Morderca chce uczynić z siebie ofiarę

Z o. Kazimierzem Piotrowskim, wiceekonomem Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, rozmawia Maria Popielewicz

Niedługo minie rok od czasu, gdy okrutnie został zamordowany o. Władysław Polak CSsR, proboszcz parafii w Serbach. Od początku był Ojciec zaangażowany w wyjaśnienie tej bolesnej sprawy. Kiedy dowiedział się Ojciec o tym zabójstwie?

– Była niedziela, 13 stycznia 2008 roku. Tuż przed godz. 8.00 otrzymałem telefon z Głogowa, że policja prosiła o pilny przyjazd rektora klasztoru w Głogowie do Serbów, bo znaleziono ciało o. Władysława Polaka. Wkrótce otrzymaliśmy drugą informację, że na plebanii znaleziono zwłoki pani Heleny, która była gospodynią. Ciało ojca Władysława było rzucone między stertę cegieł a garaż, ciało pani Heleny znajdowało się w korytarzu. Proszę sobie wyobrazić, że policjanci prosili, aby osoby, które nawet z racji obiektywnych mogą wejść do domu parafialnego, nie czyniły tego, bo widok zmasakrowanego ciała pani Heleny był porażający. Na plebanii było widać również ślady plądrowania, ukradziono też samochód.

Zbrodnia wywołała nieprawdopodobny szok w parafii. Policja zabezpieczyła cały teren, błyskawicznie zaczął pracować zespół policjantów i prokuratorów. Ojciec Eugeniusz Leśniak – rektor z Głogowa, otoczył troską duszpasterską parafian z Serbów.

Po kilku dniach odbył się w Serbach pogrzeb ojca Władysława i pani Heleny. Parafianie pragnęli po chrześcijańsku przeżyć ten smutny moment, dlatego duchowo przygotowali się na to wydarzenie. Dzień przed pogrzebem setki osób przystąpiły do spowiedzi. Po uroczystościach pogrzebowych w Serbach ciała ojca Władysława i pani Heleny zostały przewiezione w ich rodzinne strony. Rozmawiałem z panami, którzy przewozili trumny po pogrzebie. Nie ukrywali wzruszenia, kiedy mówili, że aż do Lubina ustawiały się przy drodze grupy osób, które kwiatami żegnały zamordowanych. Duża grupa parafian z Serbów pojechała autokarami do Tuchowa, gdzie na drugi dzień ojciec Władysław został pochowany na tamtejszym cmentarzu pośród swoich współbraci. Jako redemptoryści pragniemy raz jeszcze podziękować całej wspólnocie parafialnej z Serbów za okazaną wielką życzliwość i pamięć. Znakiem tej życzliwości jest też pomnik, który stanął na miejscu zamordowania ojca Władysława, a miejsce śmierci pani Heleny zostało upamiętnione tablicą.


Początkowo nie łączono morderstw w Serbach z zabójstwem w Ciosańcu, do którego doszło wcześniej…


– Jedynie na początku sądzono, że te zdarzenia mają różnych sprawców. Bliskość czasowa oraz identyczny sposób mordowania sprawił, że policja bardzo szybko połączyła te wydarzenia.


Co było charakterystyczne dla tych zabójstw?


– W szczególności dwie rzeczy: potworne okrucieństwo i rabunek. Po zaatakowaniu gospodyni w Ciosańcu sprawca – kiedy straciła już przytomność, ale dawała jeszcze oznaki życia – podszedł do niej i z zimną krwią zadał jej potworny cios w głowę. Zmarła natychmiast.


Znał Ojciec o. Władysława Polaka?


