„Świat według miary dziecka”
13 grudnia to był taki dzień, kiedy różni ludzie według różnej miary próbowali widzieć świat, a więc także kształtować swój pogląd na świat. Warto przypomnieć, że ta tajemnicza data ma swoje korzenie biblijne. Według Księgi Estery, właśnie „w dniu trzynastym, miesiąca dwunastego” zadekretowano zagładę Żydów w państwie babilońskim (Est 3, 13). Nie był to pierwszy i ostatni zamach przeciwko tym, których dzieje były brzemienne obietnicą daną przez proroków. Była to obietnica życia, w którym było zbawienie. Polacy mają własne bolesne skojarzenia związane z dniem 13 grudnia 1981 roku, kiedy usiłowano zabić ducha Narodu, a teraz będą mieli nowe smutne skojarzenia z datą 13 grudnia 2007 roku, kiedy podstępem zabrano nam suwerenność państwową, wcielając nas do superpaństwa.
Jednak szczególnym tematem, nad którym pragnę się tu zatrzymać, była treść wystąpienia 13 grudnia 2007 roku ks. abp. Celestino Migliorego, nuncjusza i stałego obserwatora Stolicy Apostolskiej przy ONZ. Wystąpienie miało miejsce w czasie 62. ogólnej sesji i według agencji Zenit wyraża nadzieję Kościoła na zbudowanie „świata według miary dziecka” (Zenit, 16 grudnia 2007 r.). Właśnie ten tytuł i to spojrzenie na świat „według miary dziecka” postanowiłem uczynić tematem niniejszej refleksji.
Życzenia Kościoła
Najpierw jednak trzeba przypomnieć dokładniej, co powiedział ks. arcybiskup Celestino Migliore w ONZ. Otóż przypomniał treść Konwencji Praw Dziecka z roku 1989, podkreślając aktualność zawartych w niej zasad, takich jak podstawowe prawa dziecka przed narodzeniem i po nim, konieczność rodziny jako naturalnego środowiska dla rozwoju i wychowania dziecka, prawo dziecka do opieki zdrowotnej i do nauki. Specjalna sesja ONZ w roku 2002 potwierdziła na nowo znaczenie rodziny jako fundamentalnej komórki społeczeństwa i jako miejsca stosownego do tego, by w nim dzieci „zdobywały wiedzę, rozwijały pozytywne właściwości charakteru i stawały się odpowiedzialnymi członkami społeczeństwa”. Jest w interesie wszystkich, by zachęcać rodziców do przyjmowania osobistej odpowiedzialności w zakresie wychowania dzieci i umacniania samej rodziny. Arcybiskup przypomniał także, że Kościół katolicki, przekonany o tym, że wychowanie stanowi podstawę rozwoju dziecka, prowadzi obecnie więcej niż 250 tys. szkół na wszystkich kontynentach z 42 milionami uczniów oraz 3,5 miliona nauczycieli. Właśnie po to, by pomóc dzieciom żyjącym w krajach doświadczanych różnymi klęskami, Kościół zakłada szkoły jako pomoc dla dzieci najbardziej pokrzywdzonych i zagrożonych, na przykład na terenach objętych wojennymi konfliktami czy w obozach dla uchodźców. Ponieważ często przeszkodą dla pomyślnego ukończenia kursu jest skrajna nędza panująca w wielu rejonach świata, stąd często ta edukacja musi być prowadzona całkowicie bezinteresownie (bezpłatnie). Chodzi o to, aby nędza nie była przeszkodą dla kształtowania w dzieciach poczucia ich osobowej godności. Troską Kościoła objęte są także zagadnienia zdrowia i higieny, a zwłaszcza ochrona dzieci przed epidemią AIDS, nie pomijając także problemu malarii czy gruźlicy. Organizacje międzynarodowe powinny na tym polu działać z większą energią, ponieważ dzieci są zawsze pierwszą ofiarą zaniedbań popełnianych przez władze państwowe. Potrzebne są czyny, a nie wciąż coraz to nowe deklaracje na temat szczerych intencji.
Pogardzane dzieciństwo
Świat starożytny, szczególnie świat pogański, był okrutny dla dzieci, nie były one w żaden sposób podmiotem historii, były dodatkiem do prywatnych planów ludzi dorosłych. Świat pogański nie rozumiał ludzkiej i osobowej godności dziecka. Tragicznym wyrazem „afirmacji” dziecka było rzucanie ich na ofiarę krwiożerczemu Molochowi. Swoistym znakiem nawrotu do pogaństwa jest rozpowszechniony w wielu krajach proceder handlu kobietami i dziećmi. Stolica Apostolska wielokrotnie protestowała przeciw tego rodzaju praktykom, w których dzieci stają się przedmiotem handlu i wyzysku seksualnego. Ostatnio, właśnie 13 grudnia, Papież wystąpił przeciw tej pladze szerzącej się zwłaszcza w krajach południowo-wschodniej Azji. Zajął na ten temat stanowisko w odezwie skierowanej do nowego ambasadora Tajlandii przy Stolicy Apostolskiej. Przy okazji przypomniał wielopłaszczyznową działalność, jaką w tych krajach prowadzi Kościół dla prawdziwego rozwoju tamtych narodów (Zenit, 13 grudnia 2000 r.). Niektórzy myśliciele widzą w obecnym ludobójstwie popełnianym na dzieciach poczętych nową formę „holokaustu” (William Brennan) lub nową formę „religijnej” ofiary, która jedynie pokazuje, do jakiej perwersji posuwa się dzisiejsza cywilizacja, dla której już nic nie jest święte (M. Schooyans).
Miara cywilizacji
W naszej epoce najwyraźniej wypowiedział się na temat relacji, jaka zachodzi między stosunkiem do dziecka a cywilizacją, Jan Paweł II w wystąpieniu na forum UNESCO w Paryżu, w „Familiaris consortio”, w czasie pielgrzymki w Kaliszu i w końcu w fundamentalnej encyklice „Evangelium vitae”. Najzwięźlej, syntetycznie, teza Jana Pawła II brzmi: „stosunek do dziecka – jeszcze przed narodzeniem – jest miarą cywilizacji”. Trzeba pamiętać o etycznym rozumieniu pojęcia cywilizacji u Jana Pawła II: cywilizacja oznacza to wszystko, przez co świat ludzki, czyli świat człowieka, staje się autentycznie ludzki, to jest wyrażający i potwierdzający pełną prawdę człowieczeństwa. W przeciwnym razie mamy do czynienia nie z cywilizacją, lecz z barbarzyństwem. W sprawie UNESCO warto na marginesie przypomnieć, że Stolica Apostolska nie popiera już tej organizacji ze względu na jej proaborcyjną postawę. Ostatnio ujawniono jeszcze inny kompromitujący tę organizację fakt. Mianowicie w dokumencie zawierającym praktyczne wskazówki na temat, jak rozmawiać o problemach HIV/AIDS, UNESCO usiłuje podstępnie przemycić terminologię oficjalnie odrzuconą przez ONZ w roku 2003. Jest to terminologia maskująca tak zwaną orientację seksualną. Na przykład radzi się, aby nie mówić „seks ryzykowny”, lecz „seks niechroniony”; nie mówić „promiskuizm”, lecz „seks z wieloma partnerami”; nie mówić „prostytutka”, lecz „pracownica w branży seksualnej”. Według dokumentu nazywanie rzeczy po imieniu jest formą „dyskryminacji” [1]. Tak więc UNESCO, którego celem ma być szerzenie kultury i oświaty, przyczynia się do zamazywania prawdy o człowieku i ludzkim postępowaniu. Czy więc ma coś wartościowego do zaofiarowania dzieciom na całym świecie? Smutne to zjawisko, kiedy organizacja międzynarodowa usiłuje „podciągać” dzieci do tego poziomu demoralizacji, na którym ugrzęźli dorośli uzurpujący sobie władzę nad człowiekiem.
A przecież nie była obca kulturze chrześcijańskiej idea ukazująca dziecko jako model i wzór moralny dla dorosłych. Można tu – ale tylko w formie migawki – przypomnieć Chrystusowe „jeśli nie staniecie się jako dzieci…” (por. Mk 10, 15) i opartą na tej zasadzie całą teologię dziecięctwa duchowego. Ta idea ewangeliczna zapładniała przez wieki umysły myślicieli i humanistów, którzy próbowali leczyć chory świat przez powrót do wieku niewinności. Jakże wymownym przykładem jest tu „Mały Książę” Saint-Exupéry”ego czy „Król Maciuś Pierwszy” Janusza Korczaka. Jednak w tego typu koncepcji „dziecko” jako model zostaje uwięzione w nienaruszalnej socjologiczno-demograficznej strukturze świata i wciąż jest tym, „które jeszcze nie dorosło”, a więc jest zależne, podporządkowane, wciśnięte w tryby szkolno-edukacyjne, a więc trzymane na dystans wobec społeczeństwa, które cieszy się pełnymi prawami w rządzeniu światem. Czegoś tu brakuje, aby dziecko stało się prawdziwym (jak mówią) „paradygmatem” ludzkości, czyli tą wielkością, która staje się miarą świata, a nawet aby się stało po prostu równoprawnym obywatelem świata. W przeciętnej świadomości społecznej brakuje pełnego przyswojenia sobie prawdy, że istota bycia dzieckiem nie polega na tym, że jest małe i niedorosłe, ale na tym, że dziecko jest istotą zrodzoną. A być zrodzonym to nie jest właściwość jedynie socjologiczna, demograficzna czy ginekologiczna, lecz jest to rzeczywistość metafizyczna, jest to cecha określająca istnienie człowieka, jest to relacja, która trwa i nie podlega prawom czasu. Bycie zrodzonym i – korelatywnie – bycie kimś rodzącym stanowi najgłębszą relację określającą stosunek człowieka do całej rzeczywistości. Chodzi o relację, która przenika cały świat widzialny i sięga Nieskończoności.
Zamknięty świat
Tymczasem świat stał się przedziwnie obcy i zamknięty wobec dziecka: wobec człowieka jako dziecka. Czy bylibyśmy w stanie wyliczyć te wszystkie bariery, bramy, zamki, w które zaopatrzyła się twierdza „tego świata”, aby nie dopuścić do uczestnictwa w swoich bogactwach tego kogoś, kto się rodzi? Ileż zamknięto drzwi, zatrzaśnięto bram i podniesiono zwodzonych mostów do wszystkich dziedzin dzisiejszej cywilizacji pielęgnujących dobre samopoczucie egoistów konsumujących energię życia ludzkiego, pomnażających ogólny wskaźnik entropii antropologicznej. Życie ludzkości zniżyło się do poziomu sumy procesów trawienia, tak, przetrawiania substancji ludzkiej, których konkretnym efektem jest wzrost produktów rozpadu. Niektórzy już tak bardzo poczuli się złączeni z tak zwanym środowiskiem, że czują się odpowiedzialni za kontrolę zużycia tlenu, obciążając specjalnymi podatkami tych, którzy odważyli się urodzić więcej niż dwoje dzieci (Australia). Gdzie indziej, dla zachowania równowagi w krążeniu materii w świecie, zabija się dzieci poczęte i ich ciała spożywa się w formie dodatku do zwyczajnego pokarmu. Aby się nic nie marnowało… (Chiny). Widać niemal namacalnie, jak współczesna cywilizacja dosłownie wdeptała rodzącego się człowieka w glebę świata, w materię deptaną dumnymi stopami tych, którzy uważają się za „panów świata”.
W tej całej przebiegłej filozofii tkwi jednak jedno poważne niedopatrzenie: ci dorośli, którzy zamykają bramy życia przed rzekomymi intruzami, sami osądzają siebie tą samą logiką. Bo jeśli ktoś świadomie odrzuca dar życia, w jakiejkolwiek postaci, w jakiejkolwiek formie, tym samym orzeka, że jego życie nie jest darem, lecz produktem złożonych procesów materialnych, i tym samym redukuje siebie do czegoś, co jest tylko zlepkiem molekuł i zasługuje na podeptanie i potraktowanie jako surowiec do dalszej utylizacji. Ci, którzy odrzucają dar życia przeznaczony dla istot rodzących się, dowodzą, że nie pojmują swej egzystencji jako zapoczątkowanej przez bezinteresowną miłość, zwłaszcza tę miłość przez duże „M”. To, w jaki sposób „naukowcy” usiłują organizować płodność przy pomocy metod laboratoryjnych, dowodzi, że świat, którego uosobieniem są dzisiejsi „mędrcy”, zupełnie pomylił kierunek własnej historii. Zamiast stwarzać świat na miarę dziecka, usiłują „stwarzać” dziecko na miarę swej małości i moralnej nikczemności. Jaka może być proporcja między dziełem Boga a dziełem człowieka, który w swej pysze błazeńskiej usiłuje stać się karykaturą Boga, choć marzy mu się rola „konkurenta” Stwórcy? U nas pan Donald Tusk usiłuje narzucić Polakom pogląd, że Kościół jest skłonny poprzeć ten proceder, aby uszczęśliwić bezdzietne małżeństwa. Usiłuje być jakby rzecznikiem opinii katolickiej, choć z zapałem walczy z jedynym niezależnym ogólnopolskim organem tej opinii – Radiem Maryja. Rada Episkopatu do spraw Rodziny sprostowała tę dezinformację pochodzącą z ust pana premiera, a o. Rębacz naświetlił duszpasterski kontekst problemu bezdzietności.
Przy okazji można dodać, że argumentacja zawarta w tekście Rady Episkopatu koncentruje się na problemie naruszenia prawa do życia w samym procesie zapłodnienia in vitro (wiele embrionów ginie jako niepotrzebny produkt uboczny tego procesu). Jednak sedno zagadnienia nie leży na płaszczyźnie V przykazania, lecz przykazania VI, pozostającego w logicznej więzi z przykazaniami IV i I. Jest to bowiem zamach na suwerenność Boga jako jedynego Stwórcy życia oraz radykalna profanacja powołania małżeńskiego. Jest to bluźnierstwo wobec majestatu Boga jako Ojca, od którego „pochodzi wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi”, co często przypominał Jan Paweł II. Ponadto jest to najwyższy wyraz przemocy wobec życia powoływanego do istnienia, ponieważ zostaje ono poddane w sposób absolutny samowoli prywatnej jednostki, podczas gdy osoba ludzka w swoim przyjściu na świat nie może podlegać niczyjej władzy, jak tylko władzy (= Ojcowskiej Miłości) samego Boga. Dlatego, kiedy jakakolwiek siła pochodząca z tego świata usiłuje wejść pomiędzy Boga a Jego stworzenie będące osobą, mamy do czynienia z potworną zbrodnią, która rzuca cień na cały moralny i kulturalny profil historii ludzkości. Tu dotykamy najgłębszego źródła wszelkiej przemocy, tyranii i terroryzmu.
