Miłość żąda ofiary

Kazanie ordynariusza polowego Wojska Polskiego księdza biskupa Tadeusza Płoskiego wygłoszone 18 lutego 2008 r. podczas Mszy św. żałobnej i pogrzebowej w Świdwinie w intencji 20 lotników – ofiar katastrofy samolotowej CASA

Człowiek jest tylko

sprawcą swoich czynów,

ale przez te czyny jest zarazem

w jakiś sposób „twórcą samego

siebie”. (Jan Paweł II)

Z wielką zadumą stajemy przy doczesnych szczątkach Braci Lotników, którzy nie tak dawno byli obecni w naszym codziennym życiu: pracy i rozmowach. A dzisiaj milczą, nie snują planów zawodowych, prywatnych i rodzinnych. Pytamy każdego z nich: Gdzie jesteś? Kim jesteś teraz? Zdaje się, że możemy usłyszeć od nich taką odpowiedź: „Byłem tym, kim ty jesteś. Jestem tym, kim ty będziesz”.

Wzrokiem chrześcijańskiej nadziei w wielkim bólu i cierpieniu, ze ściśniętymi przez ogromny żal sercami i ze łzami w oczach, żegnamy dzisiaj żołnierzy w stalowych mundurach, których znakiem rozpoznawczym była gapa i biało-czerwona szachownica lotnicza. Mundur lotnika wyrażał ich żołnierską tożsamość, która przenikała w ich życie prywatne i rodzinne. Ich tożsamość to najwyższa jakość profesjonalizmu zawodowego, ale również najwyższa kultura i oddanie dla Boga, Ojczyzny i rodzin: rodziców, żon i dzieci, krewnych i przyjaciół.

Gdy ojciec umiera, gromadzą się przy nim wszystkie jego dzieci, które wychowywał, które uczył odróżniać dobro od zła, które prowadził przez życie. Nasi Bracia w chwili śmierci nie byli otoczeni swoimi dziećmi i bliskimi. Ich śmierć była nagła i tragiczna. Uderzenie ich śmierci było dla nas tak silne i gwałtowne, iż mamy wrażenie, że wyrwało nas niczym roślinę z ziemi, która w krótkim czasie usycha.

Dlatego dobrze jest, aby ci, dla których Słowo Ewangelii jest światłem życia, posłuchali Jezusa mówiącego: „Nikt nie może ich wyrwać z ręki mojego Ojca” (J 10, 28). Niełatwo to stwierdzić, ale pewne jest, że śmierć nie jest sierpem, który ścina żywą roślinę, ani mroczną dłonią, która wykorzenia nas z gleby życia. Nikt nie może wyrwać nas z ręki Ojca, który nas prowadzi.

Zdawali się na wolę Bożą

Śmierć zawsze wydaje się być czymś ostatecznym i wstrząsającym. Każdy z nas czuje wobec niej swą bezradność. Jest tajemnicą Bożą, nie ludzką. Mówiąc słowami Ewangelii: „Jak wiatr wionie”. Nie wiemy, skąd przychodzi i dokąd zmierza, dlatego taka nieporadność naszych ludzkich sądów o niej, dlatego też to wielkie milczenie w obecnej chwili, bardziej sprzyjające modlitwie niż mówieniu.

W drugiej Księdze Machabejskiej czytamy, że Juda Machabejski po zwycięstwie odniesionym nad wrogami pamiętał najpierw o swoich poległych żołnierzach. „Uczyniwszy zaś składkę pomiędzy ludźmi, posłał do Jerozolimy około dwu tysięcy drachm, aby złożono ofiarę za grzechy. Bardzo pięknie i szlachetnie uczynił, myślał bowiem o zmartwychwstaniu. Gdyby bowiem nie był przekonany, że ci zabici zmartwychwstaną, to modlitwa za zmarłych byłaby czymś zbędnym i niedorzecznym, lecz jeśli uważał, że dla tych, którzy pobożnie zasnęli, jest przygotowana najwspanialsza nagroda – była to myśl święta i pobożna” (2 Mch 12, 43-45).

Wszyscy bardzo dobrze wiemy, że niełatwo pogodzić jest te słowa z rzeczywistością tragicznej śmierci naszych dwudziestu Braci, którzy siłą tej tragedii zostali przeniesieni do innej rzeczywistości. Trudno w takiej chwili zachować radość i odczuwać zaufanie do Pana Boga. Jednak z wiarą stajemy przy ołtarzu Chrystusowym, aby tak jak Juda Machabejski składać Najświętszą Ofiarę za naszych Braci. Taka postawa jest godna uczniów Chrystusa, bo za modlitwę za zmarłych znajdujemy pochwałę na kartach Pisma Świętego.

