Nangar Khel jak Jedwabne

Oparte na wątłych poszlakach, ignorujące zasadę domniemania niewinności oskarżenia pod adresem polskich żołnierzy wpisują się w trwającą od lat falę dyskredytowania Polski w oczach świata. Oto ci, co wysysają nienawiść do bezbronnych obcych z mlekiem matki, zbrodniarze z Jedwabnego, z „polskich obozów” śmierci i Kielc, sprawcy wypędzeń, teraz wyżywają się na równie bezbronnych Afgańczykach.

Polacy, którzy niegdyś wymordowali Żydów w Jedwabnem i wypędzili Niemców z ich domów, dziś dokonują zbrodni wojennych na bezbronnych Afgańczykach. Taki wniosek można by wysnuć z komentarzy niektórych mediów i osobistości życia politycznego wokół sierpniowego incydentu w wiosce Nangar Khel w Afganistanie.

16 sierpnia br. w wyniku niecelnego ostrzału stanowisk partyzantki nieprzyjaciela od polskich pocisków moździerzowych zginęło ośmiu cywilnych mieszkańców Nangar Khel. Sześciu poniosło śmierć na miejscu, dwoje – w wyniku odniesionych ran, ponadto kilka osób zostało rannych, trzy z nich, kobiety, pozostaną trwale okaleczone.

Polscy żołnierze popełnili zbrodnię wojenną – orzekły już środki masowego przekazu, komentując tę tragiczną wymianę ognia. Także słowa rzecznika praw obywatelskich zdają się sugerować, że wyrok został wydany. Zbrodnia wojenna „obciąża nie tylko aresztowanych żołnierzy, lecz okrywa hańbą nas wszystkich, plami nie tylko tradycję polskiego oręża, lecz również każe przemyśleć na nowo polską historię, w której to Polacy byli niewinnymi ofiarami obcej agresji, rzadko zaś zabójcami” – stwierdził Janusz Kochanowski. Rzecznik zastrzegł wprawdzie, że ocena ta stanie się aktualna dopiero po udowodnieniu żołnierzom winy, jednak ton wypowiedzi zdawał się wskazywać, że jest to raczej kwestia czasu. Trzeba przy tym przyznać, że Janusz Kochanowski ujął się za oskarżonymi żołnierzami, wskazując, że sposób ich zatrzymania – rzucanie na ziemię w obecności rodzin i skuwanie kajdankami – budzi zastrzeżenia. Profesor Witold Kulesza stwierdził w „Naszym Dzienniku” (22.11.2007), że tym postępowaniem władze śledcze dokonały swego rodzaju stygmatyzacji żołnierzy, którzy w oczach opinii publicznej stali się winnymi, skoro dokonano na nich tak drastycznego aktu przemocy.

Kreatywne śledztwo

Potwierdza to kreowanie faktu prasowego rzekomej zbrodni wojennej dokonanej przez Polaków. Czwartkowa „Gazeta Wyborcza” włącza w odpowiedzialność za domniemaną zbrodnię także bezpośrednich dowódców, którzy rzekomo mieli wydać rozkaz „ostrzelania trzech wiosek”. Ton relacji zamieszczonej w dzienniku Michnika jest jednoznaczny: Wojsko Polskie to zbrodniarze wojenni, pytanie tylko, czy winni są sami szeregowcy, czy również dowództwo. „GW” cytuje przy tym dość kuriozalny fragment wydanego przez sąd uzasadnienia tymczasowego aresztowania sześciu żołnierzy oskarżonych o zbrodnię wojenną (za co grozi dożywocie) i siódmego – za atak na niebroniony cel cywilny (25 lat pozbawienia wolności). Uzasadnienie cytuje zeznania jednego z szeregowców, Jacka J., któremu bezpośredni przełożony, plutonowy Tomasz B., miał wydać rozkaz celowania „w kierunku wioski, w prawą jej stronę, we wzgórze położone 100-200 m od zabudowań” i dalej – uwaga – wniosek sądu: „J. musiał więc zauważyć, że celem ostrzału są zabudowania wioski. Pomimo tego nie odmówił wykonania rozkazu”.

Jakim cudem sąd doszedł do wniosku, że celowanie do obiektu odległego o 100-200 m od składającej się z trzech domostw osady jest celowaniem w tę osadę? Jako nierozgarnięty cywil spytam wprost: Wysoki Sądzie, jakaż to logika każe interpretować rozkaz „celuj w obiekt niebędący wioską i położony w znacznej odległości od wioski” jako równoważny rozkazowi „celuj w wioskę”? Ani sąd na razie tego nie wyjaśnia, ani „Gazeta Wyborcza” zdaje się nie zauważać wskazanego absurdu. Trzeba natomiast przyznać, że akurat ten tytuł przynajmniej stara się przekazać wersję wydarzenia drugiej strony. Z zamieszczonych w poniedziałkowym „Dużym Formacie” wypowiedzi kolegów oskarżonych żołnierzy wynika, że oddział wykonywał rutynowe zadanie ostrzelania w celu zlikwidowania stanowisk obserwacyjnych nieprzyjaciela zagrażających polskim oddziałom. W czasie wykonywania zadania jedna z serii pocisków przypadkowo chybiła celu, trafiając w wioskę. Z innych relacji wiemy, że polskie dowództwo bezpośrednio po tragedii nawiązało kontakt z przedstawicielami ludności osady. Charakterystyczne jest, że prawdopodobnie najistotniejsza, a przy tym potencjalnie bardzo medialna kwestia: dlaczego ostatnie pociski trafiły w wioskę zamiast w cel, czy dostarczono wadliwy ładunek, skąd, kto za to odpowiada etc., etc. – w ogóle nie znalazła się w zainteresowaniu dziennikarzy ani komentatorów. Korespondenci „Gazety Wyborczej” „w konspiracyjnych warunkach”, zapewne – jak sugeruje tekst z „Dużego Formatu” – z niemałym trudem dotarli do żołnierzy, a redakcja nie drąży tak pasjonującego wątku? Przecież o problemach z wyposażeniem naszych oddziałów w Afganistanie mówiono już nie raz.

Upokarzanie armii, upokarzanie Polski

Żadnych pozorów nie stara się natomiast zachować („der”) „Dziennik”. Bez żadnych zahamowań czy trybów warunkowych przesądza o winie żołnierzy, którzy jednak „nie wyczerpują listy” winnych. „Nadużycie czy zbrodnia – wszystko jedno, straciliśmy niewinność” – przekreśla tysiąc lat chwalebnej tradycji Wojska Polskiego redaktor niemieckiej gazety. Wielce znamienna postawa, jeśli zderzymy ją z wysiłkami na rzecz wybielenia Niemców z faktycznie popełnianych zbrodni.

Oparte na wątłych poszlakach, ignorujące zasadę domniemania niewinności oskarżenia pod adresem polskich żołnierzy wpisują się – trudno tego nie dostrzec – w trwającą od lat falę dyskredytowania Polski w oczach świata. Oto ci, co wysysają nienawiść do bezbronnych obcych z mlekiem matki, zbrodniarze z Jedwabnego, „polskich obozów” śmierci i Kielc, sprawcy wypędzeń, teraz wyżywają się na równie bezbronnych Afgańczykach. Spisek? I bez spisku – powtórzmy i przy tej okazji – „na pochyłe drzewo każda koza skacze”, a obniżanie prestiżu Polski jest w interesie wielu. Czemu w te miechy dmą również niektórzy (na szczęście nie wszyscy) przedstawiciele organów państwa? Czym tłumaczyć dziwną postawę dowództwa armii – czy niektórym generałom nie w smak, że reprezentowane przez nich Wojsko Polskie jest w obecnym czasie ogólnego upadku autorytetów jedną z najbardziej poważanych przez Naród instytucji?

W całej sprawie ważny jest jeszcze jeden, rzadko podkreślany aspekt, mianowicie, jak to określił doradca rzecznika praw obywatelskich, gen. Stanisław Koziej, „kontekst sojuszniczy”. Polski kontyngent – wskazuje gen. Koziej – jest podporządkowany amerykańskiemu dowództwu i należy ustalić, czy jak to ze swej strony sugerowali żołnierze, w Nangar Khel nie działano na polecenie USArmy. Emerytowany dowódca dodaje, że wokół tej współpracy z sojusznikiem narasta wiele pytań, jak choćby pytanie o znajomość amerykańskiej doktryny walki z partyzantami (polska armia takowej nie posiada, bo też nigdy dotąd nie zakładano, że Polacy będą okupować obcy kraj) i jej odniesienia do prawa międzynarodowego; czy też pytanie o jakość rozpoznania i informacji wywiadowczych przekazywanych polskim oddziałom.

Moralny nóż w plecy

Generał Koziej zauważa również, że wydarzenia w Nangar Khel nie pozostaną bez wpływu na zdolności operacyjne naszego kontyngentu. Istotnie, publiczne napiętnowanie, wręcz poniżanie uczestniczących w bojowej misji żołnierzy, grożenie im długoletnim więzieniem i brak realnego wsparcia ze strony armii może drastycznie obniżyć morale polskich oddziałów. Polscy żołnierze mają ponownie wyruszać w akcje, w czasie których będą narażeni na ogień nieprzyjaciela, który nie kieruje się konwencjami, który jest zdolny zasłaniać się ludnością cywilną. Mają wyruszać ze świadomością afery rozdmuchanej wokół Nangar Khel, ze świadomością, że za każdą, zrozumiałą w takich warunkach pomyłkę, nawet być może za złą jakość sprzętu i amunicji mają odpowiadać tak jak ich aresztowani koledzy: więzieniem, łatką „zbrodniarzy wojennych masakrujących bezbronną ludność”.

Aby postawić kropkę nad „i”, zastanówmy się, czy incydent w Nangar Khel można, i to przy uczciwym zachowaniu zasady domniemania niewinności, porównać np. z bombardowaniem Wielunia 1 IX 1939 roku? Jeszcze przed wystrzałami z pancernika „Schleswig-Holstein”, przed przekroczeniem granic Polski przez Wehrmacht, o godz. 4.30, w czasie, który nie tylko formalnie, ale i faktycznie był czasem pokoju, Luftwaffe dokonała z pełną premedytacją ludobójstwa na ludności cywilnej pogrążonego we śnie pogranicznego miasteczka, mordując 1200 bezbronnych mieszkańców i zrównując z ziemią 75 proc. budynków. Takiej zbrodni dokonali w sierpniu Polacy?

Wojna w Afganistanie nie jest podobna do II wojny światowej. Talibowie nie noszą mundurów jak Wehrmacht, jest to wojna partyzancka, w czasie której z natury rzeczy w wielu przypadkach nie można rozpoznać, czy ma się do czynienia z nieprzyjacielem, czy z przypadkowym cywilem. Chwila wahania może kosztować życie – życie polskiego żołnierza. Chwila, której może można byłoby uniknąć, gdyby nie straszono naszych oddziałów lekkomyślnymi oskarżeniami i aresztowaniami ich towarzyszy broni.

Kto zagwarantuje, że taki wypadek nie zdarzy się w czasie wizji lokalnej, którą w Nangar Khel chcą zorganizować śledczy?

Krzysztof Jasiński
drukuj