Powyborczy rachunek sumienia
Znamy już wyniki wyborów. Najkrócej można je skomentować, że zostały przegrane przez obóz patriotyczny na własne życzenie. Tak jak kiedyś Lech Wałęsa wzmocnił „lewą nogę”, gdy po odwołaniu rządu Hanny Suchockiej doprowadził do przedterminowych wyborów w 1993 roku, które oddały na wiele lat władzę środowiskom postkomunistycznym, tak w 2007 roku Jarosław Kaczyński, być może zmęczony nieustannymi konfliktami, w sposób do końca nieprzemyślany doprowadził do skrócenia kadencji parlamentu, w którym zdecydowaną większość miały środowiska niepodległościowe, patriotyczne, konserwatywne, ludowe, chrześcijańsko-demokratyczne, narodowe. W ten sposób, chcąc nie chcąc, „zbudował” bezprecedensowy na skalę europejską sukces Platformy Obywatelskiej, partii o liberalnym obliczu. W żadnym bowiem kraju europejskim liberałowie nie cieszą się aż tak ogromnym poparciem społecznym.
Co charakterystyczne, Jarosław Kaczyński w 1993 r. głosował w Sejmie I kadencji przeciwko rządowi Hanny Suchockiej, który upadł, a następnie jego partia – Porozumienie Centrum – w przedterminowych wyborach nie przekroczyła 5-procentowego progu wyborczego. Premier jest politykiem, który stosuje metodę polityczną polegającą na grze va banque: albo wszystko wygrywa, albo… wszystko traci. Do tej pory to działało. 21 października 2007 roku przelicytował, a skutki tego błędu będą miały poważne konsekwencje dla Polski. Projekt IV RP, jak na razie, został odłożony ad acta. Czy na długo?
Podwójna przegrana
Przyczyn porażki jest wiele. Impet Prawa i Sprawiedliwości, które na początku miało zdecydowanie najlepszą kampanię, został wyhamowany po słynnej debacie Kaczyński – Tusk. Użycie taśm z nagraniami z rozmów posłanki Beaty Sawickiej w ostatniej fazie kampanii dało odwrotny skutek do zamierzonego i obróciło się przeciwko PiS. Niedocenienie przeciwnika, zachowania odbierane przez znaczną cześć opinii publicznej jako buta i arogancja władzy, co zresztą było podsycane przez media, oraz prowadzenie wojny ze wszystkimi zamieniły te wybory w plebiscyt „za” lub „przeciw” rządowi Jarosława Kaczyńskiego.
Logika zerojedynkowa spowodowała, że znaczna część wyborców, która w innych warunkach nie poparłaby PO, uznała tę partię za jedyną realną przeciwwagę dla PiS i głosowała na nią. Efekt plebiscytu został wzmocniony poprzez „wpadki” Aleksandra Kwaśniewskiego będącego „twarzą” kampanii Lewicy i Demokratów i słaby wynik tej formacji premiujący Platformę Obywatelską. Co ciekawe, beneficjentem morderczej walki między PiS a PO stało się Polskie Stronnictwo Ludowe, które nie wikłało się w konflikty i zgodnie z zasadą „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”, prowadziło spokojną i rzeczową kampanię wyborczą, wykorzystując sprawdzone i bardzo silne struktury terenowe. I odniosło ogromny sukces. PSL pod wodzą Waldemara Pawlaka nie tylko oddaliło widmo nieprzekroczenia progu wyborczego, ale osiągnęło najlepszy od lat wynik i stało się języczkiem u wagi jako niezbędny uczestnik przyszłego rządu.
Specyfika plebiscytu, w którym jest się albo za PiS, albo za PO, doprowadziła do spłaszczenia wyników wyborów. Ofiarą tego zjawiska padły również tak zwane przystawki, czyli LPR i Samoobrona. Oczywiście nie jest to jedyna przyczyna ich klęski, bo na nią złożyło się bardzo wiele przyczyn, które wymagałyby odrębnego komentarza. Warto zwrócić jednak uwagę, że jeżeli podsumujemy liczbę głosów oddanych na Prawo i Sprawiedliwość oraz LPR i Samoobronę w 2007 r. i porównamy ze zsumowanymi wynikami tych trzech partii w 2005 r., to się okaże, że poparcie społeczne do nich jest zbliżone. Natomiast PO wyjątkowo zyskała na rekordowym wzroście frekwencji wyborczej, osiągając poparcie, jakiego nie uzyskała po 1989 r. żadna partia. Można powiedzieć, że ci, którzy zazwyczaj nie chodzili do wyborów, tym razem uznali, że w plebiscycie należy wziąć udział i opowiedzieć się przeciwko PiS. Zmobilizowali się i w znakomitej większości poparli Platformę Obywatelską, czego nie przewidział premier w swoich kalkulacjach.
