Atak był zaplanowany

Z mecenasem Andrzejem Kernem, wicemarszałkiem Sejmu I kadencji (1991-1993), rozmawia Anna Skopinska

Kilka dni temu minister Zbigniew Wassermann potwierdził, że Pana sprawa – związana z atakami na Pana w 1992 roku, porwaniem córki – to nie przypadek. Mają tego dowodzić także niektóre dokumenty z „szafy Lesiaka”, które być może niebawem zostaną odtajnione.
– Wiedziałem od dawna, że to, co dzieje się wokół mojej osoby, nie jest przypadkiem, tylko zaplanowaną akcją. Przez wiele lat szukałem odpowiedzi na pytanie, kto tym wszystkim kierował. Może kiedyś się dowiem. Teraz tylko wiem na pewno, że brały w tym udział SLD i ówczesna Unia Demokratyczna.

W 1992 roku jako wicemarszałek Sejmu stał się Pan obiektem nagonki mediów. Zarzucano Panu nadużywanie stanowiska w celu odnalezienia szesnastoletniej córki Moniki, która zniknęła w podejrzanych okolicznościach.
– W pewnym momencie wszystkie drobne wydarzenia, incydenty poprzedzające porwanie mojej córki zaczęły składać się w całość. Atak medialny na mnie zapoczątkowała „Gazeta Wyborcza”, potem były „Trybuna”, „Polityka” i tygodnik „Nie”. Wszystko w bardzo krótkim czasie. A w Łodzi dołączył tygodnik „Angora”. Córka miała wtedy 16 lat, nigdy nie mieliśmy z nią najmniejszych kłopotów wychowawczych. Gdy byłem w Warszawie, obowiązki wychowawcze spoczywały na żonie i teściowej. Wiosną 1992 roku zaczęły się problemy – nasze dziecko zaczęło się zmieniać. Okazało się, że zawarła znajomość z chłopcem, który zaczął jej kraść cały wolny czas. Odwoził samochodem do szkoły i stamtąd zabierał. Chłopak nie zrobił na nas dobrego wrażenia, bo nigdy nic nie mówił. Coraz trudniej było dopilnować obowiązków szkolnych Moniki. Wydawało się nam, że dopóki żyjemy, naszego dziecka nie może spotkać żadna krzywda, a gdyby nawet nas zabrakło, zostaną najbliższa rodzina i wierni przyjaciele. Jednak los doświadczył nas w sposób straszliwy…

Powiedział Pan, że na taki bieg zdarzeń złożyło się wiele rzeczy. Chodzi o Pana działalność, niewygodną dla wielu, prawda?
– Od zawsze byłem związany z opozycją niepodległościowo-demokratyczną. Takie poglądy wyniosłem z domu rodzinnego i przez całe życie byłem im wierny. Prowadziłem działalność opozycyjną wspólnie z najwybitniejszym działaczem łódzkim, nieżyjącym już mecenasem Karolem Głogowskim. Po rozmowach Okrągłego Stołu, którym ja i ludzie z mojego kręgu byliśmy przeciwni, uważając, że nie powinno do nich dojść, gdyż nie ma reprezentacji całej opozycji niepodległościowo-demokratycznej, z Łodzi zgłoszono do Sejmu kandydatury – moją i Stefana Niesiołowskiego. Wtedy się z nim przyjaźniłem, ale dziś jest on zupełnie innym człowiekiem; nie rozumiem tej zmiany. Do Senatu zgłoszono kandydaturę mecenasa Głogowskiego – jednak zdecydowanie sprzeciwił się jej Andrzej Wielowieyski. Głogowski był człowiekiem honoru i stwierdził, że może startować tylko we w pełni demokratycznych wyborach. On wtedy zasługiwał na wejście do parlamentu – był najbardziej do tego przygotowany.
Gdy w Warszawie spotkaliśmy się już jako posłowie, okazało się dosyć szybko, że wewnątrz klubu parlamentarnego OKP są bardzo silne podziały polityczne. Z rekomendacji Lecha Wałęsy szefem klubu został Bronisław Geremek. Wielu to się nie podobało, bo chcieli, tak jak ja, by w prezydium klubu nie było jedynie reprezentacji jednej liberalnej opcji, ale szerszy przekrój. Geremek miał to zmienić, ale nie zrobił tego. Do prezydium dostał się Jan Maria Rokita. Parę tygodni wcześniej przedstawił mi go Zbigniew Romaszewski jako bardzo zdolnego młodego człowieka z Krakowa, którego warto poprzeć. Po krótkim czasie się okazało, że pan Rokita wstąpił do Unii Demokratycznej i sam się przedstawia jako uczeń prof. Geremka. Jest to niewątpliwie człowiek zdolny, ale rozpiera go niebywała wręcz ambicja, z którą nie zawsze potrafi sobie poradzić.
Dość szybko się okazało, że zupełnie inną receptę na Polskę ma grupa Michnika, Geremka, Wielowieyskiego, a inną nasza. Przede wszystkim uważaliśmy, że bardzo szybko należy doprowadzić do rozliczenia komunistów.

Ci od Michnika nie chcieli żadnego rozliczenia?
– Tak. Grupa ta chciała przejść do porządku dziennego nad tym wszystkim, co wcześniej się działo. Uznała, że komuniści się przeobrazili i teraz będą budowali Polskę zgodnie z jej interesami. Zorientowaliśmy się bardzo szybko, jakie są ich plany – ma powstać Polska Partia Solidarność, jako ruch społeczny, pod przewodnictwem naszych lewicowych kolegów i wspólnie z komunistami budować przyszłość. Dla nas to było nie do przyjęcia. Konflikt był nieuchronny. Michnik jeździł za granicę jako delegat OKP, m.in. do Lwowa, Wilna, potem mieliśmy stamtąd protesty, że nie tyle próbuje dbać o interesy Polaków na Wschodzie, ile dawać im do zrozumienia, że jedyna ich przyszłość to całkowite podporządkowanie się status quo. A przecież problemów mieli wiele.

Kontrowersyjne dla Pana kolegów z kręgu postsolidarnościowej lewicy w Sejmie X kadencji były także prace nad ustawą, która umożliwiała Skarbowi Państwa przejęcie majątku byłej PZPR.
– Jesienią 1989 roku zaczęliśmy w grupie posłów prawicowych pracować nad projektem prof. Wiesława Chrzanowskiego dotyczącym przejęcia przez Skarb Państwa majątku byłej PZPR. Szybko zrobiło się głośno o tej sprawie. Przewodniczyłem tym pracom. W czasie jednego z posiedzeń komisji zadzwonił premier Mazowiecki z prośbą, byśmy wstrzymali prace, bo rząd powoła własną komisję, która to wszystko zrobi. Do mnie zwrócił się Adam Michnik ze słowami: „Po co się tym zajmujecie? To trzeba bez rozgłosu i szumu załatwić”. Ostatecznie się zgodziłem, by rząd załatwił tę sprawę, ale pod warunkiem comiesięcznych sprawozdań. Taki dezyderat podjęła komisja sprawiedliwości, której byłem wiceprzewodniczącym. Jednak swoich prac nie przerwaliśmy. Po dwóch miesiącach się okazało, że komisja rządowa tak rozdysponowała majątek byłej PZPR, że 5 proc. trzeba było oddać komunistom. Komisja sprawiedliwości przyjęła uchwałę, że to bezprawne, bo to nie jest majątek Sejmu, ale społeczeństwa, i nie wolno go dawać partii, która doprowadziła Polskę do takiego stanu. Ostatecznie uchwała została przyjęta przez Sejm nieznaczną przewagą głosów. To wywołało wściekłość komunistycznego betonu. Zaczęły się pogróżki, anonimy, telefony. Zajmowałem przecież także zdecydowane stanowisko w sprawach dekomunizacji i lustracji.

W Sejmie I kadencji z rekomendacji Porozumienia Centrum został Pan wicemarszałkiem. Powołano rząd Jana Olszewskiego – powstała nadzieja, że Polska zacznie się zmieniać na lepsze.
– Wprawdzie z wielkimi problemami, ale udało się sklecić rząd Jana Olszewskiego i zaczął on funkcjonować. Ponieważ Unia Demokratyczna nie wyraziła zgody na nasze warunki, zaproponowaliśmy jej funkcję wicemarszałka i ewentualny udział w koalicji rządowej. Ci ludzie jednak byli przyzwyczajeni do tego, że są rozprowadzającymi, i nie chcieli z nami współpracować. I stało się tak, że dwa największe kluby – SLD i UD – nie miały swoich przedstawicieli w Prezydium Sejmu. Coraz bardziej zaczęły się ujawniać różnice w obozie solidarnościowym, głównie na tle wizji naszego kraju. Ale przede wszystkim nie wykonywano ustawy o majątku byłej PZPR, o co miałem największe pretensje. To był potężny majątek. PZPR utworzyła przecież jakby podwójny rząd – poza tym konstytucyjnym rzeczywisty rząd był w gmachu KC PZPR, a jeszcze bardziej w Biurze Politycznym. Utrzymanie tego aparatu kosztowało nieprawdopodobne pieniądze. W czasie prac nad ustawą o majątku byłej PZPR wykryliśmy masę wręcz łobuzerskich posunięć. Sprzedawano za bezcen ziemię, sporządzano akty notarialne, zmuszając do tego notariuszy. A przecież formalnie PZPR nie miała nawet osobowości prawnej. Trafiliśmy na pierwsze przypadki rozkradania. Najbardziej denerwująca była sytuacja, gdy w czasie prac komisji pan Miller sprzedawał wszystkie nieruchomości KC, a rząd Mazowieckiego w ogóle na to nie reagował.

Nie dało się uniknąć wewnętrznych konfliktów i starać się jednoczyć prawicę dla dobra Polski? Czy prezydent Wałęsa nie chciał Państwa wspierać?
– W ocenie Porozumienia Centrum, porozumienia Okrągłego Stołu wprawdzie były konieczne na owe czasy, jednak były umowami pozbawionymi legalności. Ani reprezentacja władzy nie była reprezentatywna, ani tym bardziej społeczeństwa. Należało więc odstąpić od ustaleń Okrągłego Stołu. Tymczasem zdecydowanie przeciwko temu wystąpiła Unia Demokratyczna, a także przestał nas wspierać pan prezydent, na którego bardzo liczyliśmy.

Mówił wtedy, że musi wspierać także lewą nogę dla równowagi…
– Było to dla nas trudne do zrozumienia. Tajemnica najprawdopodobniej tkwi w tym, że prezydent myślał, iż jedynie on ma dobrą wizję Polski i gdyby miał więcej władzy, silną organizację polityczną, która by go popierała, to mógłby znacznie więcej osiągnąć. Stąd jego posunięcia, by dowartościować lewicę, bo tworząca się prawica mogłaby tę równowagę zachwiać. Jednak to było sprzeczne z tym, co prezydent zapowiadał na początku. Proponowaliśmy mu honorowe przewodnictwo Porozumienia Centrum – odmówił, tłumacząc, że chce być jedynie arbitrem. Jednak prezydent ma olbrzymią władzę i możliwość blokowania pewnych poczynań. Arbitrem można być tylko tam, gdzie władza prezydenta polega na samej reprezentacji.
Na jednym z posiedzeń Sejmu zapadła uchwała zobowiązująca ówczesnego szefa MSWiA do przedstawienia stanu zapisów archiwalnych SB dotyczących osób pełniących funkcje publiczne. Chodziło o to, kto był ujęty jako tajny współpracownik. Była to spontaniczna uchwała. Wśród dziennikarzy natychmiast rozeszła się informacja, że to będzie wykaz agentów SB, mimo że było wyraźnie powiedziane, iż nie jest to lista agentów. Najbardziej dramatyczną rzeczą było to, że na liście znalazło się nazwisko marszałka Chrzanowskiego. Według niego, był to wynik nieporozumienia, ale z takimi zarzutami nie mógł pełnić funkcji i chciał podać się do dymisji. Razem z wicemarszałkiem Józefem Zychem przejrzeliśmy akta w MSWiA. Okazało się, że te zapisy nie dawały najmniejszych podstaw do oskarżeń. Zrobiliśmy rzecz, która z punktu widzenia moralnego była uczciwa i sprawiedliwa, zawiedliśmy natomiast naszych kolegów z UD, którzy byli przekonani, że jak zostanie odwołany marszałek Sejmu, droga do koalicji z SLD stanie otworem. A o tym Adam Michnik zawsze marzył i marzy w dalszym ciągu. Tak im się naraziłem. Było więc wiadomo, że w jakiś sposób we mnie uderzą. Nie spodziewałem się tylko, że w taki…

Potem było odwołanie rządu Olszewskiego; prowadził Pan wtedy obrady. Wiedział Pan o tajnej naradzie w gabinecie prezydenta Wałęsy?
– Po zachowaniu posłów wiedziałem, że karty zostały już rozdane. Nie miałem natomiast pojęcia, że taka narada się odbyła. Nikt mi o tym nie powiedział, a przede wszystkim nie powiedział mi o tym mój ówczesny przyjaciel Stefan Niesiołowski. Gdybym wiedział, że takie spotkanie ma miejsce, nie dopuściłbym tej nocy do głosowania. Jaką bym cenę za to zapłacił, to jest inna sprawa.

Bezpośrednio po tym rozpoczął się dramat Pańskiej rodziny.
– Całe nasze życie przeżyliśmy z żoną w komunizmie, ale nie mieliśmy tak naprawdę z nim nic wspólnego. Komunizm kończył się na progu naszego mieszkania. Między mną a żoną nie było żadnych różnic w poglądach politycznych. Odwiedzali nas ludzie wyłącznie o podobnych przekonaniach. Wiodło nam się raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy nic nie było w stanie zmusić nas do znajomości z takimi ludźmi, jak negatywni bohaterowie historii porwania naszej córki. Czy ktoś uwierzy, że nasza córka – wychowana przecież w takiej atmosferze – wpadła na pomysł, by na swój ślub zaprosić Urbana czy biznesmena z Częstochowy – Baranowskiego? Nie był to na pewno jej pomysł. Po prostu komuś chodziło o to, by nam dokuczyć i nas poniżyć.
Po klęsce próby odwołania mnie z funkcji wicemarszałka Sejmu nasi prześladowcy wpadli na nowy pomysł – szczególnego nagłośnienia ślubu w bazylice katedralnej w Łodzi. Wykorzystano tu łatwe do przewidzenia stanowisko Kościoła, który przecież zawsze otwarty jest dla każdego błądzącego i który zawsze będzie gotów do zalegalizowania nielegalnego związku młodych ludzi. Była tylko jedna przeszkoda: Malisiewicz-Gąsior przez 22 lata zapomniała wysłać syna do I Komunii Świętej i bierzmowania. Jednak te braki szybko nadrobiono. Równocześnie ruszyła olbrzymia machina propagandowa – rozesłano zaproszenia na cały kraj. Aby było dosadniej, dwa antykatolickie szmatławe tygodniki zamieściły zaproszenia na katolicki ślub. Czyjś szatański chichot swobodnie rozbrzmiewał. Przerwany został tylko na 15 minut – gdy Kościół wykonywał swe duszpasterskie obowiązki – a później niepohamowanie już królował nad całym widowiskiem. Dla nas te 15 minut było najważniejsze, bo łagodziło krzywdę naszego dziecka. Wrzawa, postacie weselnych gości i taniec naszej córki z Urbanem – to oczywiście elementy farsy wymierzonej przeciwko nam. Pani Potocka, która potem ujawniła mi miejsce przetrzymywania mojej córki, była najprawdopodobniej człowiekiem Urbana.

W walce o córkę pomagały Panu organa ścigania, mimo że przełożeni łódzkich prokuratorów chcieli, by zaświadczyli oni, jakoby wywierał Pan na nich wpływ.
– Kryminalną częścią tej sprawy jest to, że chciano zniszczyć prokuratorów, którzy się nią zajęli. W szczególności panią prokurator Elżbietę Cyrkiewicz. Wezwano ją do Warszawy, do departamentu prokuratury ministerstwa sprawiedliwości, i kazano składać wyjaśnienia. Powiedziano wtedy wprost: jeśli podpisze, że wywierałem naciski w celu zmiany sposobu prowadzenia sprawy, to ani jej, ani jej szefowi nic nie grozi. Nie podpisała.
Prokurator Cyrkiewicz brała pod uwagę dwa warianty – jeden taki, o jakim donosiła tabloidowa prasa, ale zakładała też wątek polityczny. I założyła podsłuch, legalny. Dał rewelacyjny efekt. Dowiedziała się m.in., że na początku lipca 1992 r. odbyła się u częstochowskiego biznesmena narada, w której brał udział poseł Dariusz Kołodziejczyk (Kongres Liberalno-Demokratyczny), dziennikarz z Poznania, najprawdopodobniej z tygodnika „Wprost”, ojczym Macieja Malisiewicza, adwokat P. z Warszawy i jeszcze kilka osób. Tam zapadły decyzje o wystąpieniu do Sejmu o pozbawienie mnie immunitetu. Wcześniej napisano wniosek o pozbawienie mnie i żony praw rodzicielskich, jednak nie przeszedł w sądzie rodzinnym w Łodzi.
Córka była pod absolutnym wpływem tych ludzi. Wszystko wskazuje na środki psychotropowe. Te środki paraliżują wolę. Ona z tych dwóch lat niewiele pamięta.

Córka wróciła do domu, po latach wygrał Pan proces z Urbanem. Czy media rozpisywały się o tym tak szeroko, jak wtedy, gdy Pana atakowały?
– Nie. Artykuły pojawiły się jedynie w „Naszym Dzienniku”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Łódzkim”. W tym wszystkim najwięcej zawdzięczam dwu osobom: świętej pamięci ks. abp. Bronisławowi Dąbrowskiemu i o. Stefanowi Miecznikowskiemu. Oni obaj niezależnie od siebie powiedzieli mi, że wygram, jeśli pozbędę się nienawiści. Wyzbyłem się jej, choć nie jest to łatwe. Dlatego dzisiaj mogę powiedzieć i Kaczyńskiemu, i Tuskowi, by wyzbyli się nienawiści, bo tego wymaga dobro Polski.

Był Pan od początku zwolennikiem lustracji. Czy ustawa w obecnym kształcie spełni oczekiwania ludzi Pana pokolenia?
– W esbeckich teczkach są takie informacje, które są do niczego niepotrzebne, bo mogą skrzywdzić rodziny. Dlatego należy zastrzec, że tego typu wiadomości powinny pozostać w archiwalnym grobie, a wszystkie inne powinny być oczywiście ujawnione. I tak chyba będzie. Sami piszemy swoją biografię i za wszystko, co robimy, odpowiadamy. Zwłaszcza jeśli są to osoby, które chcą pełnić funkcje publiczne. One powinny zostać prześwietlone. Ustawa lustracyjna może trochę zmieni kształt naszego życia. Po kształcie obecnego Sejmu widać, jak nieodpowiedni ludzie tam pracują. Nasz Sejm – ten kontraktowy i
I kadencji – był bardzo krytykowany. Ale była tam jednak większa kultura, której brakuje teraz.

Panie Marszałku, czego w takim razie oprócz kultury brakuje polskim parlamentarzystom?
– Największym brakiem jest nieprofesjonalizm. To już przecież 16 lat wolnej Polski, kiedy nie trzeba uczyć się z podręczników przemycanych z zagranicy albo czytanych na wykładach pod ławką. Świat jest otwarty, studia są dostępne. Niestety, jakaś taka zaściankowość wielu posłów wskazuje na to, że nie są oni przygotowani do swojej pracy. Największym problemem wyborów i mediów jest to, by przedstawić człowieka takim, jakim jest to naprawdę. Malisiewicz-Gąsior, która przyczyniła się do uprowadzenia mojej córki i której oszustwa ujawnili łódzcy dziennikarze, była przez media kreowana jako właściwy kandydat do Senatu… Dziś wystarczy posłuchać radia Tok FM – prowadzący programy to ludzie, którzy przestali być dziennikarzami. To są jacyś politrucy, znający tylko jedną prawdę, którą ktoś im wbił do głowy. Nie mają pojęcia, co to jest pluralizm, dialog. Choć po sposobie wysławiania się widać, że to ludzie inteligentni, to jednak przez coś spaczeni. To bardzo smutne, że tak się dzieje.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj