Szpital bliski pacjentom
Szpital Zakonu Bonifratrów św. Benedykta Menniego w Piaskach-Marysinie – stary budynek otoczony drzewami. Malownicza okolica, cisza i spokój przyciągają ludzi z całej Polski, którzy nie tylko szybko wracają tu do zdrowia, ale także wspaniale odpoczywają i nabierają duchowej siły. Wyjątkowość tego miejsca sprawia, że nie zrażają się długim okresem oczekiwania (nawet 20 miesięcy!). A ci, którzy raz poznali atmosferę tej placówki, często tu później wracają. – Marzyłam o tym, żeby brać udział w tworzeniu szpitala, który będzie dla pacjentów – a nie pacjenci dla szpitala – mówi dyrektor Ewa Jaskulska. – Szpital bliski pacjentowi, gdzie będzie można stworzyć dobrą atmosferę, służyć ludziom, gdzie każdy będzie chciał przyjechać – dodaje.
– To jest mój kolejny szpital, więc mam porównanie – mówi 23-letni Piotrek, rehabilitujący się w Marysinie po wypadku samochodowym. – Czuję się tutaj dużo lepiej niż w poprzednich ośrodkach, jest zupełnie inna rehabilitacja. Personel jest bardzo życzliwy, pacjenci są traktowani jak osoby, a nie kolejne trudne przypadki. Bardzo mi się tutaj podoba – dodaje.
Pan Leszek, któremu ciągnik przejechał nogę, jest zafascynowany profesjonalizmem i zaangażowaniem personelu: – Mam podziw dla tych młodych rehabilitantek, jak sobie radzą nieraz z dość tęgimi pacjentami – mówi. Równie pochlebnie wyraża się o lekarzach, którzy w każdej chwili są do dyspozycji pacjentów. Pan Ryszard od 12 lat choruje na stwardnienie rozsiane. Odwiedził już wiele szpitali, ze wszystkich placówek rehabilitacyjnych, w których się leczył, Marysin wypada najkorzystniej. – Jednym słowem można określić: super! – rozpromienia się na twarzy. – Specyfika polega na tym, że personel jest bardziej miły dla chorych. Wszyscy są bardzo życzliwie nastawieni do pacjenta, nie spotkałem się jeszcze, żeby ktoś powiedział „nie pomożemy ci” – wypowiada się w samych superlatywach.
Dzieło miłosierdzia
Historia szpitala sięga roku 1895. Ufundował go hr. Marceli Żółtowski. Dla uczczenia Matki Bożej nazwał teren koło Gostynia, przeznaczony pod przyszłą budowę – Marysinem. Mimo ogromnych trudności ze strony władz pruskich szpital wzniesiono w ciągu pięciu lat. Placówka stała się nie tylko ośrodkiem opieki lekarskiej i miłosiernej posługi braci bonifratrów, lecz także symbolem patriotyzmu i niezłomności ducha mieszkających tam Polaków. W okresie międzywojennym szpital rozbudowano i unowocześniono. Dochody, jakie przynosiło prowadzone przez braci gospodarstwo, pokrywały nie tylko potrzeby szpitala, ale wystarczały też na pomoc dla najbiedniejszych. Podczas drugiej wojny światowej szpital przejęli Niemcy. Zamknięto kaplicę pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, a bracia podzieli los miejscowej ludności.
W 1946 roku szpital upaństwowiono, stopniowo zwalniając z pracy wszystkich bonifratrów. Najdłużej utrzymali się na oddziale gruźliczym i przy rentgenie. Jedynie stanowczy sprzeciw straży pożarnej z Gostynia uniemożliwił nowym władzom szpitala zamurowanie drzwi ze szpitala do kościoła, a tym samym pozbawienie chorych szansy uczestniczenia we Mszy Świętej. Ponadto rozgrabiono niemalże całe wyposażenie klasztoru, m.in. piękne zabytkowe meble oraz inne przedmioty o dużej wartości historycznej i artystycznej, podarowane klasztorowi w różnych okresach przez zamożne okoliczne dwory.
Po 1989 roku stopniowo bonifratrzy odzyskali prawo własności, dzierżawiąc do grudnia 2000 roku budynki ZOZ-owi w Gostyniu. Równocześnie zakon starał się o uzyskanie pozwolenia na prowadzenie samodzielnej działalności leczniczej. Szpital wznowił swoją działalność 1 stycznia 2006 roku. Obecnie Szpital Zakonu Bonifratrów w Piaskach-Marysinie tworzą oddziały rehabilitacji: ogólnoustrojowej (stacjonarny, 65 łóżek), dziennej (pacjenci przychodzą na zabiegi) i ambulatoryjnej. Działają także poradnie: rehabilitacyjna, pulmonologiczna i ortopedyczna. Od początku 2008 r. rozpoczęto nabór na turnusy rehabilitacyjne, dofinansowywane ze środków Państwowego Funduszu Osób Niepełnosprawnych. Ponadto Szpital Zakonu Bonifratrów wraz z konwentem Ojców Bonifratrów prowadzi działania w zakresie wczesnego wykrywania zaburzeń i dysfunkcji rozwojowych oraz niepełnosprawności u dzieci. Projekt „Wczesna interwencja medyczno-pedagogiczna dla dzieci w wieku od urodzenia do okresu wczesnoszkolnego” jest realizowany w ramach współpracy z Fundacją PZU. Szpital zatrudnia 5 lekarzy, personel pielęgniarski liczy 13 osób, pracuje też 18 rehabilitantów. Poradnie prowadzi dwóch lekarzy.
Szpital – nastawiony na wysokiej jakości rehabilitację – wymaga dużych nakładów. W dobie ogromnych problemów finansowych w polskiej służbie zdrowia zaskakuje doskonałe zarządzanie tą placówką. Dyrekcji udało się uzyskać bardzo dogodny kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, który pokrywa koszty leczenia niemalże w całości (ok. 90 proc.). – Ponieważ jesteśmy placówką niepubliczną, możemy uzyskiwać dodatkowe źródło finansowania z komercyjnych (odpłatnych) pobytów pacjentów czy udzielania płatnych świadczeń ambulatoryjnych – mówi dyrektor Ewa Jaskulska. – Mamy też np. umowę z jedną z firm, która sprzedaje zakładom pracy pakiety zdrowotne, w ramach których pracownicy mogą u nas korzystać z zabiegów rehabilitacyjnych. Organizujemy również turnusy odnowy zdrowia duchowego i fizycznego – opowiada.
Wiara przyciąga
Być może właśnie to duchowe podłoże szpitala sprawia, że przyciąga on wielu ludzi. – To nie jest szpital taki, jak wszystkie inne, bo jest to szpital katolicki, zakonny – podkreśla dyrektor Jaskulska. – Ludzie, przychodząc tutaj, mają tego świadomość. Myślę, że więcej od nas oczekują – nie tylko pomocy medycznej, ale również duchowej. I tę pomoc otrzymują – dodaje.
W szpitalu pracują bracia bonifratrzy, jest kaplica, każdy może skorzystać z sakramentów, uczestniczyć w nabożeństwach. Zdaniem pani dyrektor, bardzo wielu osobom to pomaga: duchowy odpoczynek jest równie istotny. – Bliskość osób konsekrowanych jest bardzo ważna. Wśród pacjentów są też siostry zakonne, księża, bracia – dają w ten sposób świadectwo, jak należy żyć, jak można służyć drugiemu człowiekowi – opowiada pani dyrektor.
Podobnego zdania są sami pacjenci. – Tu ludzie mają jakby większe zaufanie jeden do drugiego – uważa pan Leszek. – Jest bardzo rodzinnie, nawet nawiązują się przyjaźnie między pacjentami – dodaje. Potwierdza to również pan Ryszard. – Przez cały czas naszego dotychczasowego pobytu nie zdarzyło się, żeby coś komuś zginęło, jak się słyszy w innych szpitalach. Wszędzie są otwarte drzwi i nie ma kluczy.
Wolontariat
Ważnym elementem tworzącym niepowtarzalny klimat w Marysinie jest niezwykle aktywny udział wolontariatu, w który zaangażowana jest okoliczna młodzież. – To nie jest praca, to po prostu spędzanie czasu z ludźmi chorymi, których nikt przez cały tydzień nie odwiedza – mówi Marta, uczennica trzeciej klasy gimnazjum. Przychodzi do szpitala od ponad półtora roku. Już sobie nie wyobraża życia bez wolontariatu.
Marysiński wolontariat jest bardzo zróżnicowany: niektórzy przychodzą i przebywają z pacjentami, pomagają im, wyprowadzają na spacer, zawożą do kaplicy. Natomiast inni organizują chorym życie artystyczno-duchowe: prężnie działają zespół muzyczny, kółko teatralne oraz gazetka „Grenada marysińska”. Jest także „biblioteka na kółkach” – wolontariusze rozwożą książki po salach, zachęcają do czytania i rozmawiają. Inne osoby pomagają pacjentom, którzy nie przebywają na co dzień w szpitalu.
Spełnione marzenia
Powodzenie szpitala to także osobisty sukces i wielka radość pani dyrektor: powołana na to stanowisko 14 lipca 2005 r. przez pół roku brała udział w organizowaniu szpitala, w pozyskiwaniu ludzi do pracy, przygotowaniu kontraktu. – Było to dla mnie wielkie wyzwanie – wspomina Ewa Jaskulska.
Pani dyrektor rozpoczynała swoją karierę zawodową jako pielęgniarka w Marysinie. Gdy placówka była zamknięta, myślała o tym, żeby mieć możliwość powrotu i udziału w tworzeniu szpitala, który będzie dla pacjentów, a nie pacjenci dla szpitala. – Chyba Pan Bóg wysłuchał moich modlitw, bo tak się stało. Jestem i chcę służyć – Bogu i ludziom – dodaje. Ze szpitalem związana jest cała rodzina pani dyrektor: mąż pracuje na portierni, a dzieci aktywnie działają w wolontariacie. – Przez to, że wszyscy jesteśmy tak bardzo zaangażowani w pracę tutaj, zmieniły się relacje między nami. I to jest chyba największa korzyść, która daje nam radość, że robiąc coś dla kogoś, zyskujemy więcej dla siebie – podsumowuje dyrektor Jaskulska.
Maria Cholewińska
