Co zyskamy, a co oddamy państwu

Obok wielu złych informacji gospodarczych, jakie spadły na nas na początku tego roku (kryzys gazowy, podwyżki opłat za energię elektryczną), nie brakowało i tych dobrych. Do tych drugich należałoby przede wszystkim zaliczyć wejście w życie nowej ustawy podatkowej, która w miejsce trzech wprowadza dwie stawki podatku dochodowego. Niewątpliwie każda taka informacja to miód na serce Polaków dotkniętych dość wysokimi podatkami bezpośrednimi i pośrednimi.

To, co Sejm i Senat przegłosowały jeszcze w 2006 roku (zgodnie przez obecną koalicję rządową i opozycję, które akurat wtedy stały po innych stronach politycznej barykady), a co miało być zapowiedzią głębszej reformy podatkowej, teraz nie wygląda już tak dobrze. Głębokiej, korzystnej dla podatnika, reformy nie ma, a i to, co teraz mamy, szybko może okazać się iluzją. Bo z jednej strony państwo obniża nam podatki dochodowe, a z drugiej podnosi podatki pośrednie (jak np. akcyza) i lokalne. Jeśli w dodatku Platforma Obywatelska i PSL podniosą składkę zdrowotną o 1 proc. bez możliwości odpisywania tego procentu od podatku (jak zapowiedział rok temu premier), to cała obniżka dla ponad 90 proc. podatników szybko zniknie.

Trzeba jednak przyznać, że wstrzemięźliwość rządu w dokonaniu głębszych zmian w prawie podatkowym była do przewidzenia. Koalicja tak naprawdę nie ma bowiem jeszcze gotowego projektu takich zmian. Poza tym Donald Tusk na dwa lata przed wyborami prezydenckimi boi się przeprowadzać reformę, której pozytywne skutki nie byłyby od razu widoczne. Trzeba też brać pod uwagę to, że reformie nie sprzyja z pewnością światowy kryzys finansowy. Istotny jest również i fakt, że dla rządu priorytetem jest euro, więc nie pozwoli na to, aby więcej pieniędzy zostało w kieszeni obywateli kosztem budżetu. Groziłoby to niespełnieniem wskaźników finansowych (chodzi głównie o poziom deficytu budżetowego i długu publicznego) wymaganych do przyjęcia euro.


Kto zaoszczędzi najwięcej


Wprowadzenie dwóch zamiast trzech stawek podatku dochodowego było jednym z ważniejszych pomysłów rządu Jarosława Kaczyńskiego, za co zresztą ówczesny premier otrzymał aprobatę większości ekonomistów i przedsiębiorców. Od tego roku płacimy podatki w wysokości 18 lub 32 procent, zamiast dotychczas obowiązujących stawek 19, 30 i 40 procent. W ubiegłym roku 19-proc. podatek płaciły osoby, które zarobiły przez rok nie więcej niż 44 tys. 490 złotych. Stawka 30 proc. dotyczyła podatników zarabiających od 44 tys. 490 zł do 85 528 zł, zaś najwyższy podatek – 40 proc. płaciliśmy od dochodów powyżej 85 528 złotych. Teraz mamy tylko jeden próg podatkowy: dochody do 85 tys. 528 zł są opodatkowane w wysokości 18 proc., a wyższe – 32 procent.

Tak jak było to do przewidzenia i czego nikt nie ukrywał, najwięcej na tych zmianach zarobią podatnicy, którzy dotąd płacili podatek w wysokości 30 lub 40 procent. W pierwszym przypadku oddadzą państwu 18 proc. podatku, a w drugim – 32 procent. Najmniej zaś zyskają osoby o miesięcznych dochodach nieprzekraczających 4 425 zł, bo dla nich podatek spadnie tylko o 1 procent. A tacy podatnicy to ponad 90 proc. wszystkich Polaków składających w urzędach skarbowych deklaracje podatkowe PIT. W dodatku o 30 złotych obniżona została kwota wolna od podatku (w tym roku wynosi 556 zł). Ale pamiętajmy o tym, że wśród podatników z pierwszej grupy ogromna część musi się zadowolić dochodami na poziomie nawet mniejszym niż średnia krajowa (ok. 3,5 tys. zł) i oni praktycznie nie odczują obniżki podatków.

Ekonomiści wyliczają, że np. osoba zarabiająca co miesiąc 3 tys. zł brutto zaoszczędzi w tym czasie na podatkach nieco ponad 20 złotych. Ale już przy zarobkach na poziomie 2 tys. zł brutto ten zarobek spada do kilkunastu złotych, a kilka milionów podatników zarabiających mniej niż 2000 zł (takie zarobki deklaruje co czwarty podatnik) będzie płacić miesięcznie podatki niższe często tylko o kilka złotych i tego po prostu nie zauważy. Nic dziwnego, że wiele osób będzie bardzo rozczarowanych. Pamiętajmy wszak o tym, że w tym roku nie będziemy już mieli tak sporego wzrostu wynagrodzeń jak w 2008 roku (średnio o 15 proc.), a więc i nasze portfele nie staną się zasobniejsze. W wielu firmach może nawet dojść do obniżki wynagrodzeń. Wtedy 1-proc. spadek podatku będzie miał tylko odzwierciedlenie w dokumentach księgowych, bo na pewno nie w budżetach domowych.

