaliśmy nie tylko ich pomiary topograficzne, ale opisaliśmy i udokumentowaliśmy ich bogactwo archeologiczne i antropologiczne, to przybliży to wymiar pracy. Nic dziwnego, że wyprawie patronował Explorers Club, a ekipa National Geographic nakręciła film dokumentalny. Zgromadzony materiał wystarczy na poważną monografię, a dokumentacja posłuży do przyszłych badań specjalistycznych.
Jak przebiegała ekspedycja?
– W wyprawie uczestniczyło 18 osób, wszyscy są doświadczonymi speleologami, brali udział w wielu wyprawach. Choć reprezentujemy różne zawody, łączy nas pasja poznawania, odkrywania. Współpracowaliśmy z pracownikami Parku Narodowego Isla de Pascua oraz z władzami wyspy. Poszczególne grupy udawały się w różne sektory wyspy, aby lokalizować wejścia do jaskiń, a następnie wykonywać pomiary topograficzne. Każda z badanych jaskiń ma swoją fiszkę, w której opisano wszelkie obiekty o charakterze archeologicznym i antropologicznym.
Pomocni byli tubylcy, doskonali znawcy wyspy. Dzięki współpracy z Lazaro Pakaratim i Alberto Hotusem mogliśmy zidentyfikować miejscowe nazwy poszczególnych jaskiń. Mówią one wiele o charakterze jaskini, jej przeznaczeniu lub właścicielach. Większość jaskiń była zamieszkała. Niektóre nawet do połowy XX wieku! Podam kilka przykładów nazw jaskiń. Na przykład Ana Tari Moai – Jaskinia, gdzie rzeźbią moai; Ana Tekarera – Jaskinia błyszcząca; Ana Kai Tangata – Jaskinia ludożerców; Ana Kena – Jaskinia morskiego ptaka; Ana Ui-hetuu – Jaskinia obserwatorium astronomiczne. Pewne kuriozum przedstawia jaskinia o nazwie Ana Hara Poreko Poki – Jaskinia, gdzie rodzą się dzieci. Dzisiaj znajduje się ona na prywatnej parceli, tuż obok muzeum archeologicznego. Miało się tu urodzić około siedemdziesięciorga dzieci pod opieką miejscowej matrony. Poznałem ostatnią osobę, która 50 lat temu przyszła na świat w tej właśnie jaskini.
Czy to znaczy, że w Jaskini ludożerców zjadano ludzi, a w innej prowadzono obserwacje astronomiczne? Ludzie z zainteresowaniami poznawczymi jednocześnie parali się takimi praktykami jak ludożerstwo?
– Niestety, tak rzeczywiście było. Ludożerstwo było praktykowane w różnych częściach Pacyfiku, także na Wyspie Wielkanocnej. Bliżej opiszę ten fenomen w przygotowywanej książce pod roboczym tytułem „Eskulap na Rapa Nui”. Równocześnie mieszkańcy wyspy interesowali się otaczającym światem, a w tym miejscu na ziemi najbliższe wydawały się gwiazdy, słońce i księżyc. Przez jakiś czas wyspę nazywano „oczy, które patrzą w niebo”. Badania archeo-astronomiczne potwierdzają te zainteresowania wyspiarzy.
Jakie jeszcze efekty przyniosła wyprawa?
– Jak wspomniałem, plonem wyprawy będzie monografia świata podziemnego wyspy ze szczegółowymi mapami 320 jaskiń z ich bogactwem kulturowym. Pokaże ona, że Rapa Nui to nie tylko tajemnicze posągi moai, ale także fascynujący świat podziemny, gdzie zachowały się najdawniejsze ślady ludzkiej działalności. Wstępnie sugerujemy dyrekcji Parku Narodowego, aby pewne jaskinie przygotować jako trasy turystyczno-edukacyjne, a pewne zabezpieczyć przed penetracją przez przypadkowe osoby ze względu na wartość historyczną lub kulturową obiektów, jakie się tam znajdują (np. narzędzia kamienne, figury dawnych bóstw, petroglify czy rysunki naskalne). Dokumentacja topograficzna i archeologiczna będzie znakomitym przewodnikiem do przyszłych badań specjalistycznych, jakie warto tam kontynuować. Film National Geographic pokaże wyspę przez pryzmat eksploracji jaskiń przez Polaków. To nadzwyczajne wyróżnienie dla wyprawy.
Dlaczego kolejny raz wyjechał Pan na Wyspę Wielkanocną? Czy tylko ze względu na jej jaskinie?