– Tak, znałem ojca Władysława bardzo dobrze, spotykałem się z nim wielokrotnie. To, co było charakterystyczne w jego usposobieniu, to ogromna skromność, życzliwość i zaufanie do ludzi. To był człowiek o dużym autorytecie, który potrafił pięknie współpracować ze swoimi parafianami. Razem dbali o kościół, o parafię. Żył bardzo skromnie. Jeden z policjantów, który uczestniczył w czynnościach po morderstwie, mówił mi, że był pod wrażeniem bardzo skromnych warunków życia: stare meble, stary samochód, stary komputer. Wielkim marzeniem o. Władysława było to, by pojechać chociaż na chwilę na Syberię do współbraci, którzy od kilkunastu lat tam pracowali. Chciał zobaczyć odradzające się tam życie religijne, chciał z nimi się spotkać, porozmawiać. Bardzo cieszył się zakładanymi nowymi wspólnotami na Syberii. Wiele razy mówił swoim parafianom: zobaczcie, my tutaj mamy zadbane kościoły, domy parafialne, nie najgorszy poziom życia, a oni tam muszą niejednokrotnie wynajmować salę kinową, aby zgromadzić się na Mszę Świętą. Kiedy dowiedział się, że będzie budowany przez nas drugi już kościół na Syberii, chciał wspomóc jego budowę. Ofiary, jakie otrzymywał od wiernych, oszczędzał, aby chociaż troszkę pomóc w budowie. Niestety, nie doczekał tej chwili, morderca zabrał mu życie, a za zrabowane pieniądze kupił sobie samochód.


Taki jest motyw zbrodni?


– Tak, mordował, aby ukraść. To jest szczególnie odrażające. Okazało się, że mamy do czynienia z młodym człowiekiem, spod Słupska, Marcinem M., recydywistą. Jak mówił szef Prokuratury Rejonowej w Sławnie Jarosław Płachta, Marcin M. był już oskarżony o kradzież oraz o kradzież połączoną z rozbojem i użyciem narzędzia niebezpiecznego. Za to przestępstwo otrzymał karę kilku lat więzienia. W 2006 r. wyszedł z więzienia za dobre sprawowanie.


Marcin M. ma na sumieniu 5 przestępstw.


– Nawet po dokonanych zbrodniach w Serbach zdążył popełnić kolejne przestępstwo, tym razem na terenie Niemiec, gdzie okradł swego byłego pracodawcę, zabierając mu m.in. broń. W sumie dokonał 5 przestępstw, w tym trzy morderstwa. Każdemu z nich towarzyszył rabunek.


Czy coś łączyło Marcina M. z osobami, które zamordował?


– Nic. Te osoby znalazły się na jego drodze życia zupełnie przypadkowo. Po prostu wytypował te plebanie do okradzenia. Ciosaniec znajdował się blisko jego miejsca zamieszkania, a Serby miał po drodze, gdy wracał z Głogowa do miejsca zamieszkania.


Jednak Marcin M. obecnie broni się, twierdząc, że mordował z zemsty i kradł, aby zmylić trop…


– Nie chcę stosować metody jałowego kwestionowania jego twierdzeń, na zasadzie słowo przeciwko słowu. Solidnie przeczytałem i zestawiłem wypowiedzi Marcina M. Efekty są zdumiewające! W jego wypowiedziach brakuje konsekwencji, a to daje nam możliwość poznania prawdy. Spójrzmy na fakty. Zanim doszło to morderstw, kilka lat wcześniej, mając bodaj 18 lat, okradł ks. Edwarda, zabierając m.in. pieniądze i samochód. Kiedy sprawa trafiła do prokuratury, Marcin oskarżył ks. Edwarda o molestowanie i wyjaśnił, że dopuścił się kradzieży z zemsty. Marcin M. nie zauważył, że zupełnie pogubił się w tych oskarżeniach. Z jednej strony twierdził, że motywem kradzieży była zemsta, a tymczasem „Głos Pomorza” (www.gp24.pl) publikuje jego wypowiedź na ten temat. I tu już Marcin M. mówi coś innego: „Po wyjściu z aresztu byłem u księdza, aby oddać pieniądze… ksiądz zaproponował spotkanie. Przyszedłem za jakiś czas (…)”, i mówi dalej, że wówczas został wykorzystany. Nasuwa się uwaga, przecież wcześniej mówił, że kradzież była zemstą!!! Za co? – pytam, przecież sam powiedział, że wykorzystywanie nastąpiło po jego wyjściu z więzienia.


Czy w dokumentach procesowych odnajdujemy jeszcze inne niekonsekwencje, jeśli chodzi o motyw rzekomego molestowania?


– Brak konsekwencji znajdujemy w jego zeznaniach, które złożył po aresztowaniu w marcu. Tu chyba pierwszy raz mówił prawdę. Jak powiedziałem wcześniej, Marcin M. przez cały czas przedstawiał siebie jako ofiarę molestowania. Kiedy przebywał w słupskim areszcie za kradzież z rozbojem, w jednym z listów napisał: „zostałem skrzywdzony przez księdza FIZYCZNIE I PSYCHICZNIE” [podkr. o. Piotrowskiego], miał jednocześnie żal, że sąd umorzył postępowanie wobec ks. Edwarda.

