Między Rosją i Niemcami
Zachęcam was jedynie, bracia, abyście coraz bardziej się doskonalili i starali zachować spokój, spełniać własne obowiązki i pracować swoimi rękami, jak to wam przykazaliśmy, żebyście wobec tych, którzy pozostają na zewnątrz, postępowali szlachetnie, a nie będziecie potrzebować nikogo. (1 Tes 4, 11)
Zbliża się wrzesień i nie sposób zapomnieć o wojnie, która była najkrwawszą, najokrutniejszą w dziejach świata. Tyle ofiar i zniszczeń, tyle konsekwencji na długie lata. Paradoksalnie przegrani odnieśli zamierzony cel, którego owocem jest ich dzisiejsza hegemonia w Europie. Zresztą i główny zwycięzca nie ma powodu do narzekań. Niemcy i Rosja rządzą naszą częścią świata, a II wojna światowa była sposobem na „uporządkowanie” strefy wpływów na kolejne dziesiątki, o ile nie setki lat. Tak to wygląda z perspektywy czasu. Gorzka prawda, niestety pakt Ribbentrop – Mołotow zapuścił korzenie.
To, że byliśmy największym łupem Stalina, nie jest tylko jego megalomańską wypowiedzią, ale rzeczywistością nękającą Polskę do 1989 roku. Od tego czasu krok po kroku stajemy się w bardziej zakamuflowany sposób łupem dla „Wielkiego Brata” zza Odry.
Przegrany w II wojnie użala się nad niesprawiedliwością, domaga się mienia dla wypędzonych, prowadzi politykę kłamstwa wobec własnego okrucieństwa, próbując obarczyć Polskę winą za obozy koncentracyjne. Powszechnie w światowych mediach mówi się przecież o „polskich obozach koncentracyjnych”. Niemcy wcale nie spieszą się z odkłamywaniem tej perfidnej blagi. Zakamuflowana pochwała z ust obecnej pani kanclerz dla działań rosyjskich w Gruzji jest tylko kolejnym dowodem na odwieczną przyjaźń pomiędzy onegdaj sierpem i młotem a swastyką, a obecnie już „kulturalnymi” przedstawicielami cywilizacji turańskiej i bizantyjskiej. Nie w smak było i jest nasze położenie pomiędzy tymi miłującymi się narodami. Pasujemy tu jak kwiatek do kożucha. Ale nie jest to naszą winą, że, jak zauważył żartobliwie Andrzej Mleczko, Pan Bóg zrobił Polakom kawał i umieścił nas między Rosją a Niemcami. Widocznie taki to zamysł, aby światło, którego stróżem jest Kościół katolicki, mogło błyszczeć w tej części świata.
Niestety, przeszkadzają nam w tej misji liczne wady narodowe, z których bardzo poważną jest brak zgody. Nie na próżno żartujemy, że gdy spotyka się dwóch rodaków, powstają trzy różne zdania. I to zarówno w sprawach wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Nie chodzi tu bynajmniej o ograniczenie jakiejkolwiek dyskusji, ale o dominację za wszelką cenę – moje musi być na wierzchu. Ale pewnie i tak posiadanie zdania jest o wiele cenniejsze niż jego brak. W Stanach Zjednoczonych, które charakteryzuje duch dumy narodowej widoczny w wypowiedziach obywateli tego kraju, czy to przeciętnych, czy też sław chociażby sportowych, linią rozdzielającą i istotną, decydującą o dokonaniu określonych wyborów, jest stosunek do wartości fundamentalnych, konkretnie do życia ludzkiego. W Polsce ten temat ciągle jest uważany za zamienny i dyżurny np. w okresie przedwyborczym. Poza nielicznymi mediami katolickimi oraz ekstremalnymi sytuacjami nagłaśnianymi wszędzie, na co dzień uważa się go za niewart uwagi, podczas gdy nieustanne wychowywanie społeczeństwa w szacunku dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci jest sprawą o największym znaczeniu. Osoba rozumiejąca to może współczuć i działać na rzecz każdego człowieka bez wyjątku. Zagrożenia wynikające z aborcji, eutanazji, głodu, bycia ofiarami wojny czy kataklizmów wymagają zawsze tego samego – aktywnej pomocy wynikającej z bezinteresownej ludzkiej solidarności. Postawa szacunku dla każdego życia wyklucza gdybanie, usprawiedliwianie jakiegokolwiek mordu, czynienia jakiegokolwiek wyjątku, przeciwstawiania życia wartościom materialnym. Ludzie prawi kochają życie nie tylko w deklaracjach. Rozumiem, dlaczego politykom tak trudno przyznać się do takiej miłości, ale niech wtedy nie nazywają siebie prawymi.
Hanna Wujkowska