– Po pierwsze, wyspa nazywa się Rapa Nui, czyli Wielka Skała. Tubylcy pochodzenia polinezyjskiego używają pierwotnej nazwy: Te Pito Te Henua, co w języku rapanui znaczy „Pępek świata”. Położona w środku bezkresnego Pacyfiku uchodzi za najbardziej odległą od wszystkich kontynentów i osamotnioną wyspę zamieszkałą na stałe.
Dlaczego akurat jaskinie tej wyspy są tak interesujące również dla naukowców?
– Niektóre z nich nie zostały j eszcze w ogóle zbadane. A zawierają bezcenny skarb: szczątki pierwotnych mieszkańców wyspy. Do niektórych jaskiń można dostać się tylko od strony morza, i to pod wodą, dlatego w ekipie mamy również płetwonurków. Do eksploracji podziemnego świata wyspy udało mi się zachęcić najlepszych polskich speleologów, m.in. Andrzeja Ciszewskiego z Krakowa. Nie mamy wątpliwości, że jaskinie stanowiły mieszkanie dla pierwszych przybyszów, którzy zasiedlili wyspę około tysiąca lat temu. Administracyjnie wyspa należy do Chile, ale historycznie i kulturowo ciąży ku Polinezji. Od brzegów Ameryki Południowej dzieli ją prawie 4 tys. kilometrów. Była to moja ósma wyprawa na ten ląd i czwarty etap eksploracji rozpoczętej w 2001 roku pod kierunkiem Andrzeja Ciszewskiego. Wyspa jest znana głównie ze swoich kamiennych posągów (moai), w liczbie ponad 900. Nasza działalność polega na odkrywaniu i dokumentowaniu świata podziemnego, równie ciekawego, zwłaszcza pod względem naukowym i kulturowym. Jak się okazało, eksploracja jaskiń wymagała także przygotowania sportowego. Do jaskiń na tzw. klifach, na wybrzeżu, można się dostać jedynie z zastosowaniem techniki wspinaczkowej, tutaj wyjątkowo niebezpiecznej ze względu na kruchą strukturę skał wulkanicznych. Podczas poprzednich trzech wypraw udało się skartować, czyli sporządzić mapy ok. 120 jaskiń i nanieść na nie stanowiska archeologiczne i antropologiczne. Zastosowaliśmy przy tym najnowocześniejszy sprzęt pomiarowy z GPS i urządzeniami laserowymi.
Wszystkie jaskinie zostały zbadane i opisane?
– Na mapach nanosimy wszystkie stanowiska archeologiczne i antropologiczne, każda jaskinia ma swoją fiszkę ze szczegółowym opisem oraz dokumentacją fotograficzną. W wielu jaskiniach natrafiliśmy na resztki szkieletów ludzkich, w tym na czaszki. W jednej z jaskiń są one poukładane na półkach skalnych. Nie mamy wątpliwości, że wyspa została zasiedlona przez pierwszych przybyszów ok. tysiąca lat temu. Przypłynęli oni pod wodzą legendarnego króla Hotu Matua. I to oni przywieźli ze sobą dobytek w postaci roślin, zwierząt, a przede wszystkim kulturę i język. Kultura ta rozwijała się przez wiele wieków w zupełnej izolacji od świata zewnętrznego. Może dlatego jest ona tak intrygująca dla naukowców różnych specjalności, choćby pismo rongo-rongo do dzisiaj nieodczytane.
Czy przeprowadzone badania dały odpowiedź na pytanie, skąd przybyli pierwsi mieszkańcy wyspy?
– Ustalenie tego było jednym z celów wyprawy. Naszym zdaniem, najprawdopodobniej przybyli z Polinezji. Niektórzy badacze uważają dotąd, że mieszkańcy wyspy pochodzą z kontynentu, być może nawet z inkaskiego imperium słońca. Jeśli uda nam się porównać genom pierwotnych mieszkańców, dzięki znalezionym ich szczątkom, z genomem mieszkańców Polinezji, który został już szczegółowo zbadany, udowodnimy naszą tezę. Będzie to odpowiedź na jedną z ostatnich tajemnic związanych z Wyspą Wielkanocną. Niestety, ten etap badań został odroczony ze względów biurokratycznych związanych z opóźnieniem zgody strony chilijskiej na udział amerykańskich genetyków.
Planował Pan również zbieranie podczas tej wyprawy materiałów na temat miejscowej medycyny tradycyjnej? To zamierzenie również się powiodło?