W Zielonej Górze 12 marca 2008 r. stwierdził natomiast, że: „DO NICZEGO MIĘDZY NAMI NIE DOSZŁO” (strona 2. protokołu przesłuchania) [podkr. o. Piotrowskiego]. Dodał, że jedynie wnioskował, iż ksiądz posiada skłonności. To na jakiej podstawie kilka lat wcześniej oskarżył księdza o molestowanie fizyczne i psychiczne? Przecież tutaj sam temu zaprzecza. Co więcej, nikt go do takiej wypowiedzi nie zmuszał, prokurator nawet nie pytał wprost o tę sprawę. Odnoszę wrażenie, że Marcin M. szybko zrozumiał, iż takie jego wypowiedzi pozbawiają go możliwości obrony. I to przesłuchanie będzie wspominał jako wielką swoją pomyłkę. Nie uświadomił sobie, że wypowiedzi z przesłuchania stawiają wiele wcześniejszych spraw w zupełnie innym świetle.


Jaki związek ze sprawą ma samochód o. Władysława?


– Po zabójstwie w Ciosańcu Marcin M. przyjechał do Głogowa, aby sprzedać zrabowane rzeczy. Otrzymał za nie jedynie 50 złotych. Wracał zatem pieszo do domu przez Serby, a ponieważ kościół i dom parafialny w Serbach jest blisko drogi, zdecydował się na kolejny napad, by w ten sposób pozyskać jakieś pieniądze. I tutaj zwracam Państwa uwagę na pewien znaczący szczegół. Marcinowi M., któremu grozi najwyższy wymiar kary, zależy bardzo na tym, aby powiedzieć nam wszystkim, że morderstwo było – nazwijmy to – zastępczym aktem zemsty na innym kapłanie za doznaną krzywdę. Do tego celu wykorzystał – muszę dodać, że bardzo nieudolnie – opowieść o samochodzie. „Gazeta Wyborcza” w artykule „Zbrodnia na plebanii: Głos kazał mu zabijać” (8.11.2008 r.) przytacza jego wypowiedź: „(…) Marcin M. doszedł do Serbów (z Głogowa), kilka kilometrów od Głogowa. Kiedy zobaczył kościół – jak opowiada – znów w głowie usłyszał 'głos’. Przy kościele stał volkswagen, a takim samym – tłumaczył Marcin M. – miał jeździć ksiądz prześladowca z jego młodości”. Wzruszające – nie sądzą Państwo?!

A jak wyglądała prawda? Oddajmy głos temu samemu człowiekowi – Marcinowi M. W protokole przesłuchania z 12 marca 2008 r. jest jego wypowiedź na ten temat: „Szedłem przez Serby. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Jeszcze było jasno. Po drodze zobaczyłem kościół i plebanię – po prawej stronie, idąc od Głogowa. Szedłem przez tą miejscowość i zobaczyłem kościół. Przy chodniku było metalowe ogrodzenie – z takich prętów… kościół był dalej, to był starszy kościół. Plebania była z tyłu za tym kościołem. W pobliżu plebanii był garaż samochodowy…”. W tym fragmencie Marcin M. nie wspomina słowem, że stało jakieś auto i faktycznie mówi prawdę. Dopiero kiedy wszedł na posesję i zobaczył także garaż, stwierdził: „Wszedłem na posesję kolejny raz… garaż był otwarty – brama od garażu była otwarta. W garażu był samochód volkswagen polo, kolor granatowy czy coś takiego”.

Samochód stał w garażu, a nie koło kościoła. Jak widzimy, nie wypowiedział nawet słowa, że ten samochód przypominał mu inny pojazd.


Marcin M. wyjaśnia, że motorem jego działania był jakiś irracjonalny „głos”. Jakie są wnioski płynące z analizy dokumentów i dowodów procesowych?


– Dokonaliśmy bardzo precyzyjnej analizy dokumentów procesowych w kontekście zgromadzonych dowodów rzeczowych. Wnioski były do przewidzenia. Oto mamy do czynienia z zaplanowanym i starannie przemyślanym działaniem.

Wyszczególniliśmy następujące elementy owego planowania: po pierwsze, rozpoznanie obiektu przestępstwa. Marcin M. nie wchodzi prosto z ulicy na plebanię i nie zważając na nic, morduje, kogo spotka. On najpierw przez kilka godzin przebywa na terenie posesji i ukryty np. w Serbach na dachu, obserwuje, ile osób mieszka, kto przebywa w domu, czeka, aż zapadnie zmrok.

Po drugie, minimalizowanie ryzyka niepowodzenia napadu. Jest rzeczą zdumiewającą, że Marcin M. zwykle słyszał ów „głos”, przechodząc koło małych kościołów. „Głos” nie nakazywał mu mścić się na duchownych, którzy mieszkali w domach parafialnych koło dużych kościołów. On doskonale wiedział, był kiedyś ministrantem, że jeżeli jest duży kościół, to najprawdopodobniej jest duża parafia, a skoro tak, to pracuje w niej kilku księży. Zatem minimalizuje ryzyko niepowodzenia, wybierając małe kościoły, bo w nich pracuje zazwyczaj jeden, samotny ksiądz. Proszę zwrócić uwagę, że Marcin M., idąc z Głogowa do Serbów, musiał przechodzić obok kolegiaty głogowskiej. Zadziwiające, że „głos” nic mu nie powiedział, a już 2 km dalej tajemniczy „głos” znów się pojawił. Czy na pojawienie się „głosu” u Marcina M. miała wpływ kubatura kościoła?

Po trzecie, dokonywanie przestępstw w sytuacji, gdy nie posiadał pieniędzy. Jest rzeczą charakterystyczną, że kradzież jest stałą formą zachowania Marcina M. Jak powiedziałem, wszystkim przestępstwom Marcina M. towarzyszył rabunek. Marcin M. nie napadał i nie zabijał, gdy posiadał pieniądze. Po wyjściu z więzienia podjął pracę w Niemczech. Niestety, w pewnym momencie pracodawca z Birgholz nie wypłacił mu 500 euro i Marcin M. pozostał bez pieniędzy. Wówczas zaczął zabijać, najpierw napad na parafię w Ciosańcu – tutaj ukradł jedynie niewiele warte urządzenia elektroniczne, za które otrzymał w Głogowie 50 złotych. Zatem zabijał dalej. W Serbach skradł auto i przygotowywaną ofiarę na budowę kościoła na Syberii. Można zatem wnioskować, że gdyby udało mu się pozyskać większe łupy w Ciosańcu, nie doszłoby do mordów w Serbach.

Po czwarte, wśród ofiar są osoby duchowne i świeckie. Do tej pory ofiarami przestępstw Marcina M. padło 6 osób, w tym 4 świeckie i 2 duchowne. Zatem skoro „głos” nakazywał zemstę na osobach duchowych, to skąd agresja wobec niewinnych osób świeckich. Spośród 6 ofiar Marcina M. 3 straciły życie, w tym 2 osoby świeckie i jeden zakonnik. Marcin M. tłumaczy, iż nie zauważył, że zabija kobiety!!! To stwierdzenie jest absurdalne!

Po piąte, likwidowanie świadków swoich przestępstw. Zamordowana w Ciosańcu pani Krystyna Wojciech miała 58 lat, pani Helena z Serbów miała prawie 70 lat. Marcin M. miał 24 lata. To znaczy, że miał wielokrotną przewagę nad swoimi ofiarami. Marcin M. nie dba o to, by np. związać te osoby, ogłuszyć. On wykonuje wyrok śmierci na świadku. To jest bezpieczniejsze. Co ciekawe, gdy Marcin M. zadawał ostateczny cios pani Krystynie, żaden „głos” go do tego nie namawiał…


A jaka jest opinia psychiatrów?


– Jednoznaczna. Stwierdzili, że jest poczytalny, a owe „głosy” są świadomą symulacją zaburzeń psychicznych i jest to forma jego obrony, bo – jak wiadomo – grozi mu dożywocie.

Minął rok od morderstw. Zamordowanych otoczyliśmy naszą modlitwą. Wierzymy, że już cieszą się oglądaniem Pana Boga. Proszę wszystkich, a szczególnie parafian z Ciosańca i z Serbów, aby otoczyli szczerą modlitwą Marcina M. Mam nadzieję, że Marcin M. będzie kiedyś zdolny do przeproszenia rodzin, którym zadał tak wielki ból, i będzie miał odwagę stanąć w kościele w Ciosańcu i Serbach, aby poprosić wszystkich o wybaczenie.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj