Był jak brat łata
Z księdzem prałatem Grzegorzem Kalwarczykiem, kanclerzem Kurii Metropolitalnej Warszawskiej, sędzią w procesie beatyfikacyjnym księdza Jerzego Popiełuszki, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Co szczególnie utkwiło Księdzu Kanclerzowi w pamięci ze spotkań z księdzem Jerzym Popiełuszką?
– Znajdujemy się w pokoju, który kiedyś był gabinetem księdza biskupa Zbigniewa Kraszewskiego, a także miejscem, w którym spotykałem się z księdzem Jerzym Popiełuszką. Kiedy ksiądz Jurek miał jakieś kłopoty czy sprawy do załatwienia, przychodził do kurii. Oczywiście po drodze, zanim przyszedł do biskupa, zaglądał do mnie. Byłem wtedy notariuszem w sąsiednim pokoju w wydziale spraw sakramentalnych. Tak się właściwie zaczęła nasza znajomość, a później przyjaźń. Ile razy tu u mnie był? Trudno mi teraz powiedzieć. Przychodził tak od czasu do czasu, przeważnie gdy przygotowywał kazanie na Mszę św. za Ojczyznę. Przychodził zwykle już z projektem tego kazania.
Konsultował je z Księdzem Kanclerzem?
– Tak. Miał zaufanie do mnie, dawał mi je do przeczytania, pytając, czy coś w nim trzeba zmienić lub skreślić. Zwykle były to drobne korekty. Ja również go odwiedzałem. Byłem u niego w mieszkaniu, gdy pracował w parafii Dzieciątka Jezus przy ulicy Czarnieckiego, a potem, już w stanie wojennym, ks. Jerzy zaprosił mnie do siebie na plebanię przy kościele św. Stanisława Kostki. Omawialiśmy u niego różne sprawy. W swoim mieszkaniu za szafą urządził sobie miejsce do spania, bo ciągle przychodzili do niego ludzie. Pamiętam wówczas Msze św. za Ojczyznę. Z powodu moich obowiązków rzadko mogłem w nich brać udział. Byłem związany z archikatedrą, tak jak w tej chwili, ale od czasu do czasu udawało mi się wygospodarować trochę czasu, by przyjechać na Żoliborz.
Czy można powiedzieć, że odprawiane przez księdza Jerzego Msze św. za Ojczyznę były dla Polaków szkołą patriotyzmu w tamtych trudnych czasach?
– Tak. Uczestniczyły w nich ogromne rzesze ludzi, którzy czuli się tam wolni i potrafili zamanifestować to, co myślą. Co było w tych nabożeństwach wyjątkowego? Ludzie skołatani, przestraszeni, zmaltretowani dostrzegali, że ktoś o nich pamięta, że Kościół o nich pamięta i że ten kapłan, który jest cząstką tego Kościoła, modli się za nich, pomaga im, broni niesłusznie oskarżanych. Ksiądz Jurek miał sporo przyjaciół w gronie artystów, więc angażował ich do Liturgii, do czytania lekcji, śpiewu responsorium i recytacji utworów poetyckich pod koniec Mszy Świętej. Miał też dużo takich osób, które pomagały mu w jego zajęciach organizacyjnych, na czele z panią Katarzyną Soborak i panią Zofią Grzelczyk. Kiedy Jurka zabrakło, powstała Kościelna Służba Informacyjna i właściwie cały ciężar gromadzenia dokumentacji o księdzu Jerzym spadł na obie panie. Rzeczywiście, stanowią solidną firmę. Kiedy zostałem powołany przez księdza Prymasa kardynała Józefa Glempa na jednego z trzech sędziów procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki, pani Katarzyna Soborak została moim notariuszem. W tym pokoju, w którym się znajdujemy, przesłuchiwałem świadków w procesie, a pani Katarzyna zapisywała wszystko, co jej podyktowałem.
Identyfikował Ksiądz Kanclerz ciało księdza Jerzego i przywoził je do Warszawy. Z pewnością było to dla Księdza ciężkie przeżycie…
– Tak, to prawda. Wyjazd do Białegostoku, dostanie się do prosektorium, rozpoznanie księdza Jerzego i przywiezienie go do Warszawy było dla mnie największym przeżyciem. Byłem tam razem z księdzem Edwardem Żmijewskim, który obecnie jest proboszczem w parafii Matki Bożej Zwycięskiej w Rembertowie. Do Białegostoku pojechaliśmy 2 listopada 1984 roku. Wcześniej zaopatrzyłem się w stosowne nominacje, w których było napisane, że kuria metropolitalna deleguje księdza Grzegorza Kalwarczyka i księdza Edwarda Żmijewskiego do przewiezienia ciała księdza Jerzego do Warszawy. Do końca nie mieliśmy pewności, czy to nam się uda. Wyjechaliśmy z Warszawy dosyć wcześnie, na miejscu pomógł nam ksiądz Cezary Potocki, kanclerz z tamtejszej kurii biskupiej, który zaprowadził nas pod prosektorium. Tam spotkała nas pierwsza przeszkoda. Okazało się, że brama wjazdowa do prosektorium została zamknięta na kłódkę. Była z nami rodzina księdza Jerzego. Powiedzieliśmy, że się stąd nie ruszymy, że mają nam otworzyć bramę, bo dowiedzieliśmy się, że ona jest otwierana, tylko akurat tego dnia musiała być zamknięta. Ludzie początkowo nie wiedzieli, że ciało ks. Jerzego jest w Białymstoku. Gdy dowiedzieli się o naszym przyjeździe, zaczęli się gromadzić wokół prosektorium.
Czyli było to utrzymywane w tajemnicy?
– Fakt przewiezienia ciała ks. Jerzego do Białegostoku władze państwowe utrzymywały w tajemnicy. Ciało księdza Jerzego miało być najpierw w Poznaniu, gdzie miała być robiona sekcja, a potem bezpośrednio po niej chciano go pochować w Suchowoli, żeby nie wieźć go do Warszawy. Władze bały się bardzo manifestacji w stolicy i wszystko robiły, żeby matka ks. Jerzego się na to zgodziła. Obiecywały jej, że zajmą się pogrzebem, że pokryją wszystkie koszty. Prosiliśmy mamę, żeby nie dała się nabrać na takie rzeczy. Ksiądz Jerzy jest osobą publiczną i jako kapłan szczególną własnością Kościoła. Poprosiliśmy ją, żeby wyraziła zgodę na jego pogrzeb w Warszawie, bo taka jest wola wszystkich. Na pewno jako matka wolałaby mieć grób syna gdzieś w pobliżu, przystała jednak na prośbę organizatorów pogrzebu i wiernych.
W końcu dostaliście się do prosektorium…
– Tak. Byli już tam jacyś dwaj panowie z SB, prof. Byrdy i fotograf, który robił zdjęcia. Powiedziano nam, że są pieczęcie na drzwiach, wszystko jest nienaruszone, możemy sprawdzić. Odpowiedziałem tym panom: „Gdybym ja sam te pieczęcie nakładał, to mógłbym sprawdzać, czy są autentyczne, w tej chwili mogę jedynie powiedzieć, że są nałożone taśmy i to wszystko. Można je było w nocy kilka razy zmieniać”… Ustaliliśmy z księdzem Edwardem Żmijewskim, że będziemy próbować ukradkiem zrobić zdjęcie księdzu Jerzemu. Ksiądz Żmijewski dysponował maleńkim aparacikiem fotograficznym. Ja miałem go w pewnym momencie odpowiednio zasłonić, ustawić się, by, jak to się mówi, spod rękawa zrobił zdjęcie.
Udało się?
– Nie bez problemów. Zostaliśmy wpuszczeni do sali, w której na leżance spoczywało ciało księdza Jerzego. Wspomniany człowiek z aparatem zaczął robić zdjęcia. Wtedy ksiądz Edward nie wytrzymał, wyjął swój aparacik i też zaczął je robić. Jeden z esbeków podszedł do niego i powiedział, że nie wolno mu robić żadnych zdjęć. Ksiądz Edward trochę się zmieszał, natomiast ja podszedłem do tego pana, który zabraniał robienia zdjęć, i nie tłumacząc się, poprosiłem, by podał mi swoje nazwisko. „A po co?” – pyta. „Bo chcę przekazać Prymasowi Polski, kto nam tutaj przeszkadza w rozpoznaniu ciała. Proszę nazwisko” – powiedziałem i wyjąłem jakąś kartkę z kieszeni. Podał mi je, ale się spłoszył. Od tej pory nie przeszkadzano nam. Ksiądz Edward sfotografował leżące ciało księdza Jerzego, i jak był ubierany do trumny. Mieliśmy obawy, czy uda nam się ten aparat wywieźć. Wtedy okazało się, że dobre duszki nad nami czuwały i zanim wyjechaliśmy ze szpitala, aparatu ksiądz Edward już nie miał, a na drugi dzień w „Sternie” ukazały się kolorowe zdjęcia właśnie z tego aparatu. Znane są opisy, jak wyglądał ksiądz Jerzy po śmierci i jak ubieraliśmy go z siostrami zakonnymi. Przypominam sobie wzruszającą scenę. Ponieważ ksiądz Jerzy był bardzo posiniaczony, pielęgniarki chciały go przypudrować i pomalować mu szminką usta. Tą szminkę wybiłem im z głowy, zezwoliłem jedynie, ponieważ była z nami mama księdza, na lekkie przypudrowanie jego twarzy, przede wszystkim tych sińców, jakie na niej miał. Mieliśmy wątpliwości, czy ciało pokazać rodzicom, czy nie. Brat ks. Jerzego zapewnił nas jednak, że mama jest dzielna, więc uznaliśmy, że może syna zobaczyć. W tym czasie za oknem gromadzili się ludzie, którzy próbowali zaglądać do prosektorium i śpiewali pieśni religijne. Z każdą godziną było ich coraz więcej.
Czy były problemy z rozpoznaniem ciała?
– Rozpoznanie księdza Jerzego mogło sprawić pewne trudności, ponieważ widywałem go jako roześmianego, gdy przychodził do mnie, teraz przed sobą miałem jego posiniaczoną twarz, zmierzwione włosy, ręce jakby już trochę objedzone ze skóry. Wiedząc o tym, że ksiądz Jurek miał dwa znamiona na klatce piersiowej, tak jakby drugą parę sutków, szukaliśmy tych znaków. Z kolei pan Jacek Lipiński dysponował wykazem zębów od dentystki, u której ksiądz Jerzy się leczył.
Wszystko się zgadzało?
– Oczywiście. Patrząc na leżące ciało, widzieliśmy podobieństwo do ks. Jerzego, ale do końca takiej stuprocentowej pewności nie miałem. Ciało było zmasakrowane.
Później był powrót do Warszawy…
– Po krótkim nabożeństwie pożegnania, które biskup Kisiel odprawił w znajdującej się w prosektorium prowizorycznej kaplicy, ruszyliśmy w drogę. Towarzyszyło nam ponad sto samochodów, przeważnie taxi, które włączały się do konduktu i użyły sygnałów dźwiękowych. Tak jechaliśmy przez cały Białystok.
Jak Ksiądz Kanclerz odnosi się do najnowszych spekulacji dr. Leszka Pietrzaka na temat daty śmierci księdza Jerzego, który twierdzi, że miała ona miejsce nie 19 a 25 października?
– Na ten temat wolałbym się nie wypowiadać. Niektórzy ludzie chcą za wszelką cenę wykazać, że nad czterema bandziorami stał ktoś wyższy, kto dawał im rozkazy. Nawet dla oprawców księdza Jerzego byłoby to na rękę, gdyby data śmierci księdza Jerzego była przesunięta na 25 października, bo oni już 23 byli aresztowani. Mieliby alibi. Dla nas, wiernych, istotną sprawą jest męczeńska śmierć księdza, a czy to stało się dwa dni wcześniej, czy dwa dni później, to nie jest ważne, ale między ludzi wprowadza dużo zamieszania i niepokoju.
Czy ksiądz Jerzy posiadał według Księdza Kanclerza jakiś szczególny charyzmat?
