Święta Bożego Narodzenia – spotkanie osób

Ostatnio często moją uwagę przykuwa obraz zatytułowany „Pokłon pasterzy”, który namalował Gerrit von Honthorsk. Oto nad nowo narodzonym Dzieckiem, otoczonym czułą miłością Matki i świętego Józefa, ze czcią pochylają się pasterze. Bije od Niego niezwykła jasność, która opromienia, jakby napełnia sobą wynurzających się z ciemności pasterzy. Dzieciątko jest tutaj jedynym źródłem światła, a to światło zdaje się samą Miłością. Czas się zatrzymał. Jest TERAZ. Wszystkie postacie są piękne Jego pięknem, nieistotne jest nędzne miejsce – On jest Królem, nieważne ubóstwo pasterzy – On daje wszystko, nieprzerażająca ciemność – On ją rozświetla. Malarz dotknął tajemnicy.

W naszych rodzinnych wspomnieniach mocno zapisały się dwa Adwenty.

Pierwszy, wiele lat temu, kiedy spodziewaliśmy się drugiego dziecka. Zagrożona ciąża – trzeba było leżeć, bardzo uważać. Lęk i niepokój o maleństwo wciąż wślizgiwał się do duszy. Mieszkaliśmy wtedy w małym, wynajętym, a właściwie użyczonym za darmo przez przyjaciół, którzy wyjechali za granicę, mieszkaniu. Mój mąż myślał o wszystkim… właściwie myśleliśmy razem, ale on musiał wszystko zrobić sam. Mała, półtoraroczna córeczka wymagała wiele uwagi (ja mogłam z nią tylko rozmawiać, czytać jej, grać w przeróżne gry). Trzeba było przygotowywać posiłki, robić zakupy, pracować i dobrze gospodarować niewielką pensją.

I tak nadeszły święta. Córeczka była chora, my bardzo przeziębieni, z potwornym bólem głowy. Mąż w ostatniej chwili kupił jakąś małą choinkę – symbol drzewa życia, przygotował zwykłą kolację. Nie mogliśmy śpiewać ulubionych kolęd, nie mogłam uczestniczyć we Mszy Świętej, niepokoiliśmy się o zdrowie córki, czuliśmy się osamotnieni. Właśnie w takiej rzeczywistości narodził się Pan. Wiem, że właśnie wtedy był najbliżej. W tym pozbawieniu nas wielu zbytecznych, a nawet koniecznych rzeczy i obecności innych osób, w tym zubożeniu pod wieloma względami (materialnym, psychicznym, duchowym) była Jego Miłość, bo dzięki temu stał się dla nas Jedynym Oparciem, Jedynym Skarbem. Do dziś wspominamy tamten Adwent i tamte Święta Bożego Narodzenia. Myślę, że miały one wpływ na dalsze nasze życie.

Drugi Adwent, o którym chcę napisać, jakże był inny. Dzieci podrosły. Cała nasza szóstka biegała codziennie na Roraty (w naszym kościele są odprawiane przed wizerunkiem Matki Zbawiciela o 6.15!). Był to dla nas wielki wysiłek, a zarazem łaska, że wszyscy mogliśmy być, że nikt nie chorował. Własnoręcznie zrobione lampiony oświetlały nam drogę. Postanowienia, codzienne rachunki sumienia podczas wieczornej modlitwy, robienie niespodzianek dla wszystkich członków rodziny, no i oczywiście praca, szkolne zajęcia wypełniały nam ten radosny czas. Tamtego roku cała rodzina miała spotkać się u nas – w naszym, tym razem dość dużym, mieszkaniu, więc bardzo angażowały nas przygotowania do wieczerzy wigilijnej. Przed wspólną Wigilią w tak szerokim gronie rodziły się w mym sercu pytania: Czy będzie zgoda? Czy przekorny dziadek znów nie poruszy drażliwych strun? Czy duża ilość pracy nie przesłoni najważniejszego?

W Wigilię było piękne, rozgwieżdżone niebo. Pierwszą gwiazdę wypatrzyły dzieci. Była też wspólna modlitwa, którą rozpoczął dziadek jako najstarszy członek rodziny, a potem kolędowanie… Dzieci grały na swoich instrumentach: spośród siedmiorga dzieci pięcioro uczy się w szkołach muzycznych, więc mogły stworzyć kwintet. Wszyscy śpiewali, ale to śpiewanie było jakieś inne. Ośmielę się porównać ten wieczór do małego Zesłania Ducha Świętego. Czuliśmy obecność Nowonarodzonego, ponieważ stworzyła się między nami szczególna jedność i ogarnęła nas głęboka radość, na którą nie mam odpowiedniego słowa, aby ją opisać. Naturalnie prezenty były na właściwym miejscu, to znaczy nie były centralnym punktem naszego spotkania. Wszyscy członkowie naszej rodziny wspominają tamtą Wigilię. Na marginesie powiem, że od tamtej pory lubimy spotykać się razem na śpiewanki z różnych okazji, które zbliżają nas do siebie.

Przemija kolejny Adwent. Zbliżają się Święta Narodzenia Pana. Wiemy już, że nie wszystko da się przewidzieć, zorganizować. Ileż w tym roku było trudnych, zaskakujących sytuacji, do których nie można się było przygotować. Pan uczy nas wciąż zdawania się na Niego, zmieniając nasze plany, krusząc schematy. Pragnie, byśmy wreszcie zrozumieli, że to On jest Panem naszego życia i byśmy złożyli swoje bezpieczeństwo w Jego ręce. Codziennie modlimy się przed wizerunkiem Matki Zbawiciela, prosząc, by Ona nauczyła nas całkowitego zawierzenia się Bogu.

Obserwujemy wokół siebie wiele rodzin poranionych, skonfliktowanych, ludzi niezdolnych do przebaczenia sobie nawzajem, skrzywdzonych dzieci, które dalej niosą ze sobą to brzemię grzechów ich rodziców, własnych ran i grzechów i same krzywdzą innych. Czy w takim świecie jest możliwe prawdziwe spotkanie osób? Czy jest możliwe, że sami pokonamy trudności i rozwiążemy problemy?

Bóg leżący w żłobie – to jest prawda o miłości!

Prawda całkowitego oddania siebie – do końca. On daje moc, by darować siebie drugiemu bez egoistycznych, chciwych oczekiwań, bez szukania czegoś dla siebie, rezygnując z własnych interesów, bez lęku, że siebie stracimy. To jest trudne, a właściwie niemożliwe… lecz przecież dla nas Bóg się rodzi! Tylko On może to wszystko uczynić, jeśli wreszcie odstąpimy Mu całą znajdującą się w nas przestrzeń. Wtedy On przemienia nas i nasze relacje. Wtedy nie ma nic niemożliwego, bo przecież

BÓG SIĘ RODZI.


Elżbieta Marek
drukuj