Nowe fałsze Grossa (4)
"Niewiniątka" z Judenratów
Wielokrotnie wysuwając donośne, choć nieprawdziwe,
oskarżenia przeciw Polakom o rzekomo szeroko rozpowszechnioną kolaborację z
Niemcami, Gross konsekwentnie
milczy o dwóch bardzo wstydliwych kolaboracjach, w których uczestniczyły niektóre
środowiska żydowskie. O kolaboracji dużej części Żydów z Sowietami w latach
1939-1941 (będę o niej szerzej pisał w następnym odcinku cyklu, poświęconym
sporom o "żydokomunę"). I o kolaboracji Judenratów i żydowskiej policji
z Niemcami, kolaboracji będącej swoistą żydowską "hańbą domową".
I to nie tylko w Polsce, ale również w wielu innych krajach okupowanej przez
Niemców Europy.
Ta kolaboracja części Żydów z Niemcami była tym bardziej szokująca i wstydliwa
ze względu na społeczny charakter jej uczestników. W przeciwieństwie bowiem
do Polaków, wśród których z Niemcami godzili się na ogół kolaborować głównie
ludzie z marginesu społecznego, męty, wśród Żydów na kolaborację poszła duża
część elit z tzw. Judenratów (rad żydowskich). Przypomnijmy tu, z jak ostrym
potępieniem tej kolaboracji wystąpiła najsłynniejsza żydowska myślicielka XX
wieku Hannah Arendt w książce "Eichmann w Jerozolimie" (Kraków 1987).
Napisała tam m.in. (s. 151): "Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy
odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy
rozdział całej historii". Uległość Judenratów wobec nazistów oznaczała
skrajną kompromitację żydowskich elit w państwach okupowanych przez III Rzeszę.
Arend stwierdziła wprost: "O ile jednak członkowie rządów typu quislingowskiego
pochodzili zazwyczaj z partii opozycyjnych, członkami rad żydowskich byli z
reguły cieszący się uznaniem miejscowi przywódcy żydowscy, którym naziści nadawali
ogromną władzę do chwili, gdy ich także deportowano" (tamże, s. 151).
Arendt pisała, że bez pomocy Judenratów w zarejestrowaniu Żydów, zebraniu ich
w gettach, a potem pomocy w skierowaniu do obozów zagłady zginęłoby dużo mniej
Żydów. Niemcy mieliby bowiem dużo więcej kłopotów ze spisaniem i wyszukaniem
Żydów. W różnych krajach okupowanej Europy powtarzał się ten sam perfidny schemat:
funkcjonariusze żydowscy sporządzali wykazy imienne wraz z informacjami o majątku
Żydów, zapewniali Niemcom pomoc w chwytaniu Żydów i ładowaniu ich do pociągów,
które wiozły ich do obozów zagłady. Także w Polsce doszło do potwornego skompromitowania
dużej części żydowskich elit poprzez ich uczestnictwo w Judenratach i posłuszne
wykonywanie niemieckich rozkazów godzących w ich współrodaków. O tym wszystkim
Gross milczy jak grób w swej książce pełnej tak wielu oszczerczych tyrad oskarżycielskich
przeciw Polakom. Postarajmy się więc odświeżyć pamięć o sprawach tej kolaboracji
Judenratów i żydowskiej policji, od lat tak gorliwie przemilczanej – wbrew
prawdzie historycznej – przez różne wpływowe dziś w Polsce media i wydawnictwa.
Żeby uniknąć zarzutów stronniczości, ograniczę się tu do podania przykładów
wyłącznie w oparciu o autorów wywodzących się z żydowskich środowisk. Oto niektóre
z nich.
Żydowski autor Baruch Milch tak pisał w przejmującej relacji o losach Żydów
na byłych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie): "W
każdym razie Judenrat stał się narzędziem w rękach gestapo do niszczenia Żydów,
a jak sami członkowie później się wyrażali, są 'Gestapem na ulicy żydowskiej’.
Powołali Ordnungsdienst [służbę porządkową – J.R.N.] jako organ wykonawczy
składający się z najgorszych elementów (…) w gruncie rzeczy Judenrat zaczął
prowadzić politykę rabunkową w celu napełnienia własnych kieszeni, by tymi
pieniędzmi przekupić władze i gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu
swoich i najbliższej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku, żeby Judenrat bezinteresownie
pomógł któremuś Żydowi (…). Do wykonania swoich niecnych czynów, jak ściąganie
ogromnych podatków i nałożonych kontrybucji, łapanie do łagrów i napadów na
domy żydowskie, Judenraty używały swojej Ordnungsdienst, której dawali procent
z łupu, a ci ludzie w liczbie dziesięciu-piętnastu napadali na ludzi, bijąc
w okrutny sposób, niszcząc i rabując, cokolwiek się dało, i to ze straszną
bezwzględnością" (Por. B. Milch: "Testament", Warszawa 2001,
s. 106-107).
Pytanie, czemu Gross nawet jednym zdaniem nie wspomniał w swej przeznaczonej
dla Amerykanów ponad 300-stronicowej książce o rabunkach na Żydach dokonywanych
przez żydowską policję na zlecenie Judenratu? Czyż to kolejne przemilczenie
nie jest jaskrawym dowodem braku u Grossa nawet cienia elementarnej uczciwości
intelektualnej?
W tejże książce Milcha czytamy na s. 126-127: "(…) Judenrat załatwił
z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami
Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na
placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami
albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst,
przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono,
by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot
się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził
na śmierć (…)".
Szczególnie haniebną rolę w wysyłaniu własnych żydowskich rodaków na śmierć
odegrał Chaim Rumkowski, prezes Rady Żydowskiej w Łodzi, "król" getta
łódzkiego na usługach Niemców. Był on absolutnym władcą getta, w którym kursowały
specjalne pieniądze "chaimki" i "rumki" oraz znaczki pocztowe
z jego podobizną. Rumkowski urządził sobie harem w jednej willi i wciąż sprowadzał
nowe piękne kobiety. W zamian za przyzwolenie Niemców na jego tyranię nad mieszkańcami
getta arcygorliwie wykonywał wszystkie niemieckie rozkazy i wyekspediował olbrzymią
większość swych poddanych do obozów zagłady. W końcu jednak i jego Niemcy wysłali
do Oświęcimia. Podobno natychmiast padł ofiarą swych żydowskich współwięźniów,
którzy nie zwlekając ani chwili, natychmiast po przywiezieniu go do obozu spalili
go żywcem w obozowym piecu (Por. E. Reicher: "W ostrym świetle dnia. Dziennik
żydowskiego lekarza 1939-1945", oprac. R. Jabłońska, Londyn 1989, s. 29).
Żydowscy policjanci okrutniejsi od Niemców
Najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisał o
żydowskiej policji, która nawet jednym zdaniem nie została wspomniana w "naukowym
dziele" Grossa: "Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze
przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała
udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną
robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości
osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo
protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych
braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i
dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki:
jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość
oficerów była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady
swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety,
starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź (…). Okrucieństwo policji
żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszy [podkr.
– J.R.N.]. Niejedna kryjówka została 'nakryta’ przez policję żydowską, która
zawsze chciała być plus catholique que le pape, by przypodobać się okupantowi.
Ofiary, które znikły z oczu Niemca, wyłapywał policjant żydowski (…). Policja
żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka
wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zabójców, którzy
na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag? Do powszechnych
po prostu zjawisk należało, że ci zbójcy za ręce i nogi wrzucali kobiety
na wozy (…). Każdy Żyd warszawski, każda kobieta i dziecko mogą przytoczyć
tysiące faktów nieludzkiego okrucieństwa i wściekłości policji żydowskiej" (E.
Ringelblum: "Kronika getta warszawskiego wrzesień 1939 – styczeń 1943",
Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).
Wydawali na śmierć rodziców
Nader bezwzględne świadectwo na temat poczynań żydowskiej policji w Warszawie
dostarczył Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu.
Wspominając lata wojny, Goldstein pisał bez ogródek: "Z poczuciem bólu
i wstrętu wspominam żydowską policję, tę hańbę dla pół miliona nieszczęśliwych
Żydów w warszawskim getcie (…). Żydowska policja, kierowana przez ludzi
z SS i żandarmów, spadała na getto jak banda dzikich zwierząt [podkr. J.R.N.].
Każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał
siedem osób, by je poświęcić na ołtarzu eksterminacji. Przyprowadzał ze sobą
kogokolwiek mógł schwytać – przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej
rodziny. Byli policjanci, którzy ofiarowywali swych własnych wiekowych rodziców
z usprawiedliwieniem, że ci i tak szybko umrą" [podkr. J.R.N.] (Por.
B. Goldstein: "The Star Bear Witness", New York 1949, s. 66, 106,
129).
Klara Mirska, Żydówka, która opuściła Polskę w 1968 roku, nie miała w swych
wspomnieniach dość złych słów dla odmalowania niegodziwości niektórych przedstawicieli
środowisk żydowskich w czasie wojny. Opisała np. następującą historię: "Syn
przewodniczącego Judenratu jednego z gett został skazany przez Niemców na śmierć.
Przyprowadził go na egzekucję jego ojciec. On miał go powiesić w ciągu kilku
minut. Gdyby tego nie uczynił, miał sam zostać powieszony. Taki niesamowity
żart wymyślili Niemcy. Ojciec, któremu chęć pozostania przy życiu przysłoniła
wszelkie uczucia miłości rodzicielskiej, zaczął poganiać syna. Czynił to na
oczach rozbawionych Niemców i stojących w milczeniu przy tej scenie Żydów:
'No, prędko rozbieraj buty! No, pośpiesz się, i tak ci nic nie pomoże’" (Wg
K. Mirska: "W cieniu wielkiego strachu", Paryż 1980, s. 447). W sierpniu
1942 r. żydowski policjant Calel Perechodnik w getcie w Otwocku wyciągnął z
bezpiecznej kryjówki swoją żonę i córeczkę i odprowadził je do transportu śmierci.
Czemu o takich przypadkach zezwierzęcenia niektórych Żydów nie informuje Amerykanów
Gross, tak gorliwie rozpisujący się na temat sadyzmu Polaków? Warto przytoczyć,
co ten sam Perechodnik, skądinąd nienawidzący bez reszty Polaków, wypisywał
na temat swych własnych kolegów z żydowskiej policji: "Nie ma żadnego
usprawiedliwienia dla policjantów żydowskich w Warszawie (…). Skamieniały
im serca, obce stały się wszelkie ludzkie uczucia. Łapali ludzi, na rękach
znosili z mieszkań niemowlęta, przy okazji rabowali. Nic też dziwnego, że Żydzi
nienawidzili swojej policji bardziej niż Niemców, bardziej niż Ukraińców" (C.
Perechodnik: "Czy ja jestem mordercą?", Warszawa 1993, s. 112-113).
Nader bezwzględny jest osąd Judenratu i żydowskiej policji, zawarty w dzienniku
byłego dyrektora szkoły hebrajskiej w Warszawie Chaima A. Kaplana. W swym dzienniku
Kaplan nazwał wprost Judenraty "hańbą społeczności warszawskiej".
Wielokrotnie piętnował zbrodniczą działalność żydowskiej policji, pisząc m.in.: "Żydowska
policja, której okrucieństwo jest nie mniejsze od nazistów, dostarczała do
punktu przenosin na ulicy Stawki więcej [osób – przyp. J.R.N.] niż było w normie,
do której zobowiązała się Rada Żydowska (…). Naziści są zadowoleni, że eksterminacja
Żydów jest realizowana z całą niezbędną efektywnością. Czyn ten jest dokonywany
przez żydowskich siepaczy (Jewish slaughterers) (…). To żydowska policja
jest najokrutniejszą wobec skazanych (…). Naziści są usatysfakcjonowani robotą
żydowskiej policji, tej plagi żydowskiego organizmu (…). Wczoraj, trzeciego
sierpnia, oni wyrżnęli ulice Zamenhofa i Pawią (…). SS-owscy mordercy stali
na straży, podczas gdy żydowska policja pracowała na dziedzińcach. To była
rzeź w odpowiednim stylu – oni nie mieli litości nawet dla dzieci i niemowląt
[podkr. J.R.N.]. Wszystkich z nich, bez wyjątku, zabrano do wrót śmierci" (Por. "Scroll
of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan", New York 1973, s. 384,
386, 389, 399). Na s. 231 swej książki Kaplan cytuje jakże gorzki ówczesny
dowcip żydowski. Miał on formę krótkiej modlitwy: "Pozwól nam wpaść w
ręce agentów gojów, tylko nie pozwól nam wpaść w ręce żydowskiego agenta".
Nader podobne w wymowne były zapiski Aleksandra Bibersteina, dyrektora żydowskiego
szpitala zakaźnego w krakowskim getcie. W swoich wspomnieniach o żydowskiej
służbie OD (Ordnungsdienst) Biberstein pisał: "Przez cały czas okupacji
Ordnungsdienst był narzędziem w ręku gestapo, na jego polecenie odemani [tj.
członkowie Ordnungsdienst – przyp. J.R.N.] wykonywali bez zastrzeżeń najpodlejsze
czynności, prześcigając często bezwzględnością Niemców" (A. Biberstein: "Zagłada
Żydów w Krakowie", Kraków 1985, s. 165).
Rabowali swych rodaków
Warto przypomnieć również zapiski Henryka Makowera na temat działań Ordnungsdienst
– żydowskiej Służby Porządkowej (SP): "Opowiadano mi o różnych scenach
w trakcie blokad domów. Niektórzy z oficerów [żydowskiej Służby Porządkowej
– przyp. J.R.N.] zachowywali się skandalicznie, nie uznając nawet dobrych zaświadczeń.
W rezultacie na Umschlag szli ludzie, którzy byli zupełnie pewni, że zaświadczenie
ich chroni, i nie wiedząc, co ich czeka, sami się oddawali w ręce swych współrodaków.
W innych wypadkach zwalniano ludzi za łapówki, łapownictwo się szerzyło (…).
Blokady wyzwoliły całą masę łajdactwa i draństwa. Opornych bito pałkami, nie
gorzej od Niemców. Do tego dołączyło się rabowanie opuszczonych mieszkań pod
jakimś pretekstem, np. żeby nie zostawiać rzeczy Niemcom. Wielu 'porządnych’
wyższych funkcjonariuszy SP dorobiło się na różnych tego rodzaju praktykach
dużych majątków. Było to zjawisko tak masowe, że nawet tzw. przyzwoici ludzie
się chwalili – 'ja się na tej akcji dorobiłem’ – lub – 'mój mąż nie nadaje
się do dzisiejszych czasów, nic nie zarobił na akcji’" (Por. H. Makower: "Pamiętnik
z getta warszawskiego październik 1940 – styczeń 1943", Wrocław 1987,
s. 62). Szkoda, że Gross pominął to jakże ważne świadectwo profesora mikrobiologii
Makowera w swoich, zajmujących tak wiele stron, dywagacjach o rabowaniu Żydów
przez Polaków, zbrodniczej "moralności" polskich grabieżców itp.
Warto dodać, że sporą część uratowanych Żydów stanowili akurat żydowscy policjanci,
a więc możliwie najgorszy, najpodlejszy element pośród ówczesnych Żydów; ci
właśnie ludzie, którzy dorabiali się na rabowaniu swych rodaków w ich momentach
najwyższego zagrożenia. Pisał o tym słynny matematyk żydowskiego pochodzenia
Stefan Chaskielewicz we wstrząsających pamiętnikach pt. "Ukrywałem się
w Warszawie. Styczeń 1943 – styczeń 1945" (Kraków 1988, s. 191-192): "Wśród
Żydów, którym pomogło przeżyć posiadanie znaczniejszych funduszy, byli i dawni
funkcjonariusze policji żydowskiej, a nawet sławnej ekspozytury gestapo w getcie.
Ci ludzie bowiem obłowili się podczas akcji wysiedleńczej. Trudno tu podać
jakiekolwiek ścisłe dane liczbowe. Mogę jedynie powtórzyć stwierdzenie dwóch
byłych policjantów, którzy po wojnie, w mojej obecności, mówili, że uratowało
się co najmniej 200 ich kolegów".
Skrajnie głupawym rasistowskim wyczynom Grossa, który za wszelką cenę chce
wybielić "anielskich" Żydów i dokopać "diabelskim" Polakom,
warto przeciwstawić mądre słowa słynnego izraelskiego intelektualisty profesora
Israela Shahaka, publikowane na łamach "The New York Review of the Book" 29
stycznia 1987 roku. Przeciwstawiając się tendencjom do skrajnego idealizowania
wojennych postaw Żydów kosztem Polaków, Shahak pisał: "Oczywiście, że
byli polscy policjanci, którzy przeprowadzali łapanki Żydów, i oczywiście byli
Polacy, którzy szantażowali Żydów (…). Byli jednak także (…) żydowscy szantażyści,
wielu znanych nawet z imion, mieszkających poza gettem, którzy nie byli ani
lepsi, ani gorsi niż polscy. Byli także żydowscy policjanci w getcie. Do obowiązków
każdego z nich w pierwszych tygodniach eksterminacji latem 1942 roku należało
dostarczenie odpowiedniej ilości Żydów przeznaczonych na śmierć. Dzisiaj, po
latach, uważam, że polscy i żydowscy wspólnicy zbrodniarzy są sobie równi w
ogromie zła i najwyższa odraza, z jaką się ich wspomina, nie zależy od narodowości.
Moja jednak pamięć, pamięć wszystkich ocalonych Żydów, kiedy uczciwie rozmawiają
'w swoim gronie’, nie pozwala zapominać, że w owym czasie my, Żydzi, nienawidziliśmy
żydowskich policjantów i żydowskich szpiegów bardziej niż kogokolwiek innego" [oba
podkreślenia J.R.N.].
Cytowane tu relacje jedenastu autorów żydowskich stanowią faktycznie tylko
czubek góry lodowej. Można by cytować jeszcze wielokrotnie dłużej zapiski pokazujące
stopień skrajnego zezwierzęcenia wielu członków Judenratów i policjantów żydowskich
kolaborujących z nazistami, których niegodną "działalność" tak skrupulatnie
przemilczał Gross. A może jednym z najlepszych sposobów polemiki z antypolskimi
kalumniami Grossa byłoby przygotowanie w Polsce parusetstronicowego wyboru
relacji autorów żydowskich (Ringelbluma, Goldsteina, Kaplana i in.) o zbrodniczych
działaniach Judenratów i policji żydowskiej w różnych regionach okupowanej
Polski. Wybór taki można by było wydać w różnych językach, co pomogłoby w sprowokowaniu
prawdziwie zapładniającej debaty na temat tego, jak ludzie różnych nacji zachowywali
się w czasach niezwykle trudnych wyborów narzucanych przez totalitarnych zbrodniarzy.
W wyborze można by również umieścić uczciwe żydowskie relacje na temat historii
działań Żydów-agentów gestapo. Historyk Marek J. Chodakiewicz wspomina w swej
książce, że w 1944 r. działała w Warszawie czterdziestoosobowa brygada gestapo
składająca się z Żydów pod kierownictwem Leona Skosowskiego ("Lolek")
i innych (M.J. Chodakiewicz: "Żydzi i Polacy 1918-1955", Warszawa
2000, s. 205). W innym miejscu Chodakiewicz pisze (op. cit., s. 206), że w
Krakowie działał główny żydowski agent gestapo Diamant, "któremu podlegało
około 60 konfidentów". Według Chodakiewicza (op. cit., s. 207): "Świadkowie
żydowscy opisują działalność żydowskich agentów, konfidentów, denuncjatorów
w Działoszycach, Zduńskiej Woli, Brańsku, Sosnowcu, Lidzie, Wilnie, Krakowie,
Lwowie, Warszawie i w innych miejscowościach. Emanuel Ringelblum oszacował,
że w samym getcie warszawskim pracowało około 400 konfidentów gestapo. Ich
ofiarą padali głównie inni Żydzi. W rezultacie Żydzi bali się Żydów. Na początku
chodziło o zdradzanie Niemcom miejsc ukrycia pieniędzy, kosztowności i towarów.
Potem zaczynał się szantaż ukrywających się po stronie aryjskiej rodaków. Po
zupełnym ogołoceniu rodaków z gotówki zwykle następowała ich denuncjacja na
policję. Żydowscy agenci infiltrowali też żydowskie grupy leśne i oddziały
partyzanckie".
Radosne zabawy w getcie
Wspominałem już, jak Gross powiela w swojej książce sławetne antypolskie oszczerstwo,
że Polacy radośnie bawili się na karuzeli pod murami płonącego getta. Warto
więc może przypomnieć nie kłamstwo, ale rzeczywiste fakty, jak to spora część
Żydów radośnie bawiła się w getcie i pławiła w luksusach w tym samym czasie,
gdy ich ubożsi ziomkowie umierali z głodu. Z licznych zapisków na te tematy
możemy dowiedzieć się, że w czasach potwornej nędzy przeważającej części
mieszkańców getta warszawskiego inni Żydzi, głównie agenci gestapo, urzędnicy
Judenratów, członkowie żydowskiej policji, bogaci kupcy, robiący biznesy
z Niemcami czy szmuglerzy, bawili się w najdroższych restauracjach. Jak opisywał
działacz Bundu Baruch Goldstein: "Na tych samych ulicach, gdzie za dnia
obserwowało się sceny horroru, wśród mrowia dzieci chorych na gruźlicę i
wymierających jak muchy, wzdłuż ciał czekających na wózki zamiataczy ulic
natrafiało się na sklepy pełne najwspanialszych dań, restauracje i kawiarnie,
w których serwowano najkosztowniejsze dania i trunki. Najgorszym gniazdem
pijaństwa i rozpusty była Britania. Godzina policyjna nie była przestrzegana
wobec klientów tego lokalu. Oni mieli wesołe całe noce. Ucztowaniu, pijaństwu
i hulankom towarzyszyły rytmy jazz-bandu. O świcie, gdy rewelersi odchodzili,
ulice były już pełne nagich ciał przykrytych gazetami. Pijacy niemal nie
zwracali na nie uwagi, potykając się o tego typu przeszkody na swej drodze
(…). Hitlerowcy nakręcali filmy z takich wesołych scen, aby pokazać 'światu’,
jak dobrze żyli Żydzi w getcie" (Wg B. Goldstein: op. cit., s. 91).
Ringelblum zapisał w swej kronice: "Szał zabaw przechodzi wszelkie granice.
Opowiadają mi, że codziennie o godzinie szóstej, siódmej z rana widzi się ludzi
powracających z sal tanecznych, z balów, z balonikami w ręku, na wpół pijanych
(…)" (E. Ringelblum: op. cit., s. 228). Profesor Czesław Madajczyk pisał
w swym głośnym dziele: "Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce" (Warszawa
1970, t. I, s. 222): "W getcie spotykało się najwytworniejsze restauracje.
Niewiarygodny wydaje się dziś komfort panujący wówczas w 'Palais de Dance’
braci Frontów. Chleb był tu znacznie droższy niż w polskich dzielnicach, lecz
wino tańsze. Wypada tylko powtórzyć 'uczta w czasie pomoru’. Taki stan rzeczy
w getcie sprzyjał pożądanej przez okupanta dezintegracji społeczności żydowskiej,
utrzymywał się wbrew bundowskiej prasie, żądającej zamknięcia sal tańca, burdelu
i licznych klubów".
Przemilczane żydowskie świadectwa
Do szczególnie oburzających praktyk zastosowanych w książce Grossa "Strach" należy
całkowite pominięcie przez niego rozlicznych świadectw żydowskich, które pokazywały
bardzo sympatyczny obraz zachowań Polaków wobec Żydów w czasie wojny, całkowicie
sprzeczny z lekceważącymi uogólnieniami Grossa, sugerującymi, że Żydom pomagała
tylko "drobna garstka Polaków" ("Upiorna dekada") czy "mała
mniejszość" ("Strach").
Oto niektóre z jakże wymownych przykładów tych żydowskich świadectw przemilczanych
przez Grossa:
– Prezes Stowarzyszenia Kombatantów Żydowskich Arnold Mostowicz stwierdził
w publikowanym 25 lutego 1998 r. w "Życiu" tekście: "Żaden naród
nie złożył na ołtarzu pomocy Żydom takiej hekatomby ofiar jak Polacy, bowiem
w wielu krajach okupowanych pomoc ta nie niosła za sobą takiego ryzyka".
– Żydowska autorka Klara Mirska pisała w wydanej w Paryżu w 1980 r. książce "W
cieniu wielkiego strachu": "Zebrałam wiele zeznań o Polakach, którzy
ratowali Żydów, i nieraz myślę: Polacy są dziwni. Potrafią być zapalczywi i
niesprawiedliwi. Ale nie wiem, czy w jakimkolwiek innym narodzie znalazłoby
się tylu romantyków, tylu ludzi szlachetnych, tylu ludzi bez skazy, tylu aniołów,
którzy by z takim poświęceniem, a takim lekceważeniem własnego życia, tak ratowali
obcych".
– Inna Żydówka Janina Altman, pisząc do Marka Arczyńskiego o Polakach, którzy
narażali swe życie dla ratowania Żydów w czasie wojny, stwierdziła: "Nie
wiem, czy my, Żydzi, wobec tragedii innego narodu, zdolni bylibyśmy do takiego
poświęcenia" (Cyt. za M. Arczyński i W. Balcerak: "Kryptonim Żegota",
Warszawa 1983, s. 264).
– Krakowski filozof żydowskiego pochodzenia Jan Hartman napisał, że właśnie
w Polsce "Żydzi spotkali się z bohaterską pomocą na największą w Europie
skalę" ("Gazeta Wyborcza", 5 maja 2005 r.).
– Wybitny żydowski literaturoznawca, profesor uniwersytetu w Tel Awiwie Gabriel
Moked powiedział w wywiadzie udzielonym "Wprost" 28 czerwca 1992
r. m.in.: "Jestem przekonany, że odpowiedzialność za zagładę polskich
Żydów ponoszą Niemcy, ściślej mówiąc hitlerowcy. Nawet jeżeli część polskiego
społeczeństwa Żydom nie pomagała albo łatwo godziła się na ich zagładę, to
większa część narodu Żydom bardzo pomogła".
– Do najbardziej wzruszających propolskich świadectw doby wojny należała ocena
zapisana przez nauczyciela hebrajskiego Abrahama Lewina, który żył w makabrycznych
warunkach warszawskiego getta. Zapisał on w swoim pamiętniku pod datą 7 czerwca
1942 r.: "(…) Wielu Żydów uważa, że wpływ wojny i strasznych ciosów,
które kraj i jego mieszkańcy – Żydzi i Polacy, przyjęli z rąk Niemców, w wielkim
stopniu zmienił stosunki między Polakami a Niemcami, a większość Polaków została
opanowana przez uczucia filosemickie. Ci, którzy głoszą tę opinię, opierają
swój punkt widzenia na znaczącej ilości zdarzeń, które ilustrują, jak od pierwszych
miesięcy wojny Polacy pokazali i dalej pokazują swe współczucie i uprzejmość
dla Żydów, pozbawionych środków do życia, a w szczególności dla żebrzących
dzieci. Słyszałem wiele historii o Żydach, którzy uciekli z Warszawy tego znaczącego
dnia 6 września 1939 i otrzymali schronienie, gościnność i żywność od polskich
chłopów, którzy nie żądali żadnej zapłaty za ich pomoc. Jest również znane,
że nasze dzieci, które idą żebrać i pojawiają się dziesiątkami i setkami na
ulicach chrześcijańskich, dostają wielkie ilości chleba i ziemniaków i przez
to udaje im się wyżywić i ich rodzinom w getcie (…). Ja widzę stosunki polsko-żydowskie
w jasnym świetle" (A. Lewin: "A cup of tears. A Diary of the Warsaw
Ghetto", Ed. by A. Polonszky, New York 1988, s. 123-124).
– Żyd karmelita (ojciec Daniel) Oswald Rufeisen, jeden z najodważniejszych
żydowskich partyzantów doby wojny, powiedział w wywiadzie dla "Polityki" z
29 maja 1983 r.: "Nigdy nie mówię o polskim antysemityzmie i gdzie tylko
mogę, walczę z tym, bo to jest przesąd, to jest zabobon (…). Wydaje mi się,
że o antysemityzmie mówią nie ludzie, którzy przeżyli czas holocaustu w Polsce,
ale ci, którzy przyjechali do Izraela z Polski przed wojną. Tak mi się wydaje.
Ludzie, którzy byli odcięci od społeczeństwa polskiego, którzy przenieśli swoje
koncepcje psychologiczne na sytuację wojenną (…). Mam już ponad 70 lat, żyłem
w Polsce przed wojną, przeżyłem wojnę na wschodnich terytoriach polskich (…)
nie widziałem tam Polaków mordujących, natomiast widziałem Białorusinów, widziałem
Łotyszów, Estończyków, Ukraińców, którzy mordowali, a polskich jednostek, które
by mordowały, nie widziałem. Ale tego wszystkiego ci idioci tutaj nie widzą.
Im się tego nie mówi. Tak jest, niech mi nie opowiadają, Ja wiem, jak było".
– Uratowana przez Polaków Laura Kaufman, profesor, członek PAN, wspominała: "Jak
wynika z tego, co napisałam, pomoc nieśli mi przedstawiciele różnych warstw
społeczeństwa; nie byłam też szczególnie uprzywilejowanym wyjątkiem. Przed
wojną radzono mi, bym w razie wojny wyjechała za granicę. Było to możliwe nawet
jeszcze w r. 1940. Nigdy nie żałowałam, że tego nie zrobiłam. Żyłam przez 5
lat w ciągłym niebezpieczeństwie, przeżyłam chwile grozy, ale trzeba było przeżyć
wśród społeczeństwa polskiego, by poznać lepiej jego walory" (Cyt. za:
Ten jest z ojczyzny mojej", oprac. W. Bartoszewski i Z. Lewinówna, Kraków
1966, s. 241.)
Dyrektor amerykańskiego Urzędu ds. Śledztw Specjalnych, "tropiciel nazistów" Rosenbaum
powiedział wiosną 1995 r. w wywiadzie dla dziennika "Newsday": "Podobnie
jak wiele dzieci żydowskich dorastałem, słysząc, że Polacy byli najgorszymi
antysemitami. Moja praca jednak bez przerwy dostarczała mi dowodów, że niezliczeni
polscy chłopi ryzykowali swoje życie po to, by ukrywać Żydów. I trzeba pamiętać,
że Polacy ukrywający Żydów wiedzieli, jakie konsekwencje mogą ich spotkać za
to. Ich własne dzieci zostałyby zabite na ich oczach, a potem zamordowano by
ich również. Ja sam, będąc ojcem małych córek, nie wiem, czy byłbym aż tak
heroiczny w podobnej sytuacji".
Porównajmy to wyznanie Rosenbauma z nikczemnym spotwarzaniem obrazu polskiego
chłopstwa zawartym w książce Grossa! Myśląc o podłych zachowaniach polakożerczych
Żydów takich jak Gross, mimo woli przypomina się ocena słynnego polskiego uczonego
żydowskiego pochodzenia Ludwika Hirszfelda. W mało dziś przypominanym liście
do Jerzego Borejszy z 27 października 1947 r. Hirszfeld ubolewał, że "nacjonaliści
żydowscy nienawidzą Polaków więcej niż Niemców, i że świadomie idą w kierunku
proniemieckim, tak jak zresztą to przewidziałem w mojej książce (…). Jeśli
nie podkreślam tych spraw publicznie, to dlatego tylko, by Żydom nie szkodzić
i nie pogłębiać przepaści, którą kopie nacjonalizm żydowski pomiędzy Żydami
i Polakami" (Cyt. za B. Fijałkowska: "Borejsza i Różański. Przyczynek
do dziejów stalinizmu w Polsce", Olsztyn 1995, s. 139).
prof. Jerzy Robert Nowak
Kolejna część artykułu
w środę, 9 sierpnia.
