Nadzwyczajnie zwyczajny

Santo Subito

Karola Wojtyłę znałem jeszcze jako profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był dla nas ekspertem w dziedzinie… kajaków. Kiedy bowiem zachorował rektor śląskiego seminarium duchownego ks. Jerzy Stroba, lekarz jako rehabilitację doradził mu pływanie kajakiem, które rozwija mięśnie i wzmacnia stawy. Tymczasem ks. prof. Wojtyła miał już swoją studencką grupę, z którą wyjeżdżał na wyprawy kajakowe i jako wytrawny sportowiec udzielał nam rad w tej dziedzinie. W 1960 r., gdy zostałem biskupem, Karol Wojtyła był sufraganem w Krakowie już od dwóch lat.

W Episkopacie Polski ks. bp Wojtyła zaproponował mi przejęcie opieki nad młodzieżą, podczas gdy On sam objął Komisję ds. Rodziny. Spotykaliśmy się wtedy często i bardzo blisko się poznaliśmy. Przez 18 lat byliśmy kolegami w ramach Konferencji Episkopatu Polski. Pamiętnego dnia 16 października 1978 r., kiedy ogłaszano wybór ks. kard. Wojtyły na Papieża, byłem wśród tysięcy wiernych na placu św. Piotra. Po dwóch dniach Ojciec Święty zaprosił mnie i biskupa Szczepana Wesołego na kolację. Kiedy podczas wieczerzy nastała cisza, Jan Paweł II zapytał, dlaczego milczymy. Nieco zażenowany odpowiedziałem: „Ojcze Święty, przecież wszystko widać: biała piuska, biała sutanna…”. Potem zaczęliśmy opowiadać, jak Jego wybór przeżywali ludzie zgromadzeni na placu św. Piotra. Śmiał się, gdy Mu opowiedziałem, jak jakaś Włoszka stojąca obok mnie, która w chwili ogłaszania wyboru pierwszy raz w życiu usłyszała nazwisko Wojtyła, krzyknęła z przerażeniem: „No, chyba to nie jest Murzyn…!”. Potem wielokrotnie spotykaliśmy się z Janem Pawłem II, chociażby podczas wizyt ad limina Apostolorum, kiedy jako ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski jeździłem do Rzymu składać Ojcu Świętemu sprawozdanie z pracy diecezji. Również później, już jako biskup emeryt, wiele razy spotykałem się z Papieżem. Zawsze wzbudzał mój podziw swoją zwyczajnością. Zresztą napisałem o tym również w moich wspomnieniach o Janie Pawle II pt. „Nadzwyczajnie zwyczajny”. Muszę powiedzieć, że zachował tę swoją zwyczajność z czasów profesorskich. Traktował nas jako swoich kolegów, kiedy był wykładowcą, biskupem, kardynałem, i niczego w tych relacjach nie zmienił jako Papież. Czuliśmy, że zawsze można z Nim swobodnie porozmawiać, jak za dawnych lat. Świętość Papieża Polaka traktuję jako przejaw zwyczajności w traktowaniu drugiego człowieka i niewynoszeniu się ponad innych. Według mnie, najbardziej charakterystyczną cechą świętości jest właśnie ta zwyczajność. Taki był Ojciec Święty Jan Paweł II: zwyczajny, dobry, otwartym sercem przyjmujący każdego, dobrym słowem podnoszący innych na duchu. Mimo rangi swego apostolskiego urzędu potrafił pozostać taki jak dawniej, oczywiście intelektualnie górował nad innymi, ale nigdy tego nie dawał poznać po sobie. Był człowiekiem wielkiego skupienia, człowiekiem modlitwy. Pamiętam sytuację, kiedy jeszcze jako kardynał przygotowywał się do Mszy Świętej. Wszyscy opuścili zakrystię i tylko my dwaj pozostaliśmy. Nagle kardynał jakby nigdy nic powiedział do mnie: „Słuchaj Ignaś, ja bym chciał iść do spowiedzi świętej”. Oczywiście spełniłem tę prośbę. To było takie normalne, naturalne, niewydumane, ale jednocześnie w tej zwyczajności było coś nadzwyczajnego. Mówiąc o świętości Sługi Bożego, można by wymieniać także wiele innych cech, które wyróżniały Go spośród innych. Był przede wszystkim człowiekiem rozumiejącym każdego, kto stanął na Jego drodze. Potrafił i chciał pomagać innym tam, gdzie było to tylko możliwe. Zatem nie była to świętość jakichś wielkich umartwień, zamknięta w sobie, niedostępna, ale potwierdzona zwyczajnym, konsekwentnym w słowach i działaniu życiem człowieka zjednoczonego wewnętrznie z Bogiem, a jednocześnie otwartego na innych. Teraz wystarczy tylko umieć dostrzec tę świętość i starać się ją naśladować. Taki właśnie wzór i przykład mieliśmy i mamy w Słudze Bożym Janie Pawle II.

not. Mariusz Kamieniecki

drukuj