Tak jak Marta w Betanii skarżyła się Jezusowi, wypominając Mu: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł” (J 11, 21), tak my możemy pytać: „Panie, gdzie byłeś, gdy ginęli nasi mężowie, ojcowie, koledzy?”. Zawsze, z ludzkiego punktu widzenia, śmierć przychodzi za wcześnie. Mszał rzymski mówi, że: Pośrodku życia w śmierci jesteśmy. Dzisiaj pytamy: Dlaczego Oni, nasi kochani Bracia Lotnicy?

Przez służbę dla naszej Ojczyzny, trudną i niebezpieczną, każdego dnia zdawali się na wolę Bożą, wypowiadając słowa Modlitwy Pańskiej: „Bądź wola Twoja”. To ich wyróżniało: gotowość obrony polskiego nieba, ale co za tym idzie, również gotowość na śmierć lotnika. Tak też się stało nocą 23 stycznia 2008 roku.

Samolot CASA odbywał lot po zaplanowanej trasie: Warszawa – Powidz – Poznań – Krzesiny – Mirosławiec – Świdwin – Kraków. Maszyną lecieli z Warszawy oficerowie – uczestnicy konferencji „Bezpieczeństwo Lotów”. Podczas podejścia do lądowania na lotnisku Mirosławiec miała miejsce katastrofa. Na pokładzie w tej fazie lotu było 20 osób, w tym 16 pasażerów i 4 członków załogi. Do tragedii doszło około 800 metrów przed planowanym lądowaniem. Samolot spadł przed lotniskiem na teren zalesiony – doszło do pożaru. Na miejsce katastrofy przybyły jednostki ratownicze, dwaj księża kapelani i miejscowy proboszcz, którzy udzielili generalnego rozgrzeszenia. Nie odnaleziono nikogo żywego. Była to pierwsza katastrofa tego typu samolotu na świecie.

Dzisiaj tu, na lotnisku w Świdwinie, podczas ceremonii pogrzebowej śp. Lotników z 1. Brygady Lotnictwa Taktycznego i 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego, otwieramy nasze serca na tamte Chrystusowe słowa wypowiedziane przed wiekami w Betanii. Słowa te są fundamentem naszej wiary. Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem, kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Wierzysz w to? (J 11, 26) – pyta Chrystus. Tak, Panie. Ja mocno wierzę (J 11, 27) – odpowiedziała Marta, ta, która opłakiwała wraz z siostrą zmarłego brata Łazarza. Mamy pewność, że tak właśnie, z ufnością i zdecydowaniem, odpowiedzieliby na Chrystusowe pytanie tragicznie zmarli nasi Bracia Lotnicy. A my opłakujący Ich stratę – co byśmy Chrystusowi odpowiedzieli?

Ofiara w służbie Ojczyzny

Każda śmierć ludzka to katecheza: czegoś nas uczy, coś nam uświadamia, coś w nas budzi. W obliczu śmierci przyglądamy się tak nagle przerwanym życiom – odwracamy jej karty. Dostrzegamy na nich zapis Bożych zamysłów, Boży plan zadany człowiekowi do wykonania.

Dla nich wszystkich wykonanie Bożego planu rozpoczęło się z chwilą przekroczenia wojskowych uczelni, chociaż w różnym czasie. Czym się kierowali, że właśnie wybrali szlak lotniczy? Zapewne nie perspektywa walki, ale romantyzm i fantazja lotu i wyzwanie, jakie stanowił podbój przestworzy. Już wtedy, w dniu przysięgi wojskowej, przy licznie zgromadzonych świadkach złożyli ojczyźniane zobowiązanie, że „…w razie potrzeby (dla Ojczyzny) krwi własnej ani życia szczędzić nie będą…” (z „Roty przysięgi wojskowej”). Ich żołnierskie i lotnicze życie zostało przeniknięte świadomością ofiary, w której sami będą musieli, o ile zaistnieje potrzeba, złożyć siebie w służbie Ojczyźnie.