Przedterminowe wybory nie były zatem sukcesem braci Kaczyńskich. Przegrana jest podwójna. Choć osiągnięty został cel wyeliminowania z parlamentu „przystawek”, to nie udał się cel strategiczny – utrzymanie władzy i samodzielne rządy. Nie udało się również zrealizować nawet planu B, to znaczy zdobyć granicznych 185 mandatów poselskich, by weto prezydenta było skutecznym instrumentem kontroli sytuacji w kraju. Nie udało się – co było częścią tej strategii – wepchnąć PO w objęcia postkomunistów i LiD. Znakomity wynik Platformy i PSL pozwala na stworzenie stabilnej koalicji PO – PSL przy cichej – i obopólnie korzystnej – współpracy z LiD, gdy trzeba będzie odrzucić weto prezydenta.
A miało być inaczej. PiS miało być bardzo silną opozycją, Platforma miała rządzić z postkomunistami, a prezydent skutecznie miał wetować ustawy. Wtedy udałoby się polaryzować opinię publiczną według podziału na „liberałów” i „postkomunistów” oraz „patriotów”; rząd byłby słaby, a na fali niezadowolenia Lech Kaczyński zostałby najprawdopodobniej w 2010 r. ponownie wybrany na prezydenta Polski, co jest najważniejszym celem Jarosława Kaczyńskiego. Natomiast umocnione PiS po następnych wyborach parlamentarnych znowu rozdawałoby karty i formowało rząd. Premier zapowiedział podczas wieczoru wyborczego, że PiS będzie silną i twardą opozycją. Ta deklaracja przypomina pomruk lwa pozbawionego kłów. Nowy rząd wraz z LiD będzie w stanie odkręcić zmiany, jakie zostały wprowadzone po 2005 roku. Tym samym została znacznie zmarginalizowana rola ośrodka prezydenckiego. Dodatkowym czynnikiem osłabiającym PiS będą wewnętrzne rozliczenia po przegranych wyborach oraz zupełnie możliwe migracje niektórych posłów z PiS do PO, zmęczonych wodzowskim modelem zarządzania tej partii oraz kulturą oportunizmu, która trzymała ich w PiS, dopóki odnosiło sukcesy.
Poza tym następny rząd jest w sytuacji kogoś, kto będzie spijał śmietankę po poprzednikach. Jeżeli nie popełni poważnych błędów, nie może nie osiągnąć sukcesu, który przełoży się na zadowolenie Polaków. Najgorsze sprawy zostały już załatwione, ustawy uchwalone, ścieżki dopływu funduszy z Unii Europejskiej udrożnione. Wyrzeczenia i wysiłki zaczną przynosić w najbliższych latach wymierne efekty w postaci podnoszenia się poziomu zamożności Polaków, szybkiej budowy dróg i autostrad, rozwoju taniego budownictwa mieszkaniowego, podnoszenia jakości edukacji, poprawy bezpieczeństwa, ograniczenia korupcji itd.
Ostał się ino sznur?
Wiele osób zatroskanych o przyszłość Polski ze smutkiem przyjęło wynik wyborów. Czy sytuację można spuentować cytatem z „Wesela”: „Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się ino sznur…”? Prezydent Lech Kaczyński i premier Jarosław Kaczyński, niekwestionowani liderzy obozu patriotycznego, mieli ogromne możliwości działania, jakich formalnie nie miała żadna ekipa rządząca po 1989 roku. Stworzyli Prawo i Sprawiedliwość, partię, która choć odwoływała się przede wszystkim do tradycji niepodległościowo-sanacyjnej, lewicowej społecznie i gospodarczo, z elementami socjalnego populizmu oraz z koncepcją budowy scentralizowanego biurokratyczno-socjalnego państwa, poważnie ewoluowała w prawo, chcąc być reprezentantem całego spektrum centroprawicowego. Posiedli też znakomite instrumentarium do naprawy państwa i budowy IV Rzeczypospolitej.
W chwili tworzenia nowego rządu warto sobie uświadomić, że bracia Kaczyńscy kontrolowali parlament, rząd, ośrodek prezydencki, mienie Skarbu Państwa, spółki Skarbu Państwa i spółki z udziałem Skarbu Państwa, agencje rządowe, prokuraturę, pośrednio sądownictwo, armię, policję, służby specjalne wojskowe i cywilne, w tym osławione CBA, administrację rządową w województwach, media publiczne i część mediów komercyjnych, Narodowy Bank Polski i wiele innych obszarów i instytucji. Pracuje w nich wielotysięczna rzesza oddanych państwu ludzi, którzy przyszli do tej pracy albo awansowali w latach 2005-2007. Poprzez przegrane wybory wielu z nich zostanie zwolnionych i przestanie mieć wpływ na te instytucje. Zapewne nastąpi zmiana priorytetów działania, a ludzie zaangażowani w projekt budowy IV RP zostaną rozproszeni i będą rozgoryczeni utratą historycznej szansy na zmianę.