– Jako lekarz wyprawy oraz jej szef naukowy od początku gromadzę materiały do książki o medycynie tradycyjnej rapanui. Mam nadzieję, że będzie to równie interesujące może nawet bardziej zaskakujące niż moja ostatnia książka „Medycyna indiańska”. Prowadzę również obserwacje i gromadzę materiały z dziedziny psychiatrii transkulturowej zajmującej się zaburzeniami psychicznymi spowodowanymi zderzeniem różnych kultur. Wyspa Wielkanocna jest znakomitym laboratorium do badania takich zjawisk. W jej stolicy – Hanga Roa (w rzeczywistości niewielkiej miejscowości), mieszkają dwie populacje – połowę z czterotysięcznej społeczności stanowią mieszkańcy pochodzenia polinezyjskiego, a drugą część – przybysze z kontynentu południowoamerykańskiego, głównie Chilijczycy. Ani jedna, ani druga grupa nie jest już czysta pod względem genetycznym ze względu na ruchy migracyjne i wpływy zewnętrzne. Między obu społecznościami trwa psychologiczna wojna. Eskalację tego konfliktu obserwuję od pierwszej wizyty na wyspie, a więc od 14 lat. U potomków Hotu Matua coraz wyraźniej ujawnia się poczucie ich polinezyjskiej tożsamości. Coraz bardziej otwarcie wyrażają pragnienie autonomii i uniezależnienia się od Chile. Powołali nawet parlament Rapa Nui i przed jego siedzibą ustawili tablicę z cytatami Organizacji Narodów Zjednoczonych gwarantującymi wszystkim grupom etnicznym prawo do niezależności. Tubylcy traktują Latynosów jako obcych, mówią o nich Conti, to znaczy „ci z kontynentu”. Nie biorą pod uwagę, że bez logistycznej i finansowej pomocy ze strony państwa prawdopodobnie nie mogliby przeżyć.
Mimo że wyspa jest prawdziwą gratką turystyczną?
– Do odwiedzających wyspę turystów mają stosunek ambiwalentny. Z jednej strony – żyją z turystyki, z drugiej – uważają, że cudzoziemcy ich wykorzystują, wywożą z wyspy obiekty archeologiczne czy antropologiczne. Ta postawa nie jest całkiem gołosłowna, gdyż jeszcze kilka lat temu z wyspy zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach kamienny posąg. Warto tu wspomnieć, że tylko w listopadzie ubiegłego roku przez Wyspę Wielkanocną przewinęło się sześć zorganizowanych grup turystów z Polski. Niektóre miałem przyjemność oprowadzić po wyspie i zapoznać z naszymi badaniami.
Jak przebiega konflikt z Conti?
– Konflikt kulturowy rozładowują w różny sposób – poprzez alkoholizm i nasilenie agresji, co prowadzi do wzrostu przestępczości. Nasilają się przejawy patologii rodzinnej. Po raz pierwszy w historii wyspy zdarzają się samobójstwa. To trudny do rozwiązania problem. Miałem okazję przeprowadzić konsultacje w tej sprawie z przedstawicielami nowej administracji wyspy, z panią gubernator, z panią alcaldesą (burmistrz) oraz szefami tzw. Rady Starszych (Consejo de Ancianos). Jak widać, dzisiaj władza na wyspie spoczywa w rękach kobiet. Rodzi to nadzieję na nowe podejście i nową wrażliwość na sprawy społeczne. Polacy zwykle opowiadają się za słabszymi. W tym znaczeniu kontynuujemy to, co na kontynencie rozpoczął 150 lat temu nasz wielki rodak Ignacy Domeyko.
Co to oznacza?
– Po czteromiesięcznej podróży na ziemię Mapuchów Domeyko przygotował raport dla prezydenta Chile, w którym domagał się zakończenia eksterminacji Indian. Warto przypomnieć, że w tym czasie Indian tępiono masowo. Za skalp Indianina płacono jednego funta szterlinga! Raport Domeyki opublikowany w książce „Araukania i jej mieszkańcy” doprowadził do zmiany prawa. Nasz rodak – wykształcony humanista, człowiek głębokiej wiary, a wówczas już rektor Uniwersytetu Chilijskiego – zaproponował drogę asymilacji i kształcenia Indian. Dziś nie mam wątpliwości, że prawie milion Mapuchów zawdzięcza pośrednio swoje życie propozycji Ignacego Domeyki. Mówię o tym Chilijczykom, gdyż do tej pory traktują Mapuchów jak niższą klasę społeczną. Podobnie dzisiaj opowiadamy się po stronie tubylców, w obronie ich prawa do tożsamości, kultywowania języka, zwyczajów, kultury. Poza niezwykłą przygodą tego rodzaju działalność ma ważny wymiar humanitarny.
Dziękuję za rozmowę.
