To gra o solidarność Unii

Z dr. hab. Pawłem Soroką, specjalistą z zakresu międzynarodowych stosunków gospodarczych, koordynatorem Polskiego Lobby Przemysłowego, rozmawia Mariusz Bober

Jaki naprawdę charakter ma gazowy spór między Rosją i Ukrainą? Czy chodzi o rzeczywiste problemy w rozliczeniach płatniczych między obu krajami, czy to raczej gra polityczna Moskwy z Kijowem?

– Myślę, że jedno i drugie. Wiadomo, że Ukraina nie chciałaby płacić znacznie wyższych niż dotąd cen za gaz importowany z Rosji, ale nie ma z nią dobrych stosunków, bo nad Dnieprem rządzą „pomarańczowi”. Szczególnie złe stosunki ma z Moskwą prezydent Wiktor Juszczenko. W związku z tym Gazprom domaga się od ukraińskiego operatora gazowego płacenia cen rynkowych za „błękitne paliwo”. Władze rosyjskie bowiem ceny niższe od rynkowych pozwalały płacić tylko swoim – może nie tyle sojusznikom – co krajom, w tym byłym republikom sowieckim, które miały z nią dobre stosunki. Ale teraz taka gra nie toczy się nawet z Białorusią. Jak widać więc, jest to sprawa zarówno ekonomiczna, jak i polityczna. To jest pierwszy czynnik decydujący o obecnych problemach. Drugim natomiast jest kryzys gospodarczy, który dotknął bardzo poważnie Rosję, bardziej, niż przewidywało to wielu ekspertów. Wiadomo zaś, że jeśli spadają ceny ropy naftowej, to po pewnym czasie spadną także ceny gazu ziemnego, co może jeszcze pogłębić ten kryzys.


A dodatkowo Gazprom ma ogromne długi, które podobno sięgają nawet 50 mld USD?


– Właśnie. Dlatego Rosjanie chcą wykorzystać negocjacje z Ukrainą do podniesienia cen gazu. Sądzę, że w ślad za tym Gazprom już niebawem spróbuje podnieść ceny także innym odbiorcom. Zapewne obie strony dogadają się, ale wówczas Kijów będzie płacił za gaz znacznie więcej niż do tej pory.


I to również ma wymiar polityczny…


– Wiadomo, że pogłębienie się kryzysu w Rosji może zagrozić stabilizacji w tym kraju. Tymczasem wyższe ceny gazu dadzą większe wpływy do rosyjskiego budżetu, a więc zwiększą szansę na stabilizację sytuacji. Ponadto taka gra z Ukrainą z pozycji siły może służyć odwróceniu uwagi społeczeństwa rosyjskiego od wewnętrznej sytuacji Rosji. Poza tym wywołując ten konflikt, Moskwa ma kolejną okazję do „zdyscyplinowania” Ukrainy i pokazania jej, że jeśli będzie chciała być niezależna, to musi liczyć się z tym, że są sposoby uzależnienia tego kraju i utrzymania go w rosyjskiej strefie wpływów. Zresztą takiego scenariusza należało się spodziewać po tym, co stało się latem ubiegłego roku na Kaukazie. Z tym że tym razem zamiast instrumentów militarnych Rosja użyła narzędzi ekonomicznych.


Więc Ukraina i tak nie ma nic do stracenia?


– Nie do końca. Trzeba pamiętać o sytuacji ukraińskiej gospodarki. Jak wiadomo, zmniejszenie dostaw gazu przez Rosję w dłuższym okresie czasu – pomimo zgromadzonych zawczasu dużych zmagazynowanych zapasów – dotyka tam przede wszystkim duże firmy uzależnione od tego surowca, czyli przemysł metalurgiczny i przemysł ciężki, a także elektrownie, które na Ukrainie w większości oparte są na gazie. W obecnej sytuacji ekonomicznej, w jakiej znalazła się Ukraina, a jest ona jeszcze trudniejsza niż w Rosji, branże uzależnione od gazu mogą najbardziej odczuć przedłużający się kryzys. Kijów będzie więc zmuszony robić wszystko, by wynegocjować, na ile się da, ceny korzystne dla swoich firm, będących podstawą ukraińskiej gospodarki.


Jak problemy z dostawami odbiją się na sytuacji Polski?


– To zależy od tego, jakie mamy naprawdę zapasy gazu w magazynach. Wypowiedzi przedstawicieli rządu są bardzo niekonkretne. Ostatnio zapewniali, że na miesiąc jesteśmy zabezpieczeni. Wiem jednak, że specjaliści z branży gazowej od dawna postulowali rozbudowę naszej sieci magazynów gazu, uznając je za niewystarczające na wypadek poważnego kryzysu wynikającego ze znacznego ograniczenia dostaw z importu.


Poza tym Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo informowało, że zwiększone zostały dostawy rurociągiem jamalskim – przez Białoruś, i w ten sposób otrzymywaliśmy w ostatnich dniach 84 proc. gazu, który powinniśmy mieć…


– Z tego wynika, że mamy o 16 procent niższe dostawy. Są dwie możliwości zrekompensowania tych spadków. Pierwsza – przez wzrost wydobycia krajowego gazu, który dotąd pokrywał około jednej trzeciej naszego zapotrzebowania. Myślę, że jest możliwe pewne zwiększenie tego wydobycia, które przynajmniej częściowo zrekompensowałoby spadek dostaw z Rosji. Ponadto można go pokryć dzięki magazynom, jeśli oczywiście mają one wystarczającą zasobność, a kryzys nie będzie się przedłużał. Gdyby miał się zakończyć w najbliższych dniach, to większego problemu nie powinno być, ale gdyby przedłużył się np. o tydzień, to – moim zdaniem – pojawią się poważne problemy. Oczywiście najpierw odczują to odbiorcy przemysłowi, m.in. przemysł chemiczny, petrochemiczny i hutniczy. Później spadek dostaw uderzyłby także w odbiorców komunalnych i instytucje użyteczności publicznej, takie jak szkoły czy szpitale, choć to zależy od pogody. Tu trzeba dodać, że już pogorszyła się sytuacja przemysłu hutniczego i chemicznego w Polsce z powodu światowego kryzysu gospodarczego.


Przerwy w dostawach ropy lub gazu przez rosyjskie firmy zdarzają się już niemal co roku, i z taką samą częstotliwością zaczyna się więcej mówić o potrzebie dywersyfikacji dostaw. Jak powinniśmy się zabezpieczyć przed takimi kłopotami w perspektywie długofalowej, aby za rok nie zmagać się z tym samym problemem? Obecna opozycja twierdzi, że rząd zaniedbał starania o dywersyfikację dostaw?


– Najprościej sprawdzić to m.in. poprzez weryfikację rzeczywistych zapasów gazu, które mamy. Ale to wyjdzie bardzo szybko. Ważniejsza jest jednak sprawa budowy gazoportu w Świnoujściu. Jak wiadomo, decyzje w sprawie jego budowy już dość dawno zapadły i należało podjąć konkretne i systematyczne prace na rzecz realizacji tej inwestycji. A są one, niestety, bardzo słabo zaawansowane. Oczywiście wymagają one dużo czasu i pieniędzy, ale jeśli już podjęto decyzję i zarezerwowano pieniądze na ten cel, to trzeba szybko realizować taką inwestycję. Kolejny pomysł dywersyfikacyjny, czyli budowa Baltic Pipe – gazociągu łączącego nas przez Danię z norweskim systemem rurociągów i złóż – jest bardziej skomplikowana. Wymaga bowiem sporych środków finansowych, czasu i pracy oraz pozyskania dodatkowych odbiorców. Były premier Leszek Miller, odpowiedzialny za zerwanie umowy na dostawy gazu z Norwegami, do tej pory tłumaczy się, że ilości gazu, jakich wówczas potrzebowaliśmy – przy przekontraktowaniu wysokości dostaw z Rosji i konieczności płacenia za nieodebrany gaz – nie uzasadniałyby w sensie biznesowym budowy tego gazociągu. Jednak, moim zdaniem, prognozy już wówczas wskazywały na zwiększenie w przyszłości zużycia „błękitnego paliwa”, a poza tym można było dążyć do porozumienia z Czechami i Słowacją w sprawie przedłużenia do tych państw gazociągu ze Skandynawii. Można więc powiedzieć, że stracono kilka lat. Gdyby wówczas zrealizowano ten projekt, dziś bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji.


Ale to chyba nie jedyne sposoby na zapewnienie Polsce dostaw gazu niezależnych od Rosji?


– Oczywiście. Kolejne rozwiązanie, o którym niestety znacznie mniej się mówi, to sprawa gazyfikacji węgla, na przykład metodą pirolizy. Jest to rozwiązanie tym bardziej ważne dla Polski, że wiąże się z zobowiązaniami narzuconymi przez Unię Europejską do redukcji emisji dwutlenku węgla. Przecież Polska ma ciągle duże zasoby węgla. Możemy znaczną część tego surowca przerabiać na gaz. Są już opracowane technologie gazyfikacji tego surowca. Należałoby zdynamizować wysiłki w tej dziedzinie. Dałoby to nam kolejne zasoby gazu, wsparłoby polskie górnictwo i naszą gospodarkę, uniezależniłoby nas częściowo od dostaw rosyjskich i jeszcze pomogło spełnić wymogi ekologiczne. W dłuższej perspektywie powinniśmy energiczniej upowszechniać alternatywne, odnawialne źródła energii, oparte na rodzimych zasobach, także czyste pod względem ekologicznym. Mam tu na myśli zwłaszcza energię geotermalną i gaz z biomasy.


Rosyjsko-ukraińska wojna gazowa postawiła też ponownie pod znakiem zapytania zdolność Unii Europejskiej do reagowania na takie kryzysy. Przecież z powodu tego konfliktu zostały całkowicie wstrzymane dostawy surowca dla kilku krajów Europy Środkowej i Południowej i ograniczone dla pozostałych odbiorców…


– Rzeczywiście wspólna polityka energetyczna Unii pozostaje ciągle w sferze deklaracji. Wciąż mówi się i pisze o solidarności energetycznej, ale gdy dochodzi do sytuacji kryzysowych, tej solidarności nie ma, a poszczególne państwa są zdane wyłącznie na swoje siły i dwustronne negocjacje z Rosją. Taka sytuacja odpowiada właśnie Gazpromowi, który preferuje rozmowy dwustronne, bo wtedy łatwiej im negocjować niż z całą Unią. Jednak powody do prowadzenia takiej polityki dają Rosjanom przede wszystkim Niemcy. Ich zachowanie w sprawie budowy Gazociągu Północnego [obecnie Nord Stream – przyp. red.] jest najlepszym tego przykładem. Przecież Niemcy dogadują się bezpośrednio z Rosją w sprawie budowy tego gazociągu omijającego państwa tranzytowe, przez które dostarczany jest gaz do państw Unii. Tymczasem w takich ważnych sprawach należy negocjować wielostronnie. UE powinna w tej sytuacji wystąpić wspólnie, aby nie był to spór wyłącznie rosyjsko-ukraiński. A przecież jeśli odcięcie albo spadek dostaw gazu dotknęło znaczną grupę państw UE, a tak właśnie jest, to konflikt ten przestał już być dwustronny.


Jednak Rosja potrafi wykorzystać także tę sytuację, uważając, że spór z Ukrainą jest argumentem na rzecz budowy właśnie gazociągu Nord Stream, omijającego ten kraj…


– Jak wiadomo, w takich sytuacjach próbuje się upiec wiele pieczeni na jednym ogniu, czyli osiągnąć różne cele. Nie ulega wątpliwości, że jednym z nich jest również to, aby pokazać, że państwa tranzytowe, takie jak Ukraina, a w przyszłości Moskwa może wskazać także Białoruś albo Polskę, są niepewne w swoich zachowaniach, dlatego trzeba budować rurociągi omijające te kraje. Chodzi tu nie tylko o Gazociąg Północny, ale także tzw. Południowy Strumień, który dla Rosjan ma być alternatywą wobec unijnego projektu Nabucco. Rosja może więc próbować wykorzystywać ten konflikt w ten sposób, by uzyskać od Unii Europejskiej poparcie dla obu projektów, także wsparcie finansowe.


A więc za pieniądze europejskich podatników, czyli także Polaków, Rosja zyskałaby możliwość szantażowania nas. Świetny interes z punktu widzenia Gazpromu…


– Dla Rosji jest to tym bardziej ważne, że w sytuacji kryzysu gospodarczego brakuje jej pieniędzy na budowę obydwu rurociągów. Pieniądze unijne byłyby tu bardzo pomocne. Unia musi więc sobie odpowiedzieć, czy ma wesprzeć te projekty, czy postawić na solidarność energetyczną i zapewnić dostawy również z innych kierunków.


I zbudować np. omijający Rosję gazociąg Nabucco?


– Na przykład zrealizować ten projekt. A właśnie w najbliższych miesiącach jego losy będą się zapewne rozstrzygać na forum Unii, więc Moskwa tym bardziej ma o co grać.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj