„Abyście się społecznie miłowali” (J 13, 34)

Na świat powszechnej walki w przyrodzie i w rodzaju ludzkim przyniósł Jezus Chrystus posłanie, program i przykazanie miłości społecznej: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się społecznie miłowali tak, jak i Ja was umiłowałem. Po tym poznają wszyscy, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34-35 – tłumaczenie ks. Jakuba Wujka). Miłość społeczna wywodzi się ściśle z odradzającego i spełniającego nas odkupienia i zbawienia. Jest współstrukturą miłości Bożej (por. Mt 22, 36-40). I tak staje się główną zasadą życia indywidualnego i zbiorowego. Tej to miłości coraz bardziej nam w Polsce brakuje.

Waga miłości społecznej

Trzeba z góry wyjaśnić dwie rzeczy:

1) miłość społeczna nie wyraża się w samym uczuciu, afekcie i łzawym sentymencie, może tego nie być, lecz jest najbardziej żywotną strukturą osobowego życia człowieka;

2) miłość społeczna we właściwym znaczeniu to nie tylko miłość jednej osoby do jakiejś drugiej lub do grupy „swoich”, lecz miłość wiążąca egzystencję człowieka z całą, choćby największą społecznością lub z całym rodzajem ludzkim.

I oto wspomniane Orędzie Chrystusa nie przynosi szczegółowych, bezpośrednich i empirycznych rozwiązań naszych problemów gospodarczych, socjalnych, obyczajowych, politycznych, cywilizacyjnych i innych, ale przynosi coś najpierwszego i najbardziej podstawowego, co ma nam pomóc rozwiązywać wszystkie problemy egzystencjalne już na naszą miarę i według naszych zdolności. Miłość społeczna jest istotnym elementem osobowego rozwoju i odkupienia człowieka. Odkupienie bowiem to nie jest jakieś zapłacenie okupu diabłu, lecz duchowe odrodzenie całego człowieka, dokończenie budowy jego człowieczeństwa, doskonałości i życia, a to wszystko dokonuje się najbardziej przez miłość Boga i miłość społeczną. Celem życia Chrystusa było odrodzenie naszego duchowego stosunku do Boga jako najwyższej życiodajnej Zasady, a tym samym ukształtowanie człowieka w świecie jego osoby, względem drugiego człowieka oraz względem dostępnej nam społeczności, o czym tak zapomina dzisiejszy świat indywidualistyczny. Miłość społeczna przynosi nam dobra codzienne, ale przede wszystkim przemienia głębię naszej kondycji ludzkiej jako takiej i otwiera nasze człowieczeństwo na najwyższe wartości i na wieczność. Wszystko to wynika z Miłości Bożej ku nam Wcielonej w Jezusa z Nazaretu. Odkupienie człowieka, czyli wybawienie z nicości i bezsensu i wprowadzenie go na drogę wiodącą do najwyższych światów polega – według chrześcijaństwa – po prostu na prawdziwej, ogarniającej całą osobę ludzką postawie miłości – miłości do społeczności, miłości do świata Bożego i do Boga.

Dlatego pierwsze chrześcijaństwo w religii dostrzegało główną siłę rozwiązania swoich problemów społecznych i starało się budować wszystko na miłości jako najwyższej zasadzie życia. Toteż jeszcze przed powstaniem żydowskim przeciwko Rzymianom w latach 66-70 po Chrystusie chrześcijaństwo stworzyło w Jerozolimie pierwszą na świecie doskonałą formę komunizmu, w której wierzący, budując na miłości, mieli wszystko wspólne, tworzyli wspólny świat myśli i życia, modlitwy i pracy, bogatych i ubogich, cierpień i radości. Był to twór niezwykły. Można powiedzieć, że była to pierwsza „solidarność” na podłożu religijnym, jak i po dwóch tysiącach lat polska „Solidarność”. Może dlatego nasza „Solidarność” została zmanipulowana przez siły antykatolickie. Kiedy jednak chrześcijaństwo rozlało się z czasem na cały świat rzymski i dalej, jedna ogólnoświatowa wspólnota o charakterze ziemskim okazała się niemożliwa, rolę inspiracji miłości społecznej zaczął przejmować coraz bardziej Kościół. Ale zadanie to okazało się niezwykle trudne i bez pomocy Bożej niewykonalne.

Miłość społeczna wszakże, objawiona nam przez Chrystusa, przykazana i wytyczająca główną drogę życia zbiorowego, nie jest bynajmniej narzucona całkowicie z zewnątrz. Wyrasta ona z samej istoty człowieka i jego życia zbiorowego. Dlatego jest możliwa w pewnym stopniu także między wierzącymi i niewierzącymi, między różnymi religiami, jak i między samymi niewierzącymi, bo i tam działa Chrystus, choć nierozpoznany i nieformułowany świadomościowo. Ta miłość to istota życia społecznego i głębia życia społecznego to miłość. Polega ona na poczuciu i realizacji wewnętrznej i zewnętrznej więzi i komunii bytu i życia z ludźmi i z całymi społecznościami. Jest to ciągle trwający proces łączenia się całą swoją osobą ze społecznością ludzką bądź bezpośrednio, bądź pośrednio – przez wytwory ludzkie.

Zjawisko antymiłości

Jak w przyrodzie są walki, zabijanie, pożeranie się wzajemne, odrzucanie i wyniszczanie, tak i u ludzi jest potężny nurt przeciwny miłości: nienawiść, walki, wyniszczanie drugich, wielkie wojny i dążenie do pozostawienia na świecie siebie samego lub tylko swojej najbliższej grupy. Chrześcijaństwo jednak wyraża od początku, że miłość to jedność międzyludzka, harmonia współżycia, najwyższe dobro ludzkie, natomiast antymiłość to rozbicie, dysharmonia, śmierć duchowa i grzech. Prawdziwa miłość jednoczy ludzi i samego człowieka integruje, a grzech rozbija, dzieli, skłóca i sprowadza walkę i wewnątrz człowieka, i w życiu zbiorowym.

W rezultacie życie to gigantyczny teatr zmagania się miłości z nienawiścią, choć nienawiść do zła też ma doniosłą wartość. Walka ta nastręcza podwójne trudności:

1) miłość wymaga ustawicznego wielkiego wysiłku, odradzania się, korygowania błędów, dzielności i ambicji drogi wzwyż;

2) ponadto i społeczne zjawisko miłości musi być wspierane i rozwijane, a także chronione społecznie, gdyż nawet w chrześcijaństwie były społeczeństwa i epoki, kiedy ona wyraźnie ziębła, słabła i zbyt mieszała się z nienawiścią. Ale chrześcijaństwo ratują najbardziej prości ludzie pracy, herosi duchowi i święci. Tymczasem w wielu współczesnych kierunkach i ideologiach świeckich przeważa zdecydowanie nienawiść i nieuznawanie grzechu, jak w hitleryzmie, komunizmie, ateizmie, neokapitalizmie, liberalizmie, postmodernizmie, no i nihilizmach wszelkiego rodzaju, światu grozi dziś straszny dramat, a mianowicie hegemonia nienawiści, zarówno w obrębie niektórych państw i narodów, jak i w wielkich cywilizacjach globu.

Jednakże, choć wspomniane systemy mają w sobie idee nienawiści, to przecież nie wolno wszystkich oddanych im osób uważać za ludzi nienawiści, za niewrażliwych na miłość społeczną lub już niezdolnych do takiej wyższej miłości. Miłość to jakaś wielka tajemnica człowieka. Poszczególni ludzie lub poszczególne wspólnoty mogą kultywować wysoką miłość społeczną, nieraz może doskonalszą i bardziej autentyczną niż wielu oziębłych chrześcijan, chrześcijan tylko z imienia. Sam Karol Marks, który był z pochodzenia Żydem i religijnie niewierzącym, ideę wyzwolenia proletariatu wziął z chrześcijaństwa, tylko że ją związał jednocześnie z socjalistyczną ideą nienawiści do reszty społeczeństwa. Chodziło mu tylko o jakieś zjednoczenie ludzi pracy, a przede wszystkim proletariatu. Ale bez Boga i miłości uniwersalnej cała ta konstrukcja w praktyce runęła i miłość proletariacka bez Boga rozpaliła raczej tylko egoizmy klasowe i wzbudziła powszechną nienawiść człowieka do człowieka. Toteż pojawienie się największych nowożytnych morderców państwowych świata: nazistowskich, komunistycznych i pseudosocjalistycznych nie było przypadkowe, lecz wyrosło na przygotowywanym od dawna gruncie antymiłości i nienawiści społecznej. Jest tu jakaś logika szatańska, gdyż miłość społeczna, zwłaszcza w rozumieniu chrześcijańskim, uchodzi w oczach tamtych ludzi za najwyższą utopię i naiwność, a nienawiść i niszczenie innych wydaje się im najbardziej racjonalne i realistyczne.

Z miłości i nienawiści społecznej w Polsce

W Polsce po wygaszeniu ideologicznej i państwowej nienawiści społecznej pojawiły się warunki do rozwinięcia miłości społecznej. I pojawiły się już takie światła w „Solidarności”, która wyrosła pod nieboskłonem Kościoła. Jednakże po krótkotrwałym toaście: „Kochajmy się!”, wylazła szybko na wierzch złość wzajemna, podstępność, no i nienawiść, jeszcze wyraźniejsza niż za komuny, bo już nieskrywana. Wyszło to bardzo w gorączce rozgrabiania majątku państwowego, w walkach politycznych i we wrzaskach mediów. Jesteśmy bardziej do dziś rozbici, niż się to zdawało dawniej pod okupacją. Może to robi szatan społeczny? Może to osłabienie duchowe i religijne? Może to sprawa nienawiści ideologizowanej ze strony ratującej się lewicy i najazdu liberalizmu? Kościół zaś na dole robi bardzo wiele dobrego, ale na szczytach jakoś osłabł. A w życiu świeckim już trudno wytrzymać. W domu polskim robi się jak w domu wariatów: niespodziewana nienawiść PO do PiS, Samoobrony i LPR, SLD i cała Zjednoczona Lewica „darzy” nienawiścią także ugrupowania patriotyczne i katolickie, różnego rodzaju mniejszości chcą zdominować rządy, liberałowie, masoni i ateiści zasiewają wszędzie, zwłaszcza wśród młodzieży, nienawiść do etyki chrześcijańskiej itd. W dodatku, żeby było „ładniej”, szerzyciele nienawiści zarzucają bez przerwy nienawiść ludziom wierzącym w Chrystusa i kochającym Ojczyznę.

Dzięki Bogu, że zgodnie z naszą tradycją nie dochodzi do morderstw na tle politycznym, przynajmniej licznych. Śmierci kilku księży, gen. Marka Papały, szefa NIK – Pańki, dzielnego Filipa Adwenta i jeszcze kilku innych znanych ludzi nie musi się przypisywać politykom, może należy ją przypisać przestępcom i bandytom pospolitym, których nie brak w czasach transformacji. W Rosji i Chinach są dokonywane mordy dziesiątkami tysięcy rocznie. Katolickie społeczeństwo polskie jest łagodne i ma dużo miłości społecznej. Ale niepokoi i to, że u nas nienawiść polityczna się nasila. Nikomu nie chodzi o wspólne dobro Polski, tylko o zgniecenie przeciwnej partii. Wściekłość na polskość i na katolicyzm ujawnia się ciągle i bez sensu w atakach na Medium Toruńskie. Przy tym nawet i liczni katolicy, nierozumiejący procesów społecznych i historycznych, nie zajmują się tym, jak rozwijać miłość społeczną i miłosierdzie chrześcijańskie, jak ratować Polskę od nienawiści, bandytyzmu, rozkradania, zakłamania, niemoralności społecznej, bezrobocia, nędzy 5 milionów ludzi, jak wychowywać dzieci i młodzież, żeby nie stały się nihilistami i przestępcami itd., tylko organizują się i zbierają wszelkie środki na polowanie na duchownych, biskupów i prezbiterów, których przed laty udało się już zranić myśliwym ubecko-sowieckim. W rezultacie szerzą wrażenie, że wszelkie zło komunizmu i stanu wojennego było z winy księży i Kościoła. Przypomina to idiotyczną pretensję niektórych Żydów poza Polską, którzy nam zarzucają, że w czasach okupacji niemieckiej nie wytoczyliśmy armat i czołgów przeciwko oprawcom obozowym. Nie rozumieją, że Polska już nie miała armii i że takie armie jak rosyjska, amerykańska, angielska i inne satelickie potrzebowały aż pięciu lat i zginęły miliony żołnierzy, zanim pokonały potworów niemieckich. Przez owych ludzi zresztą nie przemawia niewiedza, przemawia świadoma nienawiść do Kościoła i do Polski.