Obóz patriotyczny przez lata będzie lizał rany. Nastąpi zmiana klimatu debaty publicznej. Komisjami śledczymi i ujawnianiem wielu pikantnych szczegółów rządów PiS zostanie skompromitowane hasło „rewolucji moralnej”. Sztandarowe postulaty prawicowe – niestety, nierzadko traktowane instrumentalnie – zostaną zdewaluowane, by nie powiedzieć, że ośmieszone. Nie przeprowadzono lustracji, dekomunizacji, a nawet deubekizacji. Nadużywanie autorytetu Kościoła i wykorzystywanie go do celów politycznych przez niektórych ludzi władzy wzmocni tendencje antyklerykalne. Rany pozostawiła próba ingerencji przez instytucje państwowe w wewnętrzne sprawy Kościoła, na przykład poprzez lustrację duchownych. W cieniu kampanii wyborczej wyrażono na szczycie w Lizbonie zgodę na traktat będący w gruncie rzeczy konstytucją europejską, otwierającą możliwość przekształcenia Unii Europejskiej w sfederalizowane państwo, co na przyszłość stawia pod znakiem zapytania suwerenność Polski i naszą tożsamość narodową i kulturową.
W latach 2005-2007 nie zostały stworzone instytucje i atrybuty IV RP, które zostałyby na tyle trwale wpisane w strukturę państwa, że ich odkręcenie byłoby bardzo trudne. Przez mętną i niejednoznaczną postawę ścisłego kierownictwa PiS nie została wykorzystana historyczna szansa zapisania w Konstytucji pewniejszej ochrony życia ludzkiego. Najbardziej bolesne i niezrozumiałe jest, dlaczego – wbrew deklaracjom z kampanii wyborczej 2005 roku – tylko 44 proc. członków Klubu Parlamentarnego PiS głosowało 13 kwietnia 2007 r. za wnioskiem o uzupełnienie art. 38 Konstytucji o słowa: „od momentu poczęcia do naturalnej śmierci”. Dla porównania, za tą poprawką głosowało 100 proc. posłów LPR, 72 proc. posłów PSL, 61 proc. posłów Samoobrony. I co ciekawe, Prawu i Sprawiedliwości, mimo takiej postawy wobec ochrony życia, udało się w tych wyborach utrzymać pozycję skutecznego wyraziciela prawicowej i katolickiej części wyborców. W dużej mierze za sprawą teorii „mniejszego zła”, czyli świadomości istnienia poważnych znaków zapytania, ale głoszenia tezy, że inni są jeszcze gorsi. Istotne też było ugruntowane przekonanie o braku realnej alternatywy i postawa, że wobec zagrożenia ze strony liberałów i postkomunistów w wyborach nie można „marnować głosu”. I pomimo ogromnej mobilizacji patriotycznego elektoratu Prawo i Sprawiedliwość i tak utraciło władzę…
Rodzą się pytania o przyszłość. Środowisko braci Kaczyńskich, odwołujące się do dziedzictwa rewolucji francuskiej, nie jest w stanie zbudować autentycznej formacji prawicowej – taką tezę postawił Adam Wielomski, który pisze: „Ugrupowanie takie jak PiS sytuacyjnie może pełnić rolę prawicy i bronić cywilizacyjnego dziedzictwa przed laicko-homoseksualną lewicą, ale nie jest w stanie cofnąć procesów rewolucyjnych, gdyż wiele z nich w pełni podziela i akceptuje” (Adam Wielomski, Prawica w opałach, „Myśl Polska”, 28.10.2007). Sytuacja jest tym bardziej groźna, że niejasna jest przyszłość bardzo potrzebnego w Polsce poważnego nurtu konserwatywno-narodowego, który w swej znakomitej większości znalazł się poza parlamentem.
Nastąpiło unicestwienie LPR, która w wyniku piramidalnych błędów liderów skazała się na samozagładę. Natomiast polityka kadrowa ścisłego kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, które wycięło ze swoich list na przykład kilkudziesięciu kandydatów zgłoszonych przez pozostający w sojuszu z PiS Ruchem Ludowo-Narodowym Bogusława Kowalskiego, a promowało na listach kandydatów mających pozyskać przychylność wyborców liberalnych, spowodowało, że nurt konserwatywno-narodowy w tej kadencji parlamentu będzie reprezentowany śladowo. Również niewejście do Senatu Marka Jurka i innych znanych polityków przedstawicieli tej opcji jest bardzo niedobre dla Polski, gdyż wyznacza miejsce tym środowiskom w polityce niszowej. Czy zatem wynik wyborów 2007 r. jest tylko porażką czy oznacza klęskę?
Rachunek sumienia nie polega na rozdrapywaniu ran, ale na postanowieniu poprawy. Polacy doświadczali upadków i potrafili się z nich podnosić. Dziś szczególnie są potrzebni ludzie sumienia. Obecna sytuacja niech zatem będzie impulsem do mądrzejszego działania i wyzwaniem do nowej mobilizacji w pracy dla dobra wspólnego.
