Polityka a kuglarstwo polityczne
W toku kampanii wyborczej raczej mało jest refleksji ogólniejszych dotyczących stanu polityki polskiej. Elity polityczne zaangażowane są w wyborcze gry, ludzie emocjonują się starciami partyjnymi niczym meczami piłkarskimi. Ważne jest nie tyle, kto ma rację, ile kto komu strzeli bramkę (kto komu „dokopie”). Skoro pokusiłem się dziś o tekst metapolityczny, to tylko ze względu na duży niepokój, jaki czuję, przyglądając się wypadkom na scenie politycznej.
Kampania wyborcza w dobie obecnej jest po prostu grą marketingowców. W sztabach partyjnych wynajęci ludzie z biznesu zwanego PR dwoją się i troją, aby maksymalnie wylansować produkt pt. „partia polityczna”. Wynik starcia wyborczego to nie tyle rezultat rozumnej refleksji Narodu, ile wynik zmagań różnych firm reklamowych. Dowodem na to niech będzie fakt, że jak do tej pory zmagania partii nie opierają się na licytacji programów, ale na różnych grach. Jedną z podstawowych metod jest „podkupywanie” znanych postaci medialnych. O ile w latach 90. partie zabiegały, by na ich listach znaleźli się znani aktorzy czy sportowcy, o tyle dziś podkupują sobie znanych polityków. Najciekawszym paradoksem jest chyba start z jednej listy wyborczej Leszka Millera i Zygmunta Wrzodaka. Politycy ci, wszak mający skrajnie odmienne poglądy, zostali przez liderów wielkich partii wyrzuceni poza nawias polityki. W związku z tym znaleźli schronienie u poszukującego „gwiazd” Andrzeja Leppera. Splot takich przeciwieństw dowodzi, że w obecnej polityce nie chodzi już o program, chodzi o medialną grę. Podobne przejścia mają miejsce również wśród głównych aktorów sceny politycznej. I podobnie jak niegdyś Zyta Gilowska i Zbigniew Religa porzucili Donalda Tuska i przeszli do Prawa i Sprawiedliwości, tak dziś Radosław Sikorski czy Bogdan Borusewicz zasilili szeregi Platformy Obywatelskiej. Prawdziwym majstersztykiem popisał się Jan Maria Rokita, który sam wycofał się na jakiś czas z polityki, natomiast rolę politycznej gwiazdy przejęła jego żona – Nelly Rokita. Dla elektoratu owe przejścia mają udowadniać brak wiarygodności konkurencji. Przypomina to jakby drużyny piłkarskie, które podkupują sobie najlepszych zawodników, aby zdobywać puchary na arenach świata. Przypomina to także seriale telewizyjne, gdzie ludzie związują się z poszczególnymi aktorami. Przejście jakiegoś aktora do innego serialu jest olbrzymim wydarzeniem, opisywanym przez wszystkie niemal magazyny.
Wojna o „polityczne gwiazdy” powoduje, że zupełnie nie liczy się oddolna praca społeczna. Liderami list w poszczególnych okręgach wyborczych są ludzie nieraz kompletnie niezwiązani z danym terenem, przywiezieni w teczce z Warszawy. Są wyizolowani od wyborców, którzy mają na nich głosować, oddaleni od ich problemów i bolączek. Zatem wybór „gwiazdy politycznej” przez elektorat przypomina raczej głosowanie na parę tancerzy w „Tańcu z gwiazdami”, a nie wybór pewnej drogi rozwoju, którą ma kroczyć nasz kraj. I tak, o ile przed wojną partie starały się mocno związać z poszczególnymi warstwami społecznymi (ludowcy z chłopami, socjaliści z robotnikami, konserwatyści z ziemianami), o tyle w latach 90. partie adresowały puste nieraz obietnice do całego społeczeństwa. Dziś już nie ma nawet obietnic. Dziś scena polityczna w dużym stopniu jest w totalnej abstrakcji w stosunku do ludzkich spraw. Niepokojące jest to, że wyborcy żywo uczestniczą w politycznym „matrixie”, mając nadzieję na realny wpływ na rzeczywistość. Tymczasem zastanówmy się, do jakiego stopnia głosujemy na te partie, których poglądy są nam bliskie. W społeczeństwie polskim ludzi o przekonaniach liberalnych jest z pewnością nie więcej niż 10 procent. Tymczasem Platforma Obywatelska cieszy się poparciem ok. 30 procent. Jest to typowy przykład tego, jak wirtualnie układają się polskie sympatie polityczne, jak bardzo gwiazdorstwo przesłania realny, polityczny program.
Oczywiście zmagania polityczne nie tylko opierają się na medialnym show. Drugą istotną metodą prowadzenia kampanii jest tzw. zbieranie haków na przeciwników. Haki zbierają wszyscy na wszystkich i bezwzględnie wykorzystują w walce wyborczej. Wzajemne nagrywanie stało się rutyną działań politycznych i nikt już prawie nie dostrzega niegodziwości używania takich metod w politycznej kampanii. Młodzi politycy uczestniczący w takiej grze w żadnym razie nie uczą się służebności, ale bezwzględności, nie toczą rycerskich walk twarzą w twarz z przeciwnikiem, ale szkolą się w technikach wbijania noża w plecy rywala. Trudno jest więc stwierdzić, że współczesna wirtualna polityka jest służebna wobec człowieka.
Wydaje się, że aby odmienić ten stan rzeczy, niezbędna jest intensywna praca duszpasterska wśród czynnie działających polityków. W warstwie tej, nawet wśród działaczy przyznających się do katolicyzmu, kłamstwo nie uchodzi za rodzaj grzechu, a sprawność w intrygach jest zaliczania do zestawu cnót. Gdyby wzorem wczesnego średniowiecza ogłosić kilka dni w miesiącu „pokoju Bożego”, tzn. dni, kiedy się nie kłamie, naprawdę w świecie polityki mógłby odrodzić się ład moralny. Wszystkie umowy i ustalenia byłyby zawierane w te właśnie pozbawione kłamstwa i intryg dni. „Uderzenie duszpasterskie” w świat polityków jest koniecznością również z praktycznego punktu widzenia. Politycy bowiem większość swojej energii poświęcają na kreowanie intryg. Na służbę państwu pozostaje im bardzo niewiele czasu. Tymczasem proporcja ta powinna być zdecydowanie odwrócona.
W tej sytuacji nasuwa się pytanie o dobro Polski. Wydaje się, że ostatecznie największe owoce przynoszą nie polityczne gierki, lecz praca oddolna. To, że politycy zdecydowali się np. na wprowadzenie pewnych prorodzinnych rozwiązań w ustawodawstwie, jest w dużym stopniu wynikiem nacisku społecznego w tej materii. Nawet najwięksi gracze liczyć się muszą z takim społecznym żądaniem, jeśli jest ono wyrażane przez siłę zorganizowaną. Zatem największą zasługę mają ci, którzy zorganizowali społeczeństwo do tego, aby żądać od polityków pozytywnych rozwiązań. Działalność społeczna oddolna jest więc w ostateczności najbardziej owocna, choć nie z punktu widzenia mediów, ale z perspektywy przyszłości Narodu. Taka działalność nie demoralizuje młodych, lecz ich realnie przygotowuje do politykowania rozumianego jako służba dobru wspólnemu. Tylko wyrośli na takiej służebnej pracy przyszli politycy mogą doprowadzić do moralnej odnowy polskiego życia publicznego.
Mieczysław Ryba
