Co by to było, gdyby Polska była UE?
Wszystko moglibyście mieć, gdyby Wam się chciało chcieć!
Warto przeprowadzić eksperyment myślowy i w skali 1:1 przenieść na grunt Polski bezprecedensową co do prawa państwowego i międzynarodowego konstytucję brukselskiej Unii Europejskiej.
Wyobraźmy sobie istnienie „Unii Polskiej”, w której 16 województw przejęłoby rolę unijnych krajów członkowskich. Sejm zostałby zastąpiony przez „parlament polski”, który z obecnym Sejmem nie miałby nic wspólnego. Jego członkowie nie byliby wybierani w równych wyborach jak dotąd. I tak np. woj. podlaskie, proporcjonalnie do jego liczby ludności, byłoby wielokrotnie silniej reprezentowane niż chociażby woj. śląskie.
Ten parlament miałby silnie ograniczone prawo uczestnictwa w uchwalaniu ustaw. Przykładowo, nie mógłby proponować żadnych nowych ustaw albo dokonywać nowelizacji już istniejących. W głosowaniach decydowałyby nie tyle polityczne barwy, ile geograficzne pochodzenie jego członków (Polska A przeciwko Polsce B).
Konstytucyjno-prawną rolę ustawodawcy przejęłaby „Rada Unii Polskiej” (= Rada Europejska) oraz „Polska Rada Ministrów” (= Europejska Rada Ministrów). Pierwsza byłaby przedstawicielstwem, w którym zasiadaliby wojewodowie, w drugiej – kierownictwo resortów administracji poszczególnych województw. Głosowaliby – w zależności od wagi decyzji – za pomocą zwykłej, absolutnej albo kwalifikowanej większości głosów.
Ustawy byłyby przygotowywane przez „Komisję Polską”, zgromadzenie zużytych polityków z województw (= Komisja Europejska) i po uprzedniej akceptacji przez „Polską Radę Ministrów” oraz/lub „Radę Unii Polskiej” musiałyby być bezwarunkowo przyjęte przez sejmiki i administrację wszystkich 16 województw.
Obecny centralny rząd w Warszawie zostałby zlikwidowany, a jego zadania przejęłaby po części „Komisja Polska”, po części „Rada Unii Polskiej” oraz „Polska Rada Ministrów”. Wszystkie trzy nie byłyby odpowiedzialne przed żadnym parlamentem, poza tym, za przykładem z Brukseli, byłyby one organem prawodawczym i wykonawczym jednocześnie.
Niedające się ujarzmić sejmiki albo wojewodów postawiono by przed „Trybunałem Polskim” (=Trybunał Europejski), gdzie sędziowie zwykli wydawać wyroki z reguły na korzyść „Unii Polskiej” i „Komisji Polskiej”.
„Unia Polska” miałaby również wspólny budżet, w 60 proc. finansowany, powiedzmy, przez woj. mazowieckie. Jedno albo dwa uprzywilejowane województwa będą mogły wywalczyć dla siebie spore zniżki w płatności unijnej składki członkowskiej oraz zawrzeć specjalne umowy z „Unią Polską” zapewniające im możliwość regulacji pewnych dziedzin politycznych we własnym zakresie – w przeciwieństwie do pozostałych województw. Przy rozdziale subwencji dla potrzebujących województw będą stosowane różne kryteria. Według przypadających na mieszkańca świadczeń znajdą się znów jedno lub dwa województwa, które otrzymają nawet 20 razy więcej środków niż inne, dotknięte podobnym albo i nawet większym niedostatkiem.
Tak właśnie wygląda brukselska Unia Europejska, która według jednomyślnych opinii nie jest ani państwem związkowym, ani związkiem państw i która po raz pierwszy w swojej historii – w drodze, nazwijmy to, samonadania – zamierza wyposażyć się we własną osobowość prawną (art. 6 nowego projektu konstytucji).
Odgórny zamach stanu
Po przegranym we Francji i Holandii referendum na temat konstytucji Unia pomału wyszła z paraliżującego ją szoku i za pomocą swoich przewrotnych metod propagandowych próbuje zamazać prawdziwy obraz konstytucji, przedstawiony na powyższym przykładzie. Co sprawia jej przy tym największe trudności? Przede wszystkim fakt, że coraz większa część zwłaszcza zachodnioeuropejskiej ludności zaczyna rozumieć, że obecny i przyszły system konstytucyjny UE przedstawia coś w rodzaju „odgórnego zamachu stanu”, który mimochodem (a może planowo?) likwiduje osiągnięcia 150 lat europejskiego konstytucjonalizmu. Duma europejskiego rozwoju cywilizacyjnego, jakim są demokratyczne konstytucje państwowe z bezpośrednimi wyborami, silnymi przedstawicielstwami narodowymi, podziałem władzy i parlamentarną kontrolą rządów – od tego wszystkiego UE po cichu się oddaliła. W dalszym ciągu liczy na to, że tak pozostanie i nikt jej w tym nie będzie przeszkadzał.
Jaką rolę w tej sytuacji ma odegrać Polska, kraj Konstytucji 3 Maja 1791 roku?
Rząd powinien prowadzić negocjacje z Brukselą w sprawie konstytucji bardziej otwarcie. Prawidłowym krokiem w tym kierunku był wywiad, jakiego udzielił prezydent Lech Kaczyński francuskiemu pismu „Le Monde” z 9 maja 2007 roku. Po raz pierwszy uwidoczniły się zamiary Polski dotyczące krytycznego nastawienia do projektu konstytucji:
1. Według prezydenta, kluczową sprawą dla Polski jest system głosowania w Radzie UE. Zaproponowany przez Brukselę nowy system z zasadą podwójnej większości (55 proc. państw Unii reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności) jest dla Polski nie do zaakceptowania, ponieważ największym beneficjentem tego systemu byłyby Niemcy, a Polska byłaby tym krajem, który straci najwięcej (w porównaniu z obecnym tzw. systemem nicejskim).
2. Katalog spraw, przy których rozstrzygnięciu w przyszłości nie będzie możliwości zastosowania prawa weta, musi być zredukowany.
3. W dziedzinie polityki zagranicznej propozycje z Brukseli wybiegają stanowczo za daleko, przewidując utworzenie stanowiska unijnego ministra spraw zagranicznych.
Zaledwie zostały wypowiedziane te słowa krytyki przez pana prezydenta, a już zabrał głos przewodniczący komisji ds. konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego, Niemiec Jo Leinen: „System podwójnej większości jest wynikiem długich negocjacji. W stosunku do największych krajów, takich jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania, w niewspółmiernie dalekim stopniu służy interesom średnich krajów, takich jak Polska i Hiszpania. Dlatego też nie będzie żadnych zmian”.
Wyraźnie daje się odczuć satysfakcję pana przewodniczącego, że właśnie w tym punkcie może polemizować z Polską. Tu czuje on bowiem, że stoi po pewnej stronie.
W sprawie podziału głosów w Radzie UE Polska i Hiszpania mogą być zadowolone. Tak widzi to Hiszpania i cała reszta krajów członkowskich też. Tutaj Polska nie znajdzie poparcia. W punkcie drugim, dotyczącym zniesienia prawa weta, sytuacja wygląda podobnie. W tym przypadku Bruksela prawdopodobnie zrzuci balast i zmniejszy katalog spraw wymagających rozpatrzenia większościowego bez prawa weta z obecnie nieco ponad 40 o może 2 lub 3. Poprzez dalszy opór w tej kwestii Polska odizolowałaby się od reszty UE, nie znajdując zrozumienia, i wreszcie kiedyś musiałaby zrezygnować. Również polskie zastrzeżenia dotyczące wspólnej polityki zagranicznej są zbędne. W tej sprawie chociażby Wielka Brytania będzie dążyć do osiągnięcia kompromisu.
Wyzwanie rzucone Brukseli
Całkiem inaczej wygląda kwestia ostatnio wspólnie przez Polskę, Czechy i Holandię przedstawionej do dyskusji propozycji, aby parlamenty państw członkowskich mogły blokować projekty przepisów Komisji Europejskiej. Z punktu widzenia UE jest ona z gatunku niebezpiecznych i dlatego wprawiła Brukselę (i Berlin) w zdenerwowanie. Mianowicie wiadomo, że propozycja ta pochodzi z obozu tych sił, które chciałyby generalnie zrewidować cały obecny system prawny w Unii. Dlatego też propozycja ta z punktu widzenia Brukseli (i Berlina) musi jak najszybciej zniknąć z pola widzenia, zanim doprowadzi do ogólnoeuropejskiej dyskusji na temat takiej właśnie rewizji. Po przegranym referendum konstytucyjnym we Francji i Holandii Bruksela niczego bardziej się nie obawia niż oficjalnego i rzetelnego prześwietlenia tego dziwnego tworu, jakim jest konstytucja Unii Europejskiej. Prawo weta dla parlamentów narodowych byłoby pierwszym znaczącym krokiem do zburzenia tego systemu. Dlatego pojawia się pytanie, jak poważna jest wspólna propozycja polsko-czesko-holenderska? Czy to wyzwanie dla Unii na śmierć i życie?
Były prezydent Parlamentu Europejskiego, Niemiec Klaus Hänsch, stworzył już na taką ewentualność prawdziwy brukselski slogan: „Kto nie zaakceptuje nowej konstytucji unijnej, niech wystąpi z Unii!”.
Te słowa z pewnością nie są skierowane do Holandii. Ludność tego kraju odrzuciła projekt konstytucji 60-procentową większością głosów. Rząd holenderski może więc – również i z punktu widzenia Brukseli – pozwolić sobie na razie na nadymanie policzków i stawiać maksymalne wymagania, aby wypaść przed własnym narodem w jak najlepszym świetle. W odpowiednim momencie, i z tego Bruksela zdaje sobie sprawę, rozpocznie odwrót. Ale Polska? Co zamierza osiągnąć polski rząd swoim żądaniem prawa weta dla Sejmu wobec unijnych decyzji? Czy to celowo podbijana stawka, aby w zamian za rezygnację z nierealnych życzeń wobec Brukseli wymusić ustępstwa w innych dziedzinach? Czy rząd premiera Kaczyńskiego zamierza uzależnić swoją zgodę na konstytucję UE od poprawy niekorzystnych warunków przystąpienia do UE, jakie wynegocjowano w III RP? Byłby to śmiały plan, którego można by pogratulować rządowi.
A oto dwa najważniejsze wymagania, jakie można by postawić Brukseli:
– przysługujące Polsce świadczenia finansowe z funduszy UE, które dotąd w większości figurowały tylko na papierze, zostaną zamienione na prawdziwe środki pieniężne o określonej wysokości, którymi Polska będzie mogła dowolnie dysponować, a które w razie potrzeby będą mogły być rozliczone z polską składką członkowską,
– zasady planowanej na najbliższe lata wielkiej reformy wspólnej polityki rolnej zostaną już teraz zapisane z maksymalnymi korzyściami finansowymi i strukturalnymi dla polskiego rolnictwa.
Carl Beddermann
