Rosyjska gazrurka

Na przestrzeni ostatnich lat w okresie noworocznym już po raz kolejny powtarza się ten sam spektakl zatytułowany „Rosja zakręca Ukrainie kurki z gazem”. Jednakże tym razem konflikt – który dawniej miał oblicze bardziej regionalne – rozwinął się na znacznie szerszą skalę. Teraz ofiarami gazowej wojny między Moskwą a Kijowem, choć w różnym stopniu, padły liczne kraje europejskie: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Grecja, Macedonia, Niemcy, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia, Turcja, Węgry, Włochy. Stało się jasne, że Europa poza kryzysem ekonomicznym musi się zmierzyć z kryzysem energetycznym.

Zaczęło się jak w klasycznym filmie grozy, w którym na początku wybucha bomba, a później napięcie tylko rośnie. 1 stycznia pogrążoną w fetowaniu Nowego Roku Europę obiegła lotem błyskawicy hiobowa wieść, że Rosja wstrzymała dostawy gazu na Ukrainę, powołując się na brak porozumienia w sprawie cen za dostawy w bieżącym roku oraz zaległości w płatnościach ze strony Ukrainy.

Kijów i Moskwa już tradycyjnie od lat spierają się o cenę paliwa i opłatę za jego tranzyt przez terytorium Ukrainy. Kijów otrzymywał dotąd gaz na preferencyjnych warunkach, to znaczy nominalnie ponad dwa razy taniej niż kraje zachodniej Europy i Polska. Tym razem jednak Kijów został również oskarżony o kradzież gazu. Ukraina zaprzeczyła, by przywłaszczała gaz przeznaczony dla innych odbiorców europejskich, a odpowiedzialnością za przerwanie tranzytu rosyjskiego paliwa obarczyła Gazprom.

Te informacje nie zapowiadały jeszcze, że Europa stanie u progu energetycznego kataklizmu.


Narada w rezydencji Putina


Początkowo wydawało się, że kłopoty z gazem dotyczą wyłącznie Ukrainy. Posypały się głosy potępienia pod adresem Moskwy i wyrazy solidarności z narodem ukraińskim, w środku mroźnej zimy pozbawionego podstawowego surowca energetycznego. Tymczasem na samej Ukrainie gazu nie brakuje. Kuchenki gazowe działają jak zwykle, a kaloryfery są gorące. Prezes Naftohazu Ołeh Dubyna oświadczył, że Ukraina posiada w swych zbiornikach podziemnych zapasy gazu, które pozwolą jej przetrwać jeszcze trzy miesiące.

Okazało się, że znacznie gorzej sytuacja wygląda na Słowacji, gdzie ogłoszono stan wyjątkowy, w Bułgarii, Rumunii, Serbii czy Chorwacji, gdzie marznie ludność. Po kilkudziesięciu godzinach ukraińska firma Naftohaz potwierdziła to, czego już doświadczyło na własnej skórze wiele krajów europejskich, i oficjalnie poinformowała o całkowitym wstrzymaniu dostaw rosyjskiego gazu przeznaczonego dla państw europejskich, a przesyłanego tranzytem przez Ukrainę. Jak wiadomo, Moskwa dostarcza państwom UE około jednej czwartej potrzebnego im gazu, który w 80 proc. jest tłoczony przez Ukrainę.

7 stycznia jeszcze o godz. 6.00 (5.00 czasu polskiego) tłoczono przez Ukrainę 40 mln metrów sześciennych gazu. O godz. 7.44 (6.44 czasu polskiego) dostawy spadły do zera, informował rzecznik Naftohazu Wałentyn Zemlanski. Jego zdaniem, winę za zatrzymanie dostaw ponosi rosyjski monopolista Gazprom. „Wszystkie punkty wtłaczania gazu do ukraińskiego systemu rurociągów znajdują się w Rosji. My fizycznie nie możemy ograniczyć dostaw z tego kraju” – oświadczył Zemlanski. Żyjemy w czasach wszędobylskich mediów wykorzystywanych do celów politycznych. Dzięki telewizji NTV, wchodzącej w skład imperium medialnego Gazpromu – która relacjonowała spotkanie premiera Rosji Władimira Putina w jego rezydencji w Strielnie koło Petersburga z prezesem Gazpromu Aleksiejem Millerem – wiemy, że z propozycją odcięcia dostaw gazu wystąpił szef rosyjskiego koncernu gazowego. – Zgadzam się z pańską propozycją. Jednak należy to robić publicznie, w obecności zagranicznych obserwatorów – oświadczył z aktorskim zacięciem szef rosyjskiego rządu. Konsekwencją tej decyzji – podjętej 7 stycznia o godz. 15.45 czasu moskiewskiego (13.45 czasu polskiego) – było zawieszenie tranzytu rosyjskiego paliwa przez terytorium Ukrainy do Europy. Wcześniej Gazprom oskarżył Ukrainę o zamknięcie ostatniego, czwartego rurociągu, którym przez ten kraj płynie tranzytem rosyjski gaz do innych państw Europy. Powiedział o tym wiceprezes Gazpromu Aleksandr Miedwiediew. Poinformował, że Ukraina w środę rano zamknęła ostatni, czwarty rurociąg, którym przez ten kraj rosyjski gaz płynie tranzytem do innych państw Europy. Putin zapytał Millera, czy Gazprom posiada jakiś dokument mogący potwierdzić, że Ukraina wstrzymała tranzyt rosyjskiego gazu przez swoje terytorium. Ten odparł, że dokumentem takim jest raport sporządzony przez zagraniczną firmę audytorską i ekspertów Gazpromu.

– Mamy godzinę 15.45. Czy Gazprom wciąż tłoczy gaz? – zapytał, zawieszając głos, premier Rosji. Miller odpowiedział twierdząco.

– Zgadzam się z pańską propozycją wstrzymania dostaw gazu w kierunku granicy z Ukrainą – oznajmił tonem władcy Putin. Wszystko to odbywało się w prawosławne Święta Bożego Narodzenia.

W związku z zaistniałą sytuacją prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko zaapelował do Rosji o „natychmiastowe” wznowienie dostaw gazu przesyłanego tranzytem przez Ukrainę. 7 stycznia wieczorem z inicjatywy Kijowa doszło do rozmowy telefonicznej prezydentów Ukrainy i Rosji. Miedwiediew zadeklarował, że Rosja w każdej chwili gotowa jest powrócić do stołu rozmów. Podkreślił zarazem, że do przywrócenia dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę niezbędne jest zawarcie nowego kontraktu między Gazpromem i Naftohazem. Rosyjski prezydent zaznaczył przy tym, że cena paliwa musi być rynkowa, odpowiadać poziomowi cen gazu w Europie, bez żadnych zniżek i preferencji. Oznajmił również, że konieczne jest jak najszybsze i pełne spłacenie przez stronę ukraińską długów za dostawy gazu, które wynoszą ponad 2 miliardy dolarów. Rosyjski przywódca zaapelował też do prezydenta Ukrainy o niezwłoczne wznowienie tranzytu rosyjskiego gazu przez jej terytorium do Europy. Miedwiediew wskazał w tym kontekście, że konieczne jest stworzenie mechanizmów kontrolnych z udziałem przedstawicieli Gazpromu, Naftohazu i resortów energetycznych obu krajów, a także obserwatorów z Unii Europejskiej.

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering przed rozmowami z szefami rosyjskiego Gazpromu i ukraińskiego Naftohazu w Brukseli 8 stycznia zapowiedział, że Unia Europejska oczekuje, iż Rosja wypełni swoje zobowiązania dotyczące dostaw gazu, a Ukraina nie będzie w tym przeszkadzać.

Aleksiej Miller po spotkaniu z szefem PE oświadczył: „Mamy z Unią Europejską porozumienie: kiedy międzynarodowi obserwatorzy zostaną rozmieszczeni na Ukrainie i będą mieli dostęp do instalacji przesyłowych, natychmiast wznowimy dostawy gazu dla Europy”. Równolegle wicepremier Ukrainy Hryhorij Nemyria po spotkaniu z unijnym komisarzem ds. energii Andrisem Piebalgsem potwierdził, że jest zgoda Kijowa na przybycie międzynarodowych obserwatorów mających monitorować na miejscu przepływ rosyjskiego gazu do Ukrainy i dalej do Europy.


W szponach oligarchii


Jednak ostatecznie 8 stycznia nie doszło do przesilenia i strony konfliktu nie zawarły porozumienia. Bardzo specyficzne, zawiłe, a przede wszystkim niejawne dla opinii publicznej są umowy między rosyjskimi i ukraińskim spółkami zajmującymi się handlem i przesyłem gazu. Dlatego trudno jest jednoznacznie stwierdzić, kto jest winien i w jakim stopniu. Specjaliści nie mają wątpliwości, że rosyjsko-ukraińska wojna gazowa jest wielopłaszczyznowa i poza wymiarem czysto politycznym ma również wymiar gospodarczy i oligarchiczno-biznesowy.

Znawcy problematyki przypominają, że infrastruktura gazowa powstała na Ukrainie jeszcze przed II wojną światową, a więc w okresie ZSRS, gdy Ukraina była sowiecką republiką i częścią składową sowieckiego imperium. Ta zaszłość historyczna powoduje, że do dziś główne linie przesyłowe „błękitnego paliwa” z Syberii nadal wiodą przez Ukrainę, która jest już odrębnym państwem aspirującym do pełni suwerenności. Obecnie niezbędne dla eksportu surowca i kluczowe dla Rosji elementy infrastruktury są w rękach Ukraińców. Z drugiej strony, zlokalizowany jeszcze w czasach ZSRS w środkowej i wschodniej Ukrainie ciężki przemysł potrzebuje gigantycznych ilości gazu, co powoduje sytuację sprzężenia zwrotnego. Moskwa, by móc eksportować surowiec do Europy, jest uzależniona od ukraińskiej infrastruktury, a Kijów, by kraj mógł funkcjonować, potrzebuje gazu z Syberii.

Dlatego surowcowy handel rosyjsko-ukraiński opiera się na szczególnych zasadach zakorzenionych w mentalności odziedziczonej po czasach sowieckich. Kijów dostawał gaz niejako na zasadzie „przydziału”, ale miał za to zapewnić stabilność dostaw do odbiorców europejskich. W praktyce więc Ukraina przyzwyczaiła się, że za „błękitne paliwo” nie płaciła albo była to opłata symboliczna.

Gdy jeszcze w latach dziewięćdziesiątych Rosjanie próbowali zmusić Kijów do choćby symbolicznych opłat i przykręcali kurek, Ukraina zwyczajnie zaczęła podbierać surowiec przeznaczony na eksport. Oczywiście europejscy klienci protestowali, a wtedy Rosja ustępowała i przywracała dostawy bez uzyskania od Ukrainy pieniędzy. Ta sytuacja się regularnie powtarzała, ale jednak co roku gaz płynął. W końcu Rosjanie zrozumieli, że Kijów nie będzie płacić za oficjalne dostawy.

„Rozwiązaniem – piszą w swojej analizie Jérôme Guillet i John Evans na łamach „Financial Times” z 7 stycznia – miało być sprywatyzowanie części handlu. Klientom zaoferowano niższe ceny, jeśli płaciliby bezpośrednio innemu dostawcy, formalnie niezwiązanemu z ukraińskim gazem lub Gazpromem.

Współpraca Gazpromu oraz rosyjskich i ukraińskich polityków była konieczna do ustalenia handlu na poziomie 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Pośrednicy umożliwiający handel mogą na tym osobiście skorzystać – i w rezultacie stracą na tym Kijów i Gazprom. Polityczne walki wewnętrzne na Ukrainie w dużej mierze można zrozumieć jako walkę o bycie ukraińskim partnerem w handlu. (To nie przypadek, że premier Julia Tymoszenko zarobiła krocie w latach 90. na handlu gazem i że Wiktor Janukowycz, prorosyjski lider opozycji, reprezentuje niektórych z największych przemysłowych klientów w handlu gazem we wschodniej Ukrainie). Podobnie w Rosji, zarówno na Kremlu, jak i w Gazpromie, toczą się walki wewnętrzne pomiędzy zmieniającymi się koalicjami. Tak więc gdy świat koncentruje się na przewidywalnym balansowaniu na krawędzi w stosunkach pomiędzy Ukrainą i Rosją, prawdziwa walka o podział rozgrywa się bardziej dyskretnie pomiędzy kilkoma oligarchami w Moskwie i Kijowie. Być może taki jest cel tego głośnego przedstawienia”.

Ukraina, która chciałaby pozostać krajem tranzytowym, bardzo wiele straciła na tym konflikcie. Legł w gruzach wizerunek poważnego partnera, a wkroczenie na jej terytorium międzynarodowych ekspertów oraz inspektorów Gazpromu to upokorzenie i obniżenie prestiżu. Poza tym Unia Europejska załatwia z Rosją swój problem i zostawia Ukrainę Rosji, osłabiając jej pozycję przetargową w negocjacjach z Moskwą. Ucierpiała również reputacja Rosjan, ale ich argumentację, że to od nich uzależniona jest Europa, przyjmuje się w UE za dobrą monetę.


Strategia Moskwy


Jest jednak również polityczne tło ostatnich wydarzeń. Trudno nie zauważyć, że nominalne strony konfliktu, rosyjski potentat Gazprom, jak i ukraiński koncern Naftohaz, to nie tylko prywatne podmioty gospodarcze, ale zgodnie z logiką kapitalizmu państwowego – przedłużenie władz państwowych i jako takie są instrumentami uprawiania polityki. Trudno też nie zauważyć, że po upadku imperium sowieckiego w 1991 roku, po kilkunastoletnim okresie „wielkiej smuty”, Federacja Rosyjska dąży do odbudowania swojej pozycji i stworzenia na terenach tradycyjnie uważanych „za swoje” skonsolidowanej strefy wpływów. Państwo, które siłę buduje na wydobyciu i tranzycie swoich surowców energetycznych, nie ma innej – poza militarną – możliwości realizowania narodowych interesów. Dlatego doktryna rosyjska nie traktuje sektora energetycznego jako sfery czysto biznesowej regulowanej zasadą wolnego rynku (co usiłują nam wmówić doktrynerzy liberalni), ale jako szczególny rodzaj broni i strategiczne narzędzie do realizowania polityki państwowej. Zresztą to nie tylko specyfika Rosji, w każdej doktrynie mocarstwowej środkiem nacisku staje się pole naturalnej przewagi.

Obecny konflikt między Ukrainą a Rosją to próba sił i kolejny etap działań mających na celu podporządkowanie (choć na innych zasadach) b. republik ZSRS. Moskwa chce zatem politycznie zdyscyplinować brykający Kijów i uświadomić Ukraińcom, żeby nawet nie myśleli o całkowitym odpępowieniu się od Wielkiego Brata i skierowaniu się na Zachód. Rok 2009 jest w tym kontekście bardzo ważny, bo kończy się umowa na stacjonowanie rosyjskich baz wojskowych na Krymie. Przecież w porcie w Sewastopolu stacjonuje rosyjska Flota Czarnomorska, która jest Moskwie bardzo potrzebna w globalnych i regionalnych rozrywkach.

Przy okazji Rosjanie testują również możliwość budowy sieci instalacji gazowych omijających Ukrainę, czyli South Stream, który ma dostarczać paliwo gazowe na Bałkany i do Europy Południowej, a jednocześnie być instrumentem zabezpieczania rosyjskich interesów w regionie, oraz Nord Stream (Gazociąg Północny) – wspólne przedsięwzięcie niemiecko-rosyjskie na dnie Bałtyku. Omijająca Polskę niemiecko-rosyjska inwestycja przebiegać ma po dnie morskim na długości 1200 i szerokości 2 kilometrów. Koszt inwestycji, która ma być oddana w 2011 roku, to nawet 17 mld USD.

Rosjanom najwyraźniej zależy na wykorzystaniu widowiskowego konfliktu do stworzenia przekonania u decydentów Unii Europejskiej, że te rurociągi to optymalne rozwiązanie europejskich problemów energetycznych. Szczególnie im zależy na – znajdującej się już w fazie realizacji – budowie Gazociągu Północnego w morzu, co jest o wiele droższe niż budowa m.in. przez terytorium Polski. Chodzi jednak o to, żeby wykorzystać atmosferę psychozy i zaniepokojenie europejskiej opinii publicznej perspektywą braku gazu do przekonania Brukseli, aby ten projekt – na razie realizowany jako prywatne przedsięwzięcie prywatnych konsorcjów niemieckich i rosyjskich – uzyskał status projektu europejskiego i był finansowany z budżetu Unii Europejskiej. Rosjanie nie ukrywają, że chcieliby, aby niektórzy przywódcy unijni aktywniej zaangażowali się w projekt Nord Stream, udzielając mu swego politycznego poparcia.

Bardzo zręcznie wykorzystują obecną sytuację, bo czy sensowny jest przesył gazu przez Ukrainę czy Białoruś, jeśli Europa Zachodnia może zaopatrywać się w surowiec bezpośrednio u jego producenta? Dlaczego konsument europejski – tak bardzo ceniący sobie spokój i przewidywalność – ma być zakładnikiem rozrywek o władzę w Kijowie czy kaprysów przywódcy Białorusi? Skala obecnego kryzysu energetycznego sprzyja rosyjskiej strategii omijania Ukrainy, Białorusi, no i Polski…


Skończyła się era taniego gazu


Ukraina jest szczególnie dotknięta kryzysem gospodarczym, a poza tym trwa w niej polityczna wojna domowa wewnątrz niedawnego zwycięskiego obozu „pomarańczowych”, czyli między prezydentem Wiktorem Juszczenką a premier Julią Tymoszenko. Konflikt wybuchł w sytuacji, gdy również problemy gospodarcze dotknęły Rosję. Z powodu załamania światowych cen ropy i gazu błyskawicznie zmniejszają się rezerwy budżetowe, które spadły od września 2008 r. o 160 mld dolarów. Budżet rosyjski w 65 proc. jest zasilany z dochodów z eksportu surowców. Rynki finansowe Rosji straciły od sierpnia aż trzy czwarte wartości, produkcja w listopadzie skurczyła się aż o 8,7 procent. Rosjanie, co podkreślają analitycy, muszą pogodzić się z tym, że wzrost gospodarczy, który przekraczał regularnie od 5 lat 7 proc., w 2009 r. wyniesie zaledwie 2 proc., a budżet zanotuje po raz pierwszy deficyt.

Również sytuacja rosyjskiego potentata – Gazpromu, jest zła. Akcje koncernu, który jeszcze rok temu był wyceniany na 300 mld dolarów, są dziś warte pięciokrotnie mniej, a zadłużenie tej firmy wynosi aż 49 mld dolarów. Jeszcze w ubiegłym roku z 260 mld dolarów nadwyżki w handlu zagranicznym w bilansie handlowym Rosji sam Gazprom dostarczył 65 mld dolarów, a więc aż jedną czwartą! Teraz koncern potrzebuje wsparcia z budżetu państwa i ostatnio otrzymał miliard dolarów, by utrzymać bieżącą płynność.

Te wszystkie negatywne zjawiska oraz kryzys globalny pojawiły się w sytuacji, gdy Moskwa – odbudowując swą pozycję mocarstwową – zwiększyła aktywność na forum OPEC oraz wsparła Irańską Giełdę Naftową (IOB) na wyspie Kish. Istota giełdy polega na tym, aby każdy, kto chce sprzedać lub kupić ropę naftową czy gaz ziemny, mógł taką transakcję przeprowadzić w euro. Giełda ta ma w zamierzeniach przełamać monopol dolara w międzynarodowym obrocie paliwami. Otwarcie giełdy spotkało się z dużym zainteresowaniem państw handlujących ropą, takich jak: Rosja, Chiny i Indie, a także liczne kraje europejskie, które wolałyby dokonywać swoich rozliczeń w euro. Inicjatywa Iranu ma wyraźnie antyamerykańskie ostrze.

Globalny kryzys ekonomiczny przyspiesza kształtowanie się nowego układu sił i osłabienie znaczenia dotychczasowych mocarstw zachodnich. W listopadzie 2008 r. pojawiła się informacja, że Rosja, Iran i Katar – najwięksi światowi gazowi potentaci, kontrolujący 60 procent światowych złóż – doszli do porozumienia w sprawie stworzenia wspólnego kartelu nadzorującego dystrybucję tego surowca w skali świata. Tworzyć go ma rosyjski Gazprom, irańska Narodowa Kompania Naftowa oraz katarska Liquefied Gas Company Limited. Każda z nich będzie mieć 30 procent udziałów w przedsięwzięciu – pozostałymi 10 proc. dysponować ma przedsiębiorstwo zajmujące się dystrybucją gazu. Jego nazwy nie ujawniono, ale nie jest wykluczone, że będzie to chiński koncern naftowy CNPC. Na spotkaniu dotyczącym tego projektu w grudniu ubiegłego roku premier Putin właśnie stwierdził, że „skończyła się era taniego gazu”.

Obecna aktywność Moskwy, by zwiększyć dochody z eksportu surowców, wynika z faktu, że Rosja jak ryba wody potrzebuje kapitału na inwestycje energetyczne. Aby zwiększyć wydobycie ropy i gazu, Moskwa potrzebuje wsparcia krajów Unii w rozwoju nowych projektów wydobywczych w Arktyce i wschodniej Syberii. – Rosja nie jest w stanie zrobić tego sama, dlatego potrzebuje UE zarówno jako klienta, jak i inwestora – stwierdził cytowany przez media Chris Weafer, główny strateg banku inwestycyjnego UralSib w Moskwie.

W trwającej w najlepsze wojnie gazowej Unia Europejska jest bezradna, bezsilna i uzależniona całkowicie od Moskwy. Świadomi tego Rosjanie, wiedzący również doskonale, że w 2009 roku stałą tendencją będzie obniżanie się cen gazu i ropy naftowej, opracowali system ceny europejskiej, czyli takiej, na którą będą musiały się zgodzić wszystkie kraje Europy. Rosja poszła na całość, a Europa popadła w uzależnienie gazowe.


Jan Maria Jackowski
drukuj