U źródeł porządku świata
Nie można budować świata, jeśli niszczy się człowieka. Świat nie jest obok nas: jego prawdziwy sens został ukryty w sercu przymierza mężczyzny i niewiasty, kiedy Bóg uczynił ich „na początku” sakramentem swojej miłości. Jeżeli oboje, ustanowieni jako jedność, są sakramentem, to znaczy, że mają stać się widzialnym znakiem Tego, który przez nich stwarza swoje dzieci. A więc mają stać się świątynią Boga i tylko w tym kształcie stają się autentycznym źródłem życia, źródłem zrodzenia, ponieważ wtedy objawiają sobą, że to Bóg jest Źródłem życia i Początkiem zrodzenia człowieka. Ci dwoje stwarzają prawdziwy świat człowieka, świat na miarę dziecka, jeśli tą energią twórczą, mocą której działają, jest piękna miłość, o której Papież pisał w Liście do Rodzin. Tej prawdziwej miłości sprzeciwia się wszystko, co jest wyrazem ulegania niewoli namiętności, wyrazem uprzedmiotowienia osoby i instrumentalizacji ciała i płci. Godność dziecka, które ma prawo począć się w tej świątyni Boga, wyklucza wszystko, co jest przywłaszczeniem drugiego człowieka i domaga się od początku przyjęcia postawy służby wobec tajemnicy życia przychodzącego na świat. W świetle tej tajemnicy widać, jaka ohyda i podłość kryje się w praktyce antykoncepcji i wszelkiej manipulacji ciałem drugiego człowieka, zwłaszcza w celach utylitarnych i komercyjnych. Aborcja jest tylko ostateczną kropką nad „i” oraz nieuniknioną konsekwencją tego upodlenia i odczłowieczenia małżeństwa, które dziś proponuje się jako postęp i wyzwolenie kobiety. Nigdy jeszcze ogłupienie ludzkości nie posunęło się tak daleko jak w dzisiejszej cywilizacji, ubóstwiającej „wyzwolony” seks jako dobrodziejstwo i jako program „zdrowotny”.
Ta rozkładająca się cywilizacja, zbliżająca się do rychłej agonii, świadczy tylko o tym, że człowiek, polegając wyłącznie na swoich naturalnych siłach i opierając się wyłącznie na możliwościach „naukowego rozumu”, nie potrafi osiągnąć takiego poziomu życia, który choćby w jakimś procencie odpowiadał jego duchowej godności. Faktem jest, że świat pogański nie rozumiał istoty rodzicielstwa i nie rozumiał godności rodzącego się człowieka. Nie dorastali do tego poziomu nawet najwięksi filozofowie starożytnej Grecji. Nikomu nie przychodziło do głowy, by budować świat na miarę dziecka. To pogaństwo do nas wraca w miarę upadku filozofii w czasach nowożytnych i w miarę postępującej dechrystianizacji, czemu towarzyszy powrót mitologii karmionej elementami filozofii materialistycznej, zwłaszcza mitu postępu naukowego i „ewolucji”. Właśnie te prymitywne filozofie nowożytne doprowadziły do tego, że życie ludzkie interpretowano wyłącznie jako zjawisko poddane zasadom biologii i fizjologii, a płodność starano się regulować metodami hodowlanymi i przy pomocy fizycznej selekcji. „Kontrola” o charakterze technicznym zastąpiła całkowicie moralną samokontrolę człowieka, która przecież w sposób rozstrzygający decyduje o zachowaniu godności ludzkiej. Na tym poziomie nie jest możliwe zbudowanie świata godnego człowieka.
Ocalenie przez dziecko
Być może jakimś krokiem zbliżającym do ideału byłoby odbudowanie zdolności myślenia filozoficznego przez powrót do kontemplacji tego, co istnieje, tego, co rzeczywiste. Wymagałoby to oczyszczenia umysłu i serca od tych fikcji intelektualnych, którymi karmią człowieka środki masowego przekazu. Mogłoby to oznaczać zbliżenie się do stanu dziecięcej niewinności umysłu, który całą swoją istotą jest skierowany ku miłości prawdy i wierzy w prawdę miłości (warto sięgnąć do całej encykliki „Evangelium vitae”). Od dziecka można nauczyć się sztuki szczerego zdumiewania się tajemnicą życia, tajemnicą narodzin, tajemnicą rodziny. Tak, tu chodzi o prawdziwą tajemnicę, której nauka nie rozszyfruje. Ale rzeczywiste wejście w krąg tej tajemnicy przekracza siły człowieka.
Bóg sam najlepiej widział i rozumiał bezradność człowieka usiłującego zbudować świat na miarę mitów, które miały zastąpić prawdę. Bóg sam wkroczył w tę bezradność człowieka i stworzył taki nowy, prawdziwy świat, wspaniały świat na miarę dziecka. Tym światem nowym, niezwykłym, przekraczającym wszelkie wyobrażenie człowieka jest Maryja, Niepokalana Matka Zbawiciela. Ten świat jest przeciwieństwem wszystkiego, co wniósł w historię ludzką duch kłamstwa, buntu i pychy, duch „morderca od początku” Boga. W pewien sposób sama Maryja jest tym światem i z pewnego punktu widzenia jest Ona całym światem: tym nowym światem, który Bóg stworzył zamiast tamtego, zepsutego złością szatana, stworzył dla Jedynego Syna Swojego: stworzył dla Dziecka, stworzył na miarę Dziecka. Stworzył ten niepokalany świat, abyśmy w Synu Maryi stali się dziećmi.
Taki był plan Boży, aby przyjście Syna Bożego na świat było wolne od wszelkiego wpływu zła i grzechu, w jakim był pogrążony stary świat. Maryja jest nie tylko „jedną z pobożnych niewiast”; jest tą jedną, jedyną Niewiastą, której dzieje mistycznie trwają od Protoewangelii do Apokalipsy, aby w Niej wypełnił się cały plan Boży, którego widzialną (sakramentalną) realizacją jest Kościół. Ten nowy świat rozpoczyna się w Chrystusie i jest w Nim „Nowym Stworzeniem” podległym innym prawom niż kosmos. W Nim zwyciężyło Życie i w Nim wszyscy rodzą się jako Dzieci Boga. W Bogu nie ma „czasu”: Bóg po prostu JEST. W Słowie Boga, poprzez „fiat” Syna Bożego i Jego Matki została ustanowiona nowa rzeczywistość, która trwa i w swojej istocie jest od początku pełna i doskonała. „Gloria” śpiewane nad Betlejem jest już inauguracją hymnu chwały Baranka, o którym mówi Apokalipsa. Kiedy Maryja śpiewa, że Bóg „strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych” (Łk 1, 52), to już Bóg dokonał zmiany porządku świata: Dziecię spoczywające jeszcze w łonie Matki jest już prawdziwym Królem Nieba i Ziemi, a ci, którzy ozdabiają swoje trony purpurą i złotem, ci w gruncie rzeczy sycą się plewami i młótem. Odtąd władza należy do Chrystusa, a ci, którzy usiłują panować nad człowiekiem przy pomocy podstępu i siły, a więc bez Chrystusa i wbrew Niemu, są tylko bandą złoczyńców. Odtąd właściwy kierunek postępu ludzkości polega na tym, aby pozwolić Bogu, za przykładem Maryi i w zjednoczeniu z Nią, realizować swój plan przemiany ludzkości w Rodzinę Dzieci Bożych. Dzięki temu zjednoczeniu z wolą Boga chrześcijanie są tymi, którzy „zwyciężyli świat”, ponieważ „wszystko, co z Boga zrodzone, zwycięża świat” (1 J 5, 1). Nie lękajmy się. Sam tylko Chrystus ma prawo powiedzieć: „Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi” (Mt 28, 18). Dlatego chrześcijanie nie mają żadnego powodu popadać w małoduszność, mimo że wokoło podnoszą się fale nienawiści i pogardy. Trzymajmy się mocno tego, co radził św. Piotr współwyznawcom w tamtej epoce: „abyście przez dobre uczynki zmusili do milczenia niewiedzę ludzi głupich” (1 P 2, 15).
Ks. prof. Jerzy Bajda
[1] Barbara Singson, UNESCO Attemps to Sneak Rejected Rights into UN Documents; MichNews 8 Dec. 2007.