– Przede wszystkim był gorliwy jako duszpasterz. Mówi się o różnych charyzmatach, lecz Jurek był normalnym księdzem, który umiał dobrze współżyć z innymi ludźmi. Był, jak to się popularnie mówi, taki „brat łata”, który łatwo nawiązywał z innymi kontakty, miał wspólny język. Przy tym był stanowczy. Wystarczy przypomnieć tutaj choćby sprawę z różańcem noszonym przez niego na palcu w wojsku. Jak postanowił, że będzie go nosił na palcu, to nosił. Dużo go to kosztowało, bo z tego powodu był prześladowany, co opisał w listach do ojca Mieczysława Miętka i do biskupa Zbigniewa Kraszewskiego. Te listy są znane. Ja na księdza Jurka patrzę jako na serdecznego, dobrego kolegę, który umiał się wczuwać w potrzeby innych. To spowodowało, że ładnie włączył się w akcję charytatywną. Ludzie biedni, zwłaszcza w stanie wojennym, mieli u niego jakieś wsparcie, ponieważ na jego adres przychodziły różne paczki z zagranicy. W rozprowadzaniu rzeczy pomagali mu ludzie z „Solidarności”. Sam dostałem od niego, gdy go kiedyś odwiedziłem, ładny koc. – Wiesz, przyda ci się – powiedział. Ksiądz Jerzy powiedział wtedy także: – Tutaj mam też takie buciki, przekaż je ode mnie jakiejś rodzinie. Taki był, gdy widział potrzeby innych, sam pomagał lub starał się przez innych nieść pomoc. Wszystkie zeznania ludzi, które to potwierdzają, są jak najbardziej autentyczne i nie ma w nich żadnej przesady. Nie był wielkim mówcą. Kazania pisał wcześniej, a później je czytał. Trafiały jednak do ludzi.
Co było w jego nauczaniu najważniejsze?
– Ksiądz Jurek opierał się na Piśmie Świętym, cytował je dosyć często. Lubił także powoływać się na kardynała Stefana Wyszyńskiego i na Ojca Świętego Jana Pawła II. Co rusz pojawiały się więc w tych jego kazaniach jakieś cytaty. Pod koniec Mszy Świętej za Ojczyznę prosił wiernych o rozchodzenie się w spokoju i wiedział, że w tłumie są różni ludzie. Gdyby zdarzyła się jakaś rozróba, winny byłyby oczywiście ten, kto jest organizatorem.
Podziela Ksiądz Kanclerz opinię księdza prałata Teofila Boguckiego, że ksiądz Jerzy w czynieniu dobra był zaskakujący?
– Oczywiście. Jemu nawet wojsko, w którym dali mu w kość, jakoś leżało na sercu. Na żołnierzy, którzy go pilnowali, patrzył inaczej. Wiedział, że muszą tu stać, że mają taki rozkaz. Był bardzo otwarty, gościnny. Ktoś przedstawił go kiedyś jako nałogowego palacza. Jest to fałsz. On od czasu do czasu palił papierosy, starał się w tym ograniczać. Papierosy nosił ze sobą, ale przede wszystkim z myślą o tych, którzy palą, żeby ich poczęstować. Sygnalizuję to, ponieważ niektórzy robią z niego nałogowego palacza, co jest robieniem mu krzywdy.
Jak ksiądz Jerzy znosił szykany SB? Bał się śmierci czy odważnie kroczył za Chrystusem, będąc gotowy na wszystko, jak później podkreślał?
– Szykany, jakich doznawał, traktował jako swoje osobiste przeżycia i krzyże, którymi czasem się dzielił z innymi. Rozmawiałem z nim następnego dnia po zamachu na niego pod Olsztynkiem 13 października 1984 roku. Dyskutowaliśmy, czy zdarzenie to nagłośnić, czy nie. Uznaliśmy, że lepiej będzie fakt napaści przemilczeć. Wtedy powiedziałem do niego: – Jurek, musisz uważać, bo wróg już nie żartuje. – Człowiek raz umiera, Pan Bóg nad nami czuwa – odparł w podobnym stylu i dodał, że jeśli taka jest wola Boża, to on się z nią zgadza. Mówię mu: – Jurku, to, że raz umieramy, to wiemy, to, że ludzie giną w różnych sytuacjach, też wiemy, ale najgorzej będzie, jak oni zrobią z ciebie kalekę. Przez miesiąc, przez dwa lub trzy będą cię ludzie doglądać, będą się tobą opiekować, współczuć ci, a potem nastąpi wyciszenie i zostaniesz sam. Dlatego masz obowiązek unikać takich sytuacji i nie narażać się, o to cię proszę – podkreśliłem.
Wspomina Ksiądz Kanclerz jakieś szczególne zdarzenie z księdzem Jerzym?
– Tak. Działo się to chyba 30 sierpnia 1983 roku. Rano przyszli do mnie do kurii z Pałacu Mostowskich jacyś panowie, by poinformować, że zatrzymali księdza Jerzego Popiełuszkę, gdy udawał się na manifestację do Gdańska. Nie pozwolili mu tam pojechać i możemy go sobie odebrać na komendzie w Łomiankach. Trudno ich było rozróżnić – czy to milicja, czy SB. Ksiądz Jerzy wybrał się rzeczywiście do Gdańska, bo jego przyjaciel ksiądz Bogdan Liniewski wrócił z misji i trzeba było odebrać jego rzeczy ze statku. Obaj umówili się, że pojadą po rzeczy 30 sierpnia. Okazało się, że donosiciele przechwycili zamiary księdza Jerzego. W Łomiankach na komendzie ksiądz Jurek nawiązał kontakt z córką komendanta milicji (było to dziecko, druga klasa może), dał jej jakiś obrazek i poprosił, żeby w parafii powiedziała księdzu, że ksiądz Jerzy Popiełuszko jest zamknięty na komendzie. Ta dziewczynka, o ile mi wiadomo, wykonała to polecenie. Naradzaliśmy się, co zrobić. Księdzu Jerzemu powiedziano, że do Gdańska nie pojedzie. On jednak upierał się, mówił, że jest w Polsce wolny i może jeździć, dokąd zechce. W tej sytuacji przyjechali do księdza biskupa Władysława Miziołka przedstawiciele Służby Bezpieczeństwa ponownie i pertraktowali na temat rozwiązania sytuacji. Domagali się, aby ksiądz biskup nakazał księdzu Jerzemu powrót do Warszawy. Ksiądz biskup nie wydał jednak takiego rozporządzenia, uważał bowiem, że w czasie wakacji ksiądz Jerzy ma prawo dowolnie rozporządzać swoim czasem. Odwiedziny przedstawicieli SB w kurii powtórzyły się jeszcze dwukrotnie. Stanęło ostatecznie na tym, że ja, jako delegat księdza biskupa Miziołka, pojadę do Łomianek poinformować księdza Jerzego, że jest zaproszony do księdza biskupa na herbatę. Gdy przyjechałem tam, ksiądz Jerzy siedział zamknięty w celi, ksiądz Liniewski czekał na podwórku. Do Gdańska jechał z nimi jeszcze pan Waldemar Chrostowski, ale zgarnęli go od razu i zabrali do Warszawy. Przedstawiłem księdzu Jerzemu propozycję księdza biskupa, powiedziałem mu, że prosi nas do siebie w gościnę. Ksiądz Jurek zgodził się, bo i tak wiedział, że dalej nie pojedzie. Zanim wróciliśmy do Warszawy, musiałem pokwitować odbiór „obywatela Popiełuszki”.
Jak wracaliście, zapewne mieliście „ogon” za sobą…
– Wracaliśmy do Warszawy w tow arzystwie samochodów z przodu i z tyłu. Skąd wiemy o tym? Ksiądz Jurek od pewnego czasu posługiwał się nieprzestrojonym japońskim radiem, na którym można było łapać fale naszej milicji. Gdy wsiedliśmy do samochodu, ksiądz Jurek włączył to radio i usłyszeliśmy komendę: „Uwaga hamują”, „Dał migacz lewy”, „Uważaj, bo tam…”, itp. I tak cały czas nas prowadzili. Było po drugiej, a wiedzieliśmy, że ksiądz biskup Miziołek między 14.00 a 16.00 jest nieosiągalny, bo ma w tym czasie obiad i inne ważne sprawy, mówię więc: – Pojedziemy do mnie na Kanonię, wypijemy kawę, a do biskupa pojedziemy po 16.00. Tak zrobiliśmy. Ustawiliśmy samochód, ksiądz Jerzy i ksiądz Bogdan żałowali trochę, że im się nie udał wyjazd do Gdańska, wypiliśmy razem kawę i po 16.00 zdawało nam się, że już bez „aniołów stróżów” dojedziemy swobodnie do biskupa na ul. Książęcą. Tymczasem, gdy wsiedliśmy do samochodu, ksiądz Jurek włączył radio i usłyszeliśmy: „Uwaga, wsiadają do samochodu”. Znaczyło to, że nadal nas obserwują. Na podwórku jednak nikogo nie było widać. Wyjechaliśmy na ulicę Brzozową, a w radiu padło hasło: „Kierują się na wodę”. To słowo „wodę” pamiętam, bo to był później rozkaz Piotrowskiego: „Tylko woda”. Więc nie na rzekę, nie na Wisłę czy Wisłostradę, tylko kierowaliśmy się według nich „na wodę”. Później było dla mnie jasne, że w grupie nas osaczającej przebywał Grzegorz Piotrowski. Jestem o tym przekonany.
Co było później?
– Jadąc Wisłostradą, postanowiliśmy ich zmylić. Dojechaliśmy do ul. Tamki i gdy zapaliły się zielone światła, zrobiliśmy gwałtowany manewr, skręcając w prawo. Od razu usłyszeliśmy w radiu przekleństwo, padły słowa: „Skręcili w prawo”. Słyszeliśmy gdzieś przed nami zgrzyt hamulców. Gdy dojechaliśmy do księdza biskupa, przed nami zatrzymał się brązowy samochód przed placem Trzech Krzyży, a za nami jakiś inny. Ksiądz biskup stwierdził, że powrót do Warszawy księdza Jerzego był najrozsądniejszym rozwiązaniem, bo nie wiadomo, co by było dalej. Po rozstaniu się z księdzem biskupem Miziołkiem, wsiedliśmy do samochodu i padło znów hasło: „Wsiadają do samochodu”, co oznaczało, że nadal nas pilotowali. Wjechaliśmy w Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. W radiu słyszymy hasło następne: „Oddaję ci ich pod Anką”, dojeżdżaliśmy bowiem do kościoła świętej Anny. Wtedy nas to trochę bawiło. Umówiliśmy się, że ksiądz Jerzy i ksiądz Bogdan pojadą na Żoliborz, a ja wysiądę przy pomniku Kilińskiego i pójdę do domu. Postanowiłem nie oglądać się do tyłu po wyjściu z samochodu, bo nas obserwowali. Gdy ksiądz Jurek z księdzem Bogdanem ruszyli do przodu, usłyszałem tylko pisk opon i zobaczyłem biały samochód jadący za nimi.
Na jakim etapie jest proces beatyfikacyjny księdza Jerzego Popiełuszki?
– Skończyliśmy proces beatyfikacyjny na etapie diecezjalnym. Dokumenty oryginalne zapakowane w paczki poszły do Rzymu, w naszym archiwum mamy kopie. Z tego, co nam wiadomo, w ostatnich dniach Ojciec Święty otrzymał z rąk arcybiskupa Kazimierza Nycza positio, czyli naukowe opracowanie życiorysu i historii męczeństwa księdza Jerzego, a więc podstawowy dokument oparty na wszystkich świadectwach i zeznaniach. To positio będzie czytane przez członków Kongregacji do Spraw Kanonizacyjnych, po czym zapadnie najważniejsza decyzja, na którą czekamy. Ksiądz arcybiskup wręczył Ojcu Świętemu również list, podpisany przez wszystkich biskupów 28 września br. w Białymstoku, w którym proszą, żeby beatyfikację – jeżeli to tylko możliwe i nie sprzeciwia się woli Ojca Świętego – potraktować priorytetowo. W przeciwnym razie czekalibyśmy w kolejce zapewne jeszcze kilka lat, bo kolejka na beatyfikacji jest długa. Ojciec Święty przypomniał w rozmowie z księdzem arcybiskupem, że był przy grobie księdza Jerzego, gdy jeszcze nie był Papieżem, i że zna jego sprawę. Dodam, że arcybiskup, który ogłaszał w Białymstoku księdza Michała Sopoćkę błogosławionym, przyjechał do Warszawy. Był w naszej archikatedrze, zwiedził grób kardynała Stefana Wyszyńskiego i kardynała Augusta Hlonda oraz modlił się przy relikwiach błogosławionego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, po czym pojechał z naszym arcybiskupem na Żoliborz. Tam odprawił Mszę Świętą i zwiedził muzeum poświęcone księdzu Jerzemu. Był bardzo wzruszony. Jesteśmy dobrej myśli, jeżeli chodzi o beatyfikację księdza Jerzego Popiełuszki.
Dziękuję bardzo Księdzu Kanclerzowi za rozmowę.