Nienawiść jest podsycana przez głupoty

Miłość prawdziwa współżyje z prawdą i mądrością, nie wyżyje w kłamstwach i głupocie. A w świecie współczesnym i to się wali. Weźmy przykład, może drobny, ale charakterystyczny dla całości życia społecznego dziś. W Szwajcarii jest świątynia protestancka tzw. otwarta. Co to znaczy otwarta? Ano wypełnia ją chaos. Dzieli się na sektory: różne wyznania chrześcijańskie, „kościół scjentologów”, różne inne sekty, następnie sektory dla gejów i lesbijek, czyli inaczej miłujących, sektor dla narkomanów, poszukujących „lepszego” świata, a wreszcie sektory dla psów, kotów i innych zwierząt, a wśród tego wszystkiego obrazy święte: Matki Bożej, Chrystusa, świętych. To wszystko ma oznaczać nowoczesną Arkę Noego i uniwersalizację miłości chrześcijańskiej, ale faktycznie oznacza chaos i głupotę.

Albo – nagminnie jest parodiowana nawet miłość małżeńska, nie tylko w postaci małżeństw homoseksualnych. Oto, powiedzmy, dwoje sławnych artystów bierze ślub i wyznaje sobie „miłość i wierność aż do śmierci”. Ale on to czyni już po raz piąty, ona zaś po raz trzeci, a poprzedni małżonkowie jednej i drugiej strony żyją, a niektórzy nawet asystują przy ślubowaniu wierności dozgonnej „nowej”. Świat artystyczny zaś, opływający w bogactwa, bije brawa. Tak! Człowiek potrafi wszystko sparodiować, także miłość.

Albo – współczesne socjalizmy rozwijają rzekomo miłość społeczną już w formach doskonałych. Tymczasem gotują piekło dla ubogich i słabych, najsłabszych zresztą zabijają. Weźmy choćby tak podobne do lagrów i łagrów obozy pracy w Italii, Hiszpanii, Anglii i chyba też gdzie indziej – zwabiają bezrobotnych i ubogich do siebie, a potem nie dają im zarobków i niektórych w tym „edenie” demokratycznym wyniszczają. A światłe i postępowe rządy o niczym nie wiedzą, żywią się chwałą laickiej gospodarności.

W ogóle zresztą rodzi się społeczeństwo techniczne, w którym miłość społeczna nie jest ani potrzebna, ani znana, chyba że w postaci prostytucji i pedofilii. Nie ma też miejsca na etykę i ducha. Społeczność nowoczesna powierza swe życie technice, maszynom, sztucznym niszom. Myślenie, świadomość, wiedza, pamięć, decyzja, całe życie wewnętrzne i zewnętrzne, no i miłość poddane są internetowi i mediom, koncernom medialnym, w których miłość społeczną się magazynuje, sprzedaje i kupuje w różnych rozmiarach. Nie ma żywego człowieka, nie ma Boga, nie ma sacrum. Według New Age, człowiek to malutki pojemnik na powszechną energię kosmiczną. Żywa miłość społeczna to mit i patologia. A więc nie może być miłości społecznej tam, gdzie są idiotyczne koncepcje człowieka i społeczeństwa.

W ogóle społeczeństwa współczesne są zbudowane na prawach i zasadach antymiłości i antycharytatywności. Owszem, państwo nie może być organizacją charytatywną, ale nie wolno całkowicie wykluczać głębokiej i strukturalnej miłości społecznej, którą głosi chrześcijaństwo. Pod tym względem bliższe są partie socjalne i lewicowe. Na ogół społeczeństwa są budowane na prawach merkantylnych i komercyjnych, nie ma tam nic z humanizmu, choć go się fikcyjnie głosi. Te nieludzkie konstrukcje widać doskonale już na drobnych sprawach. Pisano wielokrotnie, że w „postępowym” państwie europejskim nie wolno bez podatku dać umierającemu z głodu chleba, a głodnemu dziecku mleka. I podobnych idiotyzmów jest cała masa. Nie wolno chłopu użyczać biopaliwa sąsiadowi, choć sam to biopaliwo wyprodukował i paliwa w ogóle brakuje. Nie wolno też sprzedawać wyprodukowanego w Polsce wina. A blisko mojej branży: wydawcy książek płacą nowe podatki na końcu roku rozliczeniowego za książki niesprzedane, które są liczone jako dochód. Więc co się robi? Książek nie udało się sprzedać, a naukowe bardzo wolno się rozchodzą, chyba że pornograficzne, a zatem najkorzystniej jest je spalić, bo i rozdać nie wolno, i tak w nieskończoność. Owszem, Sejm może wydać jakąś „nową” uchwałę, a ministerstwo „nowe” rozporządzenie, ale będą to już akty milionowe któreś i zanim zostaną poznane i wdrożone, to minie pięćdziesiąt lat, a w tym czasie instytucje te uchwalą znowu kilka milionów aktów i dojdą do tego nieskończone interpretacje urzędnicze, przeważnie rozbieżne. Czy nie można by już trochę się wstrzymać z tym prawodawstwem, a wziąć się, jak słusznie chce PO, za jego realizację w praktyce? Ale chyba wszystkiemu temu winna jest zasada państwa bez miłości społecznej i bez mądrości społecznej, a o wszystkim ma decydować rachunek finansowy. Winna tego jest tzw. koncepcja „państwa prawa”, a nie „państwa człowieka”. Myśli się, że wszystko załatwi samo papierowe prawo bez umysłu i serca ludzkiego.

Miłości społecznej nie mają także dzisiejsze media, zwłaszcza telewizja. Ma miejsce specjalna alienacja medialna, która bierze żywego człowieka w niewolę obrazów, suchych faktów i agresji. Często media pełnią rolę sępów społecznych, są bez uczuć, chyba że mają tylko uczucie złośliwości, bo to się przemienia na pieniądze. Prostaka też nic tak nie cieszy osobiście, jak gdy jakiś dygnitarz dostanie rozwolnienia. I tak media bez kultury, bez etyki i bez miłości do społeczeństwa produkują jedynie komputery ludzkie, zwłaszcza gdy oddziałują na człowieka od młodości. Dlaczego inżynierowie państwowi i społeczni nie zaradzają temu?

I tak walka o normalne ludzkie społeczeństwo, budowane na miłości społecznej, nigdy się nie kończy. Ciśnie się tu na myśl uwaga, że Polska na początku XX wieku, w roku 1920, powstrzymała armię zaprogramowanej nienawiści społecznej idącej na Europę, ale okazało się teraz, że nie jest to jeszcze nasze zwycięstwo. Bowiem pod koniec XX wieku ta sama armia nienawiści społecznej i antychrześcijańskiej ożyła niespodzianie na Zachodzie na forum ideowym, duchowo-kulturowym, z niewielkim właściwie retuszem, i ta armia zajęła jednak Zachód i podbija już i Polskę, tym razem „od tyłu”. W historii jawi się dużo potworów, jak w bajkach. W każdym razie czego czerwonoarmiejcy nie zdobyli bagnetem, to neomarksiści zachodni zdobywają ideologią. I tu, i tu nie ma miłości społecznej i mają miejsce różne próby wymiatania z życia chrześcijańskiej miłości społecznej.

Czy my w Polsce nie możemy się zdobyć na rzeczywistą i rozwiniętą miłość społeczną? Czy nie może odegrać tu swej wielkiej roli Kościół katolicki? Czy nie mogą wspólnie i zgodnie współpracować dla dobra wspólnego całej Polski: PO z PiS? Kahał żydowski z Kościołem katolickim? Wszystkie mniejszości z większością? Wieś z miastem, pracodawcy z pracobiorcami i robotnicy z biznesmenami? Partia antyklerykałów z hierarchią? Masoni z bractwami kościelnymi? Wałęsa z Kaczyńskimi? Balcerowicz z Lepperem? Giertych z Niesiołowskim? Jerzy Urban z prałatem Peszkowskim? TVN z Medium Toruńskim? I tak dalej… Przecież w poglądach mogą się różnić i bardzo kłócić, ale mogą też razem budować dobro całego społeczeństwa polskiego i dla Europy. „Abyście się społecznie miłowali” odnosi się i do Polski. I nie jest to całkowicie niemożliwe.

ks. prof. Czesław S. Bartnik
drukuj