Dla większości z nich etos żołnierza kształtowany był w Dęblińskiej Szkole Orląt, a dla niektórych w Wojskowej Akademii Technicznej. Właśnie tam, w Dęblinie, patrząc na historyczny sztandar polskich lotników z 1940 roku, nauczyli się, że „Miłość żąda ofiary”. Etos polskiego pilota oparty jest na doświadczeniach pilotów, którzy walczyli o niepodległą Polskę, gdziekolwiek się znaleźli. Charakteryzuje go wielka miłość: do drugiego człowieka – przyjaciela, kolegi, towarzysza niedoli, z którą przyszło im się zmagać, bo taka była potrzeba. Charakteryzuje się ten etos miłością i wielką przyjaźnią we wzajemnych relacjach, a kiedy zachodziła potrzeba – gotowością oddania życia za drugiego.

Etos ten charakteryzował się też miłością do Ojczyzny, ukochaniem polskiej ziemi i wielką determinacją w walce o jej niepodległość.

Mamy miejsce w niebie

Moi Drodzy!

Służba wojskowa, a szczególnie służba w powietrzu pod polskim niebem, uczy człowieka pokory w obliczu natury, która jest potężniejsza niż ludzki umysł i ludzkie wynalazki. W takich warunkach służby potrzeba zaufania do kolegi, który odpowiada za stan techniczny samolotu, potrzeba zaufania do kolegi, który przez radio naprowadza na pas lotniska, potrzeba zaufania do kolegi, gdy przeżywamy chwile trudne i gdy stajemy przed różnymi dylematami. Te lotnicze okoliczności powodują, że między żołnierzami lotnikami zawiązują się relacje przyjacielskie, niczym braterskie. Lotnictwo to braterstwo, bo tylko bratu można zaufać w takim stopniu, w jakim ufają sobie lotnicy.

Dzisiaj opłakujemy śmierć naszych Braci lotników: mężów i ojców. Stajemy przy doczesnych szczątkach mężów, którzy w swoim ziemskim życiu wypełniali jeszcze inne powołanie. Powołanie, które wymaga szczególnego poświęcenia i oddania dla ukochanych osób. Chociaż możemy powiedzieć o Nich, że byli Synami Ojca niebieskiego i tworzyli braterstwo naznaczone sakramentem chrztu świętego i przynależnością do rodziny lotniczej, to Pan Bóg dał im jeszcze jedno, szczególne zadanie. Powołał ich do ojcostwa, które było odbiciem miłości Boga-Ojca do człowieka. Jak Ojciec niebieski troszczy się o swe dzieci, tak oni troszczyli się o swoje rodziny: żony, córki i synów.

To zadanie wypełniali w sposób najwierniejszy, dbając o wzrost materialny, ale również religijny i duchowy swoich dzieci. Za tę wierność powołaniu, za ich poświęcenie czeka ich nagroda. Sługa Boży kardynał Stefan Wyszyński zapewnia nas takimi słowami: „Mamy miejsce w niebie, które na nas czeka, choćbyśmy bardzo późno tam przyszli lub zasiedzieli się w czyśćcu. Nikt go nie zajmie, bo ono jest tylko dla nas…”.

Nasi tragicznie zmarli Bracia Lotnicy – wyznawcy Chrystusa, zachowali do końca wiarę swoich ojców. Nie zboczyli z drogi przykazań, byli wierni Bogu, Chrystusowi, Krzyżowi i Kościołowi, aż do ostatnich chwil swojego życia. I dlatego zapewne już dzisiaj słyszą słowa wypowiedziane przez Ojca wszystkich stworzeń: „Sługo dobry i wierny, wejdź do radości Pana twego”.

Liczy się tylko dobro

Umiłowani!

Braterstwo to obowiązek ludzi prawych. To zadanie dla tych, którzy łakną i pragną sprawiedliwości. To ciągła powinność tych, którzy w swoim życiu kierują się nakazami sumienia.

Braterstwo wynika z najgłębszego przekonania o wspólnocie losu ludzi, którzy mimo rozmaitych różnic są nosicielami wielkich tajemnic: powołania do życia, narodzin i śmierci, które są losem każdego z nas. Które są znakiem Boga, Pana wszelkiego stworzenia.

Zanieśmy nasze braterstwo z Braćmi Lotnikami, których dzisiaj żegnamy, do naszych lotniczych, polskich garnizonów, gdziekolwiek one są: w kraju i za granicą. Niech ono świadczy o tym, że ta tragiczna śmierć wzmocniła nas w duchu solidarności ze Zmarłymi, ale przede wszystkim z ich najbliższymi Rodzinami. Postanówmy sobie w sercu, że nie zapomnimy, nie pozwolimy, aby oni w swym bólu pozostali sami. Bądźmy wrażliwi jak Chrystus w Betanii, który wzruszył się i zapłakał nad śmiercią przyjaciela Łazarza.

Składamy Ci, Boże Ojcze, dziękczynienie za dar życia i służby 20 Braci Lotników, którzy zginęli tragicznie w samolotowej katastrofie. Ich doczesne szczątki prawie całkowicie spłonęły. Te uratowane i złożone w trumnach stanowią swoiste relikwie. Pozostało jedynie dobro, ono się tylko liczy i o nim mówimy.

Patrzyłem zdziwionymi oczyma na staruszka lekarza, którego prowadzili do Ojca Świętego Jana Pawła II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej 108 męczenników w Warszawie. Niósł uratowane szczątki księdza Wincentego Frelichowskiego – Druha „Wicka” – człowieka dobroci. Jako lekarz i współwięzień obozu zakradł się do miejsca, gdzie złożone były zwłoki księdza i odciął palec u jego ręki. Prosili go o to więźniowie.

Mówili, że relikwie tak dobroczynnych rąk nie mogą przestać istnieć. Relikwie te przyniósł Ojcu Świętemu. Ciało księdza Frelichowskiego zostało spalone. Podobnie jak spalone zostały podczas samolotowej katastrofy ciała naszych Braci Lotników. Liczy się tylko dobro i ono przetrwa. Błogosławieni cisi…

Idziemy dzisiaj, Panie Jezu, po polskich drogach w żałobnych konduktach naszych wspaniałych Braci Lotników i przynosimy pomnożone przez nich talenty, spoglądając w niebo: ich wiarę i poważanie dla Kościoła, ich miłość do ludzi i do Ojczyzny oraz ich służbę pokojowi i bezpieczeństwu:

Dzięki wierze patrzyli inaczej.

Dzięki nadziei widzieli dalej.

Dzięki miłości poznawali głębiej.

W ramionach Boga

Drodzy Bracia Lotnicy. Przyszliśmy tu wszyscy, by Was pożegnać na świdwińskiej płycie lotniska. Wystartowaliście z warszawskiej ziemi 23 stycznia w swój ostatni życiowy lot, który poprowadził Was do jedynego wiecznego lądowania. Życzymy Wam, by Dobry Bóg powitał Was promieniami słonecznymi prowadzącymi do świetlanego hangaru wiecznego przebywania z Nim, a niebo i ziemia niech Wam grają kolorami tęczy…

W duchu chrześcijańskiej wiary prosimy także: Nie patrz, Panie, na spękane, ludzkie, pełne słabości dzbany. Daj skromny kącik dzielnym Lotnikom w wiecznych niebiańskich przestworzach Ojcowskiego domu. Niech opiewają Twoją wieczną chwałę.

Nasze żałobne rozważania zakończmy słowami modlitwy Edyty Geppert pt. „Zamiast”:

Ty, Panie, tyle czasu masz, mieszkanie w chmurach i błękicie

A ja na głowie mnóstwo spraw i na to wszystko jedno życie.

A skoro wszystko lepiej wiesz, bo patrzysz na nas z lotu ptaka,

To powiedz, czemu tak mi jest, że czasem tylko siąść i płakać.

Ja się nie skarżę na swój los

Potulna jestem jak baranek

I tylko mam nadzieję, że

Że chyba wiesz, co robisz, Panie.

Ile mam grzechów, któż to wie, a do liczenia nie mam głowy

Wszystkie darujesz mi i tak, nie jesteś przecież drobiazgowy.

Lecz czemu mnie do raju bram prowadzisz drogą taką krętą

I czemu wciąż doświadczasz tak, jak gdybyś chciał uczynić świętą.

Nie chcę się skarżyć na swój los

Nie proszę więcej, niż dać możesz

I ciągle mam wrażenie, że

Że chyba wiesz, co robisz, Boże.

To życie minie jak zły sen, jak tragifarsa, komediodramat

A gdy się zbudzę, westchnę – cóż, to wszystko było chyba zamiast.

Lecz póki co w zamęcie trwam, liczę na palcach lata szare

I tylko czasem przemknie myśl, przecie nie jestem tu za karę.

Dziś czuję się jak mrówka, gdy

Czyjś but tratuje jej mrowisko

Czemu mi dałeś wiarę w cud

A potem odebrałeś wszystko.

Nie chcę się skarżyć na swój los

Choć wiem, jak będzie jutro rano.

Tyle powiedzieć chciałam ci…

Amen.

drukuj