Z drugiej strony podatnik, który zarabiać będzie w tym roku średnio 5 tys. zł brutto miesięcznie, może zyskać na obniżce podatku ponad 100 zł miesięcznie, a osoba uzyskująca dochody na poziomie 8,5 tys. zł zarobi jeszcze więcej, bo około 500-600 zł miesięcznie. W skali roku daje to już pokaźne kwoty. Podsumowując, należy stwierdzić, że w tym roku podatnicy, których dochody mieściły się w 2008 roku w pierwszym przedziale skali podatkowej (19 proc.), zyskają w ciągu roku nie więcej niż 9 proc. swoich miesięcznych zarobków. Ale już dla osób z drugiej grupy (30 proc.) taki zysk ma wynosić od 9 aż do 75 proc. miesięcznych zarobków. Z kolei rozliczający się według stawki 40 proc. w tym roku mogą zyskać na obniżce swoich zobowiązań podatkowych nawet więcej, niż wynosi ich miesięczna pensja.


Rozruszać gospodarkę


Celem obniżenia podatków dla najlepiej zarabiających jest w tej chwili pobudzenie gospodarki. Gdy ta ustawa była przyjmowana, mieliśmy wysokie tempo wzrostu Produktu Krajowego Brutto (PKB), zakłady produkowały coraz więcej, rosły nasze zarobki, konsumpcja. Perspektywy przed naszą gospodarką wydawały się niemal świetlane i wtedy chodziło o to, aby podtrzymać wysokie tempo rozwoju gospodarczego. Teraz jednak okazuje się, że reforma podatkowa ma pomóc przedsiębiorstwom w czasie kryzysu. Bo, jak się nam tłumaczy, osoby zamożne, którym pozostawimy więcej pieniędzy w kieszeni, zapewne częściowo przeznaczą je na konsumpcję, ale w części zainwestują w przedsięwzięcia biznesowe i rozwój swoich firm. To z jednej strony może okazać się złudne, bo w dobie kryzysu ludzie są bardziej ostrożni i mniej skłonni do prowadzenia interesów, zwłaszcza tych, które wymagają sporych nakładów. Ale z drugiej strony, to się nawet może udać, bo część osób osiągających wysokie dochody i tak je w jakimś procencie ukrywa, aby zapłacić właśnie niższy podatek. Teraz, gdy ich obciążenia spadną, może się okazać, że „szara strefa” dla wielu osób przestanie być atrakcyjna. Ponadto przedsiębiorcy zatrudniający dużą liczbę pracowników mogą rzeczywiście odczuć fakt obniżenia podatków nie tylko na swoim osobistym koncie. Jeśli bowiem w 2008 roku za każdego ze stu zatrudnionych ludzi jego firma odprowadzała do skarbówki 19-proc. podatek, to teraz w przypadku 18-proc. podatku zyski będą zauważalne. A do tego trzeba doliczyć jeszcze lepiej wynagradzaną kadrę kierowniczą. Tak więc jest szansa, że to, co zakładał jeszcze rząd Jarosława Kaczyńskiego, czyli wsparcie gospodarki przez obniżenie podatków, może się udać. Choć widać też i zagrożenia, bo to, co nam władze do jednej kieszeni oddają, z drugiej chcą wyciągnąć.

Szkoda tylko, że rząd i parlament zapomniały o przedsiębiorcach rozliczających się z fiskusem wedle „liniowego”, 19-proc. podatku. Wielu wybierało tę formę opodatkowania nie tylko dlatego, że była dla nich tańsza, ale i prostsza. Teraz jednak części z nich nie będzie się to opłacało. Chodzi głównie o drobnych przedsiębiorców, których dochody nie będą przekraczać 85,5 tys. zł (18-proc. podatek). Żeby skorzystać z obniżki podatku, będą musieli zrezygnować z dotychczasowej formy rozliczania z fiskusem. A wystarczyło i im obniżyć stawkę podatku do 18 procent. Teraz muszą szybko przeliczać, czy opłaca im się zmiana formy opodatkowania, a czasu jest niewiele, bo jeszcze w styczniu trzeba złożyć w swoim urzędzie skarbowym odpowiednią deklarację.


Akcyzą i składką po kieszeni


Ministerstwo Finansów wyliczyło, że obniżenie stawek podatku dochodowego spowoduje zmniejszenie wpływów do budżetu państwa o 7,5 mld złotych. To dlatego nie doszło do większego obniżenia pierwszej stawki podatkowej, bo wtedy wpływy od 90 proc. podatników byłyby jeszcze mniejsze i ubytek dla budżetu przez to zdecydowanie większy. Ta „dziura” zostanie pokryta przez wpływy z innych podatków. Dlatego od tego roku wzrosną stawki niektórych podatków pośrednich, w tym akcyza na alkohol i papierosy. Ponadto z 13 do ponad 18 proc. rośnie akcyza na samochody o pojemności silnika powyżej 2 litrów. Ta ostatnia decyzja jest o tyle niezrozumiała, że rząd zapowiada możliwość wprowadzenia różnych mechanizmów wsparcia dla sektora samochodowego, aby utrzymać wysoką sprzedaż aut. Z jednej strony więc chce wyciągnąć więcej pieniędzy od osób kupujących samochody, a z drugiej ma ich do tego zachęcać przez ulgi finansowe. Gdzie tu logika? Ale zasadniczo sytuacja podatkowa jest taka, że wciąż wpływy państwa z podatków jako część PKB mają wynieść mniej więcej tyle samo, co w latach poprzednich. Tak więc nasze obciążenia podatkowe, mimo niższych stawek PIT, pozostaną na tym samym poziomie – czyli państwo odbiera sobie to, co nam wcześniej oddaje.

Niestety, musimy się liczyć z tym, że stawki podatku akcyzowego na różne wyroby mogą w tym roku jeszcze bardziej wzrosnąć, jeśli potwierdzą się negatywne scenariusze dotyczące światowego kryzysu ekonomicznego, który daje także znać o sobie w Polsce. Grozi nam wzrost bezrobocia, spadek produkcji, a więc i wpływów podatkowych. Ponieważ dla rządu priorytetem jest przygotowanie kraju do wprowadzenia euro, Donald Tusk i jego ministrowie będą się starali za wszelką cenę utrzymać na jak najniższym poziomie deficyt budżetowy. Jeśli jakieś dochody będą spadały, rząd będzie się starał zdobyć pieniądze z innych źródeł. Wtedy najłatwiej będzie znowu podnieść akcyzę na alkohol i wyroby tytoniowe. W tym drugim przypadku będzie się nawet można zasłaniać koniecznością wypełniania prawa unijnego. Ale musimy się też liczyć z tym, że wzrośnie akcyza na paliwa silnikowe. Taki krok jest dla władz kuszący choćby z tego powodu, że teraz benzyna, olej napędowy czy gaz LPG są tanie z powodu spadku cen ropy naftowej. Daltego nawet wzrost akcyzy o 20-30 groszy na litrze nie będzie odczytany jako katastrofa. Zwłaszcza gdy rząd poprzedzi taką decyzję sprawną kampanią pijarowską. A pamiętajmy, że stawki akcyzy rząd określa sam, bez pytania Sejmu o zgodę i dlatego jest to tak wygodny dla władz instrument podnoszenia dochodów budżetu.

Naszym dochodom zagraża także zapowiadany od początku ub. roku pomysł premiera Tuska podniesienia o 1 proc. składki na ubezpieczenie zdrowotne, co miałoby obowiązywać już od 1 stycznia 2010 roku. Cel jest jasny – podniesienie dochodów Narodowego Funduszu Zdrowia, które będą potem wydawane na finansowanie leczenia Polaków. Cel jak najbardziej wskazany, ale tego 1 proc. składki nie będziemy mogli sobie odpisywać od podatku dochodowego, o czym jasno mówił premier na zakończenie medycznego „białego szczytu”. Wtedy od razu nasze stawki podatkowe wzrosną do 19 i 33 proc., więc osoby z pierwszej grupy podatkowej szybko stracą całą tegoroczną obniżkę. Z wyliczeń różnych ekonomistów i doradców podatkowych wynika, że wyższa składka na NFZ, bez możliwości odliczenia jej w całości, spowoduje, że dochody netto spadną w przypadku co najmniej 60-70 proc. podatników.

O ile stawka składki na NFZ nie jest jeszcze zdecydowana (koalicję może powstrzymać sprzeciw prezydenta, który jest gotów zgodzić się na wyższą składkę, ale jeśli będziemy mogli odpisać ją od podatku), o tyle już wiadomo, że zapłacimy wyższe podatki lokalne od nieruchomości. Rząd zdecydował m.in. o podniesieniu stawek podatków od nieruchomości, środków transportowych (głównie pojazdy ciężarowe używane przez przedsiębiorstwa). Teoretycznie wzrost podatku o kilka groszy można uznać za nieduży, ale jeśli pomnożymy to przez powierzchnię gruntów i budynków, to otrzymamy często dość pokaźne kwoty. A przecież będzie to podniesienie, a nie obniżenie podatków.

Reasumując, trzeba podkreślić, że sama tylko zmiana stawek podatkowych, choć jak najbardziej wskazana, to jednak nie może być traktowana jako reforma podatkowa. Potrzebne jest przede wszystkim uproszczenie prawa podatkowego, które niestety jest wciąż zagmatwane i wiele osób nie może poradzić sobie z analizą i stosowaniem tych przepisów bez pomocy prawników i doradców podatkowych. W dodatku co urząd skarbowy, to inna interpretacja tych samych przepisów podatkowych, a to utrudnia działalność firmom mającym oddziały w różnych miastach, często nawet bardziej niż wysokie podatki. Dlatego potrzebna jest gruntowna reforma podatkowa, ale jej założeń i projektów rząd nie przedstawił i nie słychać, aby miał taki dokument opracować.


Krzysztof Losz
